Dwanaście transplantacji w jednym szpitalu jednego dnia [WYWIAD]

2024-01-10 07:13 aktualizacja: 2024-01-10, 15:34
Przeszczep płuc (zdjęcie ilustracyjne). Fot. PAP/Leszek Szymański
Przeszczep płuc (zdjęcie ilustracyjne). Fot. PAP/Leszek Szymański
12 transplantacji w ramach jednego szpitala, u 12 chorych, na jednym bloku operacyjnym, to duża rzecz. Przeszczepiliśmy sześć wątrób, cztery nerki, płuca, a także serce – powiedział PAP koordynator ds. transplantacji Centralnego Szpitala Klinicznego w Warszawie.

PAP: W miniony piątek w waszym szpitalu wykonano rekordową liczbę transplantacji.

Krzysztof Zając, koordynator ds. transplantacji Centralnego Szpitala Klinicznego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, koordynator wojewódzki Poltransplantu: Tak, udało nam się zrealizować 12 transplantacji narządów unaczynionych, co wydaje się zupełnym rekordem europejskim, a może i na poziomie światowym. Realizacja 12 transplantacji w ramach jednego szpitala, u 12 chorych, na jednym bloku operacyjnym to duża rzecz. Przeszczepiliśmy sześć wątrób, cztery nerki, płuca, a także serce – rocznej dziewczynce. Były to narządy, które pochodziły od pięciu zmarłych dawców z całej Polski.

Tego dnia nasze zespoły transplantacyjne, czyli lekarze i pielęgniarki, którzy jeżdżą na pobrania narządów, przebyli w sumie 4,5 tys. kilometrów, a dwa narządy zostały przetransportowane przy pomocy Wojska Polskiego samolotem Bryza z lotniska we Wrocławiu na lotnisko w Warszawie.

Pobraliśmy pięć wątrób, przy czym jedną wątrobę podzieliliśmy na dwie części. Jesteśmy obecnie jedynym ośrodkiem w Polsce, w którym przeszczepia się wątroby podzielone od zmarłego dawcy, czyli wykonujemy tzw. splity. To jest program, który zaczęliśmy wdrażać w zeszłym roku, udało nam się siedem wątrób podzielić, dzięki czemu ich prawe i lewe segmenty dostało aż 14 osób. To jest duża i ważna rzecz, gdyż mamy rzeszę pacjentów oczekujących na przeszczep tego organu, którzy bez tej możliwości podzielenia wątroby umieraliby na listach oczekujących. To dotyczy małych kobiet i mężczyzn, którzy nie mają statystycznej szansy na doczekanie się organu pełnowymiarowego. Dla nich jedyną szansą jest otrzymanie wątroby podzielonej, tak jak było to w przypadku naszych dwóch ostatnich pacjentów.

Wiadomo, że nerka jest organem parzystym, w związku z czym od dwóch dawców pobraliśmy cztery nerki, które trafiły do czterech biorców. Od zmarłego dziecka zostało pobrane serce, które trafiło do wspomnianej już dziewczynki. I jedne płuca, które trafiły do dorosłego biorcy.

PAP: Ile osób było zaangażowanych w tę akcję?

K.Z.: Transplantologia to jest praca zespołowa. Do przeszczepienia jednego narządu, aby mogło w ogóle dojść do operacji, jednorazowo angażujemy w szpitalu ok. 30. osób. W piątek mieliśmy taką sytuację, że w tym samym czasie w bloku operacyjnym osiem sal pracowało non stop. Na każdej sali kilka-kilkanaście osób. Obliczyłem, że w pewnym momencie w procedury transplantacyjne zaangażowanych było 150 osób równocześnie. Działalność zaczęliśmy o trzeciej nad ranem w piątek, a skończyliśmy o ósmej rano następnego dnia. Te 150 osób pracowało w zasadzie przez ponad dobę, non stop.

Mogłoby się wydawać komuś, że transplantologia to jest praca jednego lidera. Oczywiście, lider jest bardzo ważny, bo to on napędza zespół, organizuje jego pracę, ale bez tej całej rzeszy ludzi, zaangażowanych, chętnych do pracy i współpracy, sukcesu by nie było.

PAP: Domyślam się, że zorganizowanie tylu przeszczepów naraz wymagało misternej logistyki.

K.Z.: Logistyką zajmowałem się ja i, rzeczywiście, była bardzo złożona. Dużą sztuką było choćby to, żeby nie pomylić takiej liczby narządów – kiedy w tym samym czasie przyjeżdżają do bloku operacyjnego trzy wątroby i cztery nerki, a odpowiednie osoby muszą dostać odpowiednie narządy – co wiąże się z doborem dawcy-biorcy, grupą krwi, wielkością – wymaga to perfekcyjnej koordynacji. W pewnym momencie wysłaliśmy siedem karetek w Polskę, w różne miejsca. I to, że nam się udaje tak liczne zespoły mieć, to także jest wielka praca.

PAP: Dlaczego wyjechało siedem karetek, jak było tylko pięciu dawców?

K.Z.: Dam przykład jednego dawcy z Mazowsza, od którego pobraliśmy wątrobę, płuca i nerki. Najmniej czasu mają płuca, więc to one były pobrane w pierwszej kolejności i zespół płucny musiał z nimi jak najszybciej jechać do naszego szpitala, bo zegar trykał. Potem wyjechała wątroba, a na koniec nerki. Jak widać, do jednego dawcy musieliśmy wysłać trzy zespoły w trzech karetkach, kardiolodzy pobierali płuca, wątrobę zespół wątrobowy, a trzeci zespół pobierał nerki. Każdy z tych narządów ma bowiem inny czas zimnego niedokrwienia, czyli ten czas, o który transplantolodzy tak walczą. Im krótszy czas tego niedokrwienia, tym funkcje narządu zachowują się lepiej, a więc większa jest korzyść pacjenta.

PAP: Jak to się stało, że w jednym czasie znalazło się tylu dawców?

K.Z.: Nie należy tego postrzegać w innych kategoriach, jak niesamowity zbieg okoliczności. Oczywiście, zabiegamy o dawców, staramy się edukować, zarówno lekarzy, jak i osoby spoza środowiska medycznego, aby świadomość tego, jak potrzebne są narządy do transplantacji rosła, i tak się składa, że 2023 rok był dużo, dużo lepszy niż poprzednie, covidowe lata, kiedy nie tylko polska, ale także światowa transplantologia przeżyła dużą zapaść.

Rok 2023 był rekordowy, ponieważ udało nam się wrócić do liczb przedpandemicznych. Kiedy analizowaliśmy dane z 2023 r. względem 2022 r. okazało się, że mieliśmy 10-11 dawców miesięcznie więcej – to są bardzo dobre liczby. Natomiast to, co się zdarzyło w ostatni piątek, to zrządzenie losu, mówiąc kolokwialnie: niesamowity fart.

PAP: Aby z sukcesem przeprowadzić tyle poważnych operacji, musieliście, jak sądzę, pościągać z domów personel?

K.Z.: Ktoś, kto decyduje się na pracę w naszej branży, nie zna dnia ani godziny. Grafik mamy stworzony na jeden wyjazd, dwa maksymalnie, więc jeśli jest ich więcej, trzeba ściągać ludzi, improwizować. Tym razem ta improwizacja doprowadziła do dużego sukcesu.

PAP: Jak się czują pacjenci?

K.Z.: W większości dobrze, choć pacjent pacjentowi nierówny, różne osoby mają różną tolerancję na ten zabieg, w innym tempie dochodzą do siebie, z różnych stanów wyjściowych byli też przeszczepiani. Ale, koniec końców, jestem tego pewien, dla wszystkich ta nasza akcja transplantacyjna skończy się pomyślnie.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

kh/