W Hongkongu policja wypchnęła protestujących z okolic parlamentu

2019-06-12, 18:54 aktualizacja: 2019-06-12, 18:56
Fot. PAP/EPA/VERNON YUEN
Fot. PAP/EPA/VERNON YUEN
Hongkońska policja przy użyciu gazu łzawiącego i gumowych kul wypchnęła w środę z bezpośredniej okolicy budynków rządowych tysiące osób protestujących przeciwko umożliwieniu ekstradycji do Chin kontynentalnych. Obserwatorzy spodziewają się kolejnych starć.

Policjanci utworzyli kordon na ulicy Queensway, którą do późnego popołudnia okupowały tysiące przeciwników zmian w prawie ekstradycyjnym zaproponowanych przez lokalny rząd. Wieczorem funkcjonariusze znów użyli gazu łzawiącego, by oczyścić z protestujących kolejny odcinek ulicy.

Do wieczora pojawiły się doniesienia o 22 osobach przewiezionych do szpitali z obrażeniami. Kierowca publicznej rozgłośni RTHK został ranny w głowę i stracił przytomność. Dziennik „South China Morning Post” poinformował, że jego stan jest stabilny.

Demonstranci przenieśli się dalej, okupując ulice w dzielnicy biznesowej Central. Na skrzyżowaniach wzdłuż Queensway ustawiali bambusowe barykady. Obserwatorzy spodziewają się, że może dojść do kolejnych starć, gdy policjanci postanowią usunąć blokady.

„Otrzymaliśmy informację, że władze powiadomiły szpitale, aby przygotowały się na wielu rannych tej nocy” - powiedział PAP jeden z protestujących, przedstawiając się imieniem Peter. Informacja miała pochodzić od pracowników szpitali.

„Dziś w nocy może się stać coś naprawdę niedobrego” - dodał ten dwudziestokilkuletni student nauk politycznych z lokalnego uniwersytetu.

Podobne obawy wyraził w rozmowie z PAP wykładowca politologii z Uniwersytetu Lingnan w Hongkongu Samson Yuen. „Jeśli władze nie wycofają ustawy, jestem przekonany, że będzie więcej przemocy” - powiedział.

Szef hongkońskiej policji Stephen Lo bronił w środę decyzji o użyciu gumowych kul i gazu łzawiącego, twierdząc, że w przeciwnym razie protestujący mogliby zaatakować policjantów metalowymi prętami. Demonstracje określił jako „zamieszki”.

Według Yuena to brutalne działania policji doprowadziły do tego, że pokojowe demonstracje przerodziły się w starcia. Jego zdaniem pokazuje to „jak autorytarny stał się rząd Hongkongu”.

Politolog zaznaczył również, że środowe demonstracje i starcia w Hongkongu są „bez precedensu” i „znacznie poważniejsze niż cokolwiek do tej pory”. Obserwatorzy podkreślają, że policja jest tym razem bardziej stanowcza, niż w czasie wcześniejszych manifestacji w Hongkongu, w tym podczas rewolucji parasolek z 2014 roku.

Demonstranci domagają się wycofania przez władze projektu nowelizacji prawa ekstradycyjnego, który m.in. umożliwiłby przekazywanie podejrzanych w sprawach kryminalnych władzom Chin kontynentalnych. Według przeciwników ustawy zagraża ona wolności mieszkańców Hongkongu, a Pekin może z niej korzystać w celu ścigania krytyków absolutnej władzy Komunistycznej Partii Chin (KPCh).

Mimo środowej blokady i olbrzymiej manifestacji przeciwko zmianom prawa w niedzielę władze Hongkongu deklarują, że nie wycofają projektu noweli. Drugie czytanie ustawy, które miało się odbyć w środę, przełożono jednak na nieokreślony termin.

W wywiadzie nagranym w środę rano – przed eskalacją protestów – szefowa administracji regionu Carrie Lam ze łzami w oczach odrzuciła sugestie, że „sprzedała Hongkong”. Pytana, czy po marszu protestu, w którym według organizatorów przeszło w niedzielę milion osób, rozważa odłożenie projektu, porównała ewentualne ustępstwa z rozpieszczaniem syna przez matkę.

Według Yuena szefowa władz Hongkongu znajduje się pod olbrzymią presją Pekinu, by przeforsować ustawę, nawet przy sprzeciwie społeczeństwa.

Student politologii Peter ocenił szanse na to, że protestującym uda się zmusić rząd do wycofania ustawy, jako „bardzo niskie”. „Ale jako Hongkończycy, urodzeni i wychowani w Hongkongu, musimy spróbować się do tego przyczynić” - powiedział.

Z Hongkongu Andrzej Borowiak (PAP)