Buczek o brexicie: branża transportowa będzie jako pierwsza wystawiona na ciężką próbę

2019-03-19, 11:24 aktualizacja: 2019-03-19, 11:27
W związku z brexitem branża transportowa będzie jako pierwsza wystawiona na ciężką próbę - powiedział PAP prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce Jan Buczek. W pierwszym tygodniu brexitu kolejka ciężarówek do odprawy może mieć nawet 100 km - ocenił.

Prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce Jan Buczek podkreślił, że branża transportowa od dawna przygotowuje się na różne scenariusze dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. W obliczu wielu niewiadomych związanych z brexitem trudno mówić nawet o najbardziej prawdopodobnym ze scenariuszy.

Zdaniem Buczka brexit w pierwszej kolejności dotknie branżę transportową. "Nie ma innej możliwości przy obecnej liczbie ciężarówek wjeżdżających i wyjeżdżających w Wielkiej Brytanii. Mówimy o 2 mln tego typu pojazdów przemieszczających się z lub do Wielkiej Brytanii" - powiedział.

"Co 8 sekund granicę z Wielką Brytanią w portach przekracza ciężarówka z towarem" - wyliczył. Dodał, że w związku z pojawieniem się nowych procedur celnych dojdzie do wydłużenia czasu odprawy takiego pojazdu. "Jeżeli wydłużona zostanie choćby o 10 sekund odprawa ciężarówek to kolejka do odprawy w Calais już w pierwszym dniu urośnie do ponad 20 km. Co nie oznacza, że kolejnego dnia ta kolejka się zmniejszy" - ocenił. 

"Przewidujemy, że w pierwszym tygodniu kolejka może mieć nawet 100 km. Natomiast później ci, którzy dokonują obrotu towarowego, którzy handlują, będą musieli się zastanowić, czy stać ich na to, żeby płacić nam po 200 czy 300 euro, bo tyle kosztuje ciężarówka stojąca, czy stać ich będzie na tzw. postojowe" - podkreślił.

Jeżeli okaże się, że kontrahenci nie znajdą rezerw, aby przenieść produkcję do innych państw, będą musieli szukać innych strumieni dostaw.

Jak zaznaczył, firmy, które zlokalizowane są na obszarze Wielkiej Brytanii korzystają w dużej mierze z dostaw różnego rodzaju komponentów do swojej produkcji. "Jeżeli te firmy z powodu różnego rodzaju zakłóceń wypadną z tego globalnego rynku, to się okaże, że koreańskie, japońskie, chińskie towary błyskawicznie zajmą to miejsce. I w tym momencie dopiero urzędnicy i politycy z Wielkiej Brytanii zrozumieją, jak wielki popełniają błąd wychodząc z Unii Europejskiej" - mówił.

W efekcie - jak mówił - redukcji może ulec liczba importowanych produktów, "bo niektóre nie wytrzymają długiego okresu transportu". "Natomiast w kolejnych etapach przegrywającymi na rynkach globalnych będą znane międzynarodowe firmy (...), ale również producenci komponentów z Polski. Dowozimy często gotowe podzespoły, ale trzeba pamiętać, że te detale do podzespołów są rozproszone i produkują je drobni przedsiębiorcy" - wyjaśnił.

Brexit uderzy także w konsumentów. "Z całą pewnością każde podwyższenie kosztów transportu odbija się na cenie całej usługi. Jeżeli to jest choćby masło czy chleb, to trzeba sobie uświadomić, że zanim dotrą do sklepu, zarówno surowce, jak i gotowe produkty mogą być nawet kilkadziesiąt razy transportowane. To wszystko kosztuje" - podkreślił.

Branża transportowa już może szacować straty. Każdej doby na terytorium Wlk. Brytanii wjeżdża 1,2 tys. polskich ciężarówek, rocznie polscy transportowcy przewożą na Wyspy 9 mln ton ładunków. "Bardzo wrażliwym dla nas tematem jest tzw. kabotaż, byli przewozy wewnętrzne w Wielkiej Brytanii. Nasi przewoźnicy są w tym zakresie liderami. Ten rynek wewnętrzny na pewno utracimy" - zaznaczył i dodał: "przewoźnicy będą musieli albo zarejestrować swoje firmy na obszarze Wielkiej Brytanii, albo wycofać się z tego rynku".

Podkreślił, że polscy przewoźnicy dominują dziś również na rynku przewozów między UE i Wielką Brytanią. "Udział ten wynosi obecnie ok. 23 proc. - taka jest skala naszych naszych przewozów" - mówił.

"Potrzebujemy około 6 lat na to, żeby strategicznie planować swoje swoje działania - 5 lat to minimalny okres leasingowania pojazdu. Dziś przewoźnicy są na etapie spłacania swoich zobowiązań finansowych wobec banków i firm leasingowych" - zaznaczył.

W momencie, gdy nie będą mogli przewozić towarów na obszarze Wielkiej Brytanii, czy w przewozach cross-border między innymi z innych państw Unii Europejskiej na Wyspy, część z nich będzie zmuszona wycofać się z rynku. "Dlatego uważamy i takie pytanie też stawiamy - czy UE i Wielka Brytania przewidziały utworzenie funduszu, żeby pomóc tym, którzy padną ofiarą takich decyzji. Chcielibyśmy, żeby za decyzję polityków płacili sami politycy, a nie przedsiębiorcy" - podkreślił.
 
Choć branżę czeka trudny czas, Buczek zaznaczył, że będą walczyć do końca. "Nas, polskich przewoźników, jest bardzo trudno wyeliminować z rynku. Nawet jeżeli będziemy musieli przez jakiś czas +przymierać głodem+, to będziemy dbali o ten rynek po to, żeby na nim pozostać wówczas, kiedy innym już przestanie się ten biznes podobać. Wiemy, że przewoźnicy zachodni już w tej chwili redukują swój potencjał, już się wycofują z rynku, my z całą pewnością zrobimy to jako ostatni" - podsumował.

Podkreślił, że ZMPD stara się na bieżąco informować przedsiębiorców o trudnościach związanych z prowadzeniem działalności w nowych warunkach, oferując pomoc w ubieganiu się o odpowiednie dokumenty na transport. "Za naszym pośrednictwem przewoźnicy będą mogli skorzystać z wielu takich instrumentów formalnych, ale to nie oznacza, że zator na granicy nie nastąpi. Nie ma takiej liczby celników, którzy by przetworzyli te dane, ani w kraju, ani na granicach" - dodał. Polska administracja skarbowa szacuje, że po brexicie przybędzie 600 tys. deklaracji celnych. (PAP)

autor: Magdalena Jarco

maja/ skr/