Pacjent szpitala w Czernihowie: z żoną przykryliśmy własnymi ciałami dzieci

2022-04-28 07:21 aktualizacja: 2022-04-29, 13:04
Szpital w Ukrainie - zdjęcie ilustracyjne. Fot. AA/ABACA PAP
Szpital w Ukrainie - zdjęcie ilustracyjne. Fot. AA/ABACA PAP
Razem z żoną rzuciliśmy się, by przykryć własnymi ciałami dzieci. Od odłamków pocisku na miejscu zginął mój kum – mówi PAP 35-letni Ołeksandr. 15 marca w pobliżu podwórka jego domu spadła rosyjska bomba lotnicza. Dziś – jak wiele innych ofiar rosyjskiej agresji – leży w szpitalu miejskim w Czernihowie, gdzie lekarze zajmują się jego rozszarpaną nogą.

„Usłyszałem nadlatujący samolot, instynktownie krzyknąłem i rzuciłem się na syna, żona ciałem przykryła chrześniaczkę. Po wybuchu zacząłem wołać, czy wszyscy są cali, usłyszałem tylko głuche rzężenie kuma, który chwilę potem zmarł” – opowiada mężczyzna. Dodaje, że z serca i brzucha 38-latka wyciągnięto później trzy odłamki pocisku.

„Syn zareagował od razu, prześcieradłem zatamował krwotok z mojej nogi, usztywnił ją” – mówi Ołeksandr. Zapytany o to, skąd 17-latek wiedział, co w takiej sytuacji robić, odpowiada: „przed rozpoczęciem inwazji jeden z nauczycieli w jego szkole z własnej inicjatywy organizował dla uczniów kursy samoobrony i pierwszej pomocy”.

Nadal mamy traumę, mojej żonie odłamki również poszarpały nogę, dzieciom na szczęście nic poważnego się nie stało – tłumaczy pacjent. „Mój dom jest kompletnie zniszczony, samochód spłonął” – dodaje.

Personel medyczny „nie opuścił pacjentów ani na chwilę"

Lekarze i pielęgniarki miejskiego szpitala nr 2 w Czernihowie na północy Ukrainy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na dwa miesiące zamieszkali w piwnicy ośrodka.

„Byliśmy tu od początku, bez przerwy” – mówi Stanisław, czernihowski lekarz. „Spaliśmy tu, jedliśmy, nie opuszczaliśmy pacjentów ani na chwilę – dotyczy to całego personelu, nikt nie opuścił szpitala” – zaznacza.

Wybite szyby w oknach zastąpiono deskami, część drzwi wewnątrz budynku nosi ślady wpadających do niego odłamków. Lekarze i pacjenci znajdują się w tych częściach szpitala, które otaczają jego zewnętrzne – zdecydowanie bardziej zniszczone – skrzydła.

Operacje odbywały się na korytarzach

Operowaliśmy na korytarzach i w gabinetach, brakowało nam po prostu miejsca, a pacjentów ciągle przybywało. Najpierw zajmowaliśmy się tymi w najbardziej poważnym stanie, a ci z łagodniejszymi objawami musieli czekać” – tłumaczy Igor, traumatolog z Czernihowa. Zaznacza, że dopiero 23 kwietnia – niemal trzy tygodnie po wyzwoleniu miasta – mógł wrócić na noc do własnego domu.

„W czasie jednego z ataków grupa pacjentów spacerowała po podwórku szpitala, kilku z nich zginęło razem z naszą koleżanką pielęgniarką” – wspomina Igor.

Pewnego dnia w połowie marca wskutek dużego ataku na miasto przywieziono do nas około 40 pacjentów, chwilę później Rosjanie zbombardowali szpital. Nie wiemy, czy zrobili to celowo; czy podejrzewali, że zgromadzi się tu wiele osób” – zastanawia się traumatolog.

„Myślimy, że chcieli zastraszyć lekarzy, wypłoszyć nas z miasta. Wiedzieli, że jak uciekniemy, dojdzie do prawdziwej katastrofy humanitarnej” – wyjaśnia.

„Pomoc pacjentom to nasza praca, powołanie i obowiązek”

Pytani o to, czy w takich momentach nikt z personelu nie rozważał wyjazdu, lekarze mówią, że „naprawdę nikt nie myślał o wyjeździe”. „Pomoc pacjentom to nasza praca, nasze powołanie i nasz obowiązek” – wyjaśnia Stanisław. „Wszyscy jesteśmy tu kolegami, znamy się od lat, więc też wspieraliśmy się nawzajem” – dodaje.

„Leki dostawaliśmy od wolontariuszy, pomoc humanitarna docierała do nas z innych części Ukrainy oraz z zagranicy” - informuje lekarz. Na pytanie o to, jak w związku z okrążeniem miasta przez Rosjan możliwe było dostarczanie szpitalowi niezbędnych środków, odpowiada: „nigdy przy tym nie byliśmy, ale mówiło się, że w nocy ktoś popychał je przez rzekę tratwą lub przekazywał innemu wolontariuszowi w lesie”.

„Z pewnością możemy jednak powiedzieć, że za każdym razem przynoszono je rano” – dodaje.

Z Czernihowa Jakub Bawołek (PAP)

mj/