Napiórkowski: skłaniam się ku muzyce, która sprawia mi przyjemność

2019-11-04 14:00 aktualizacja: 2019-11-04, 16:04
Marek Napiórkowski. Fot. PAP/Artur Reszko
Marek Napiórkowski. Fot. PAP/Artur Reszko
Kiedyś często słuchałem muzyki w celach edukacyjnych, dziś skłaniam się ku muzyce, która po prostu sprawia mi przyjemność – przyznaje Marek Napiórkowski. Wierzy, że muzyka ma w sobie coś magicznego, co wyzwala emocje i budzi wspomnienia, szczególnie te zapisane w pamięci długotrwałej.

Hipokamp to obszar mózgu, który odgrywa ważną rolę w przenoszeniu informacji z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej. Tam zapisują się nasze wspomnienia, tam skrywają się te niezapomniane chwile, smaki, dźwięki, do których powracamy. W swojej muzycznej podróży do tego nie do końca zbadanego obszaru postanowił również sięgnąć Marek Napiórkowski. Choć sam przyznaje, trudno mu jednoznacznie wskazać, co pobudza jego hipokamp.

"Co pobudza mój hipokamp? Ciężko go wyabstrahować, ciągle nie wiemy, co do końca w naszej głowie, tym najdoskonalszym komputerze, się dzieje. Na pewno hipokamp przeniósł do pamięci trwałej wiele wspaniałych nagrań, jednak muzyka to tak szerokie pole, że trudno wymienić jednego artystę, jedną piosenkę. Gdy zaczynałem grać, słuchałem bluesa, rock’n’rolla, potem zakochałem się w jazzie. Jestem artystą, który liczy się z przeszłością. Mam wrażenie, że to, co robię, to dodawanie, nadbudowywanie. Piszę ciąg dalszy" – podkreślił.

Przyznaje, że będąc wierny nagraniom, które zostały wpisane w jego pamięć długotrwałą, wciąż pozostaje otwarty na nowe nurty, kierunki, dźwięki, które inspirują. "Gram poza modami, chociaż odwołuję się do różnych stylistyk" – wyjaśnia.

"Kiedyś, jako muzyk, słuchałem edukacyjnie. To coś, czego nie ma zwykły meloman. Jako muzycy jesteśmy zafascynowani nagraniem, bo odnajdujemy w nim inną technikę grania, nowe dźwięki. To rodzaj lekcji, która nigdy się nie kończy, choć dziś częściej skłaniam się ku muzyce, która po prostu sprawia mi przyjemność" - przyznał.

Zapytany o to, czy polscy słuchacze dorośli do jazzu, wskazuje, że jazz nie tyle wymaga dojrzałości, co chwili uważności, dotarcia do momentu, w którym dźwięki stają się czymś więcej niż tylko miłym towarzyszem życia. "Muzyka służy nam do tego, aby coś przeżyć, połączyć się z artystyczną myślą twórcy, a to wymaga czasu. Odnosząc się do trudności tej muzyki, tego, że trzeba do jazzu dojrzewać, uważam, że ważne jest jedynie, by poświęcić mu czas - to nie jest muzyka szybkiej satysfakcji" – wyjaśnia.

"Wierzę, że muzyka pobudza wyobraźnię. Gram dla ludzi, którzy wchodzą w relację z tym, co robimy. U niektórych budzi też skojarzenia, jest to piękna abstrakcyjna sfera, która odnosi się do tego, co wyobraża sobie twórca i co wyobraża sobie odbiorca. Ta abstrakcja, to jest głębia i piękno muzyki" – zdradza.

W swojej 30-letniej muzycznej podróży Marek Napiórkowski odkrywał przed słuchaczami wiele muzycznych zakątków, z upodobaniem oddając się improwizacji. Przyznaje jednak, że ta młodzieńcza improwizacja, aż tak bardzo się nie różni od tej dojrzałej. "Być może teraz jest ona dojrzalsza, głębsza, ale każda improwizacja jest zapisem chwili, zresztą, to co grałem kiedyś nie było dużo gorsze niż teraz. Lubię tego gościa, którym byłem 20 lat temu. Jaki był wtedy muzycznie? Był inny, żył czymś innym, może co innego chciał przekazać. Przez te wszystkie lata, kiedy grałem, rozwijałem ten język, miałem wrażenie, że nauczyłem się tak dużo, jednak słuchając swoich starych nagrań dostrzegam pewien zamysł muzyczny, sposób frazowania, który jest podobny. Zatem nie da się uciec od siebie. Na szczęście" – przyznaje.

Na swojej najnowszej płycie "Hipokamp" Marek Napiórkowski sięgnął do dźwięków i brzmień, które już kiedyś poznał, które zapisały się gdzieś w jego pamięci, aby z czasem ponownie stać się inspiracją dla kolejnego muzycznego projektu. "Na płycie pojawia się utwór +Space Oddity+ Davida Bowie, który w zasadzie zapoczątkował powstanie płyty w tym brzmieniu. Wiąże się z tym pewna historia. Kiedy zmarł Bowie, zadzwonił do mnie Piotr Stelmach z radiowej Trójki, z pomysłem nagrania dwóch instrumentalnych utworów Bowiego i wtedy właśnie powołałem do życia trio z Janem Smoczyńskim i Pawłem Dobrowolskim. Od tamtej chwili miałem z tyłu głowy brzmienie, które wtedy stworzyliśmy. Wiedziałem, że kiedyś nagram właśnie taką płytę. Zaprosiliśmy do współpracy Luisa Ribeiro i Adama Pierończyka" – wspomina muzyk. (PAP Life)

mdn/ jbr/