Porozumienie ZEA z Izraelem raczej nie zmieni Bliskiego Wschodu, nie wpłynie na wybory w USA

2020-08-15 08:01 aktualizacja: 2020-08-15, 08:05
Premier Izraela Benjamin Netanyahu. Fot. PAP/EPA/ABIR SULTAN
Premier Izraela Benjamin Netanyahu. Fot. PAP/EPA/ABIR SULTAN
Obietnica nawiązania stosunków dyplomatycznych między Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi a Izraelem jest sukcesem administracji prezydenta Donalda Trumpa, która była akuszerem porozumienia. Ale raczej nie zmieni ono Bliskiego Wschodu, ani nie wpłynie na wynik wyborów w Ameryce - oceniają media i eksperci.

Relacja między Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi a Izraelem, w tym gospodarcze, poprawiały się i rozwijały już od dawna, mimo braku oficjalnych stosunków. Od dłuższego czasu izraelscy blogerzy obserwujący podróże lotnicze swych rodaków zwracali uwagę na rosnącą liczbę wypraw biznesowych do Emiratów, choć między krajami nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych. Jak i w przypadku poprzednich krajów arabskich, z którymi Izrael nawiązał stosunki, ważną komponentą wzajemnego zainteresowania Jerozolimy i Abu Zabi jest gospodarka - mówi rozmowie z PAP dr Łukasz Fyderek z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Francuski tygodnik "L'Express" pisze, że Emiraty "zainwestują poważne sumy w Izraelu". Fyderek podkreśla, że oba te państwa są najważniejszymi potęgami technologicznymi na Bliskim Wschodzie i ich współpraca w tej dziedzinie będzie źródłem ważnej synergii.

"Economist" ocenia, że ogłoszenie ustanowienia stosunków dyplomatycznych to "oficjalne przyznanie się Izraela i ZEA do cichego romansu", który łączył ich od dawna. "Ale porozumienie w sprawie relacji dyplomatycznych, jakkolwiek historyczne, może nie zmienić regionu" - podkreśla tygodnik.

Zarówno "Economist", jak i "L'Express" zwracają też uwagę na to, że strony porozumienia zdają się je nieco inaczej postrzegać i to w wielu aspektach.

Następca tronu Abu Zabi szejk Mohammad Ibn Zajed oznajmił po wydaniu przez wszystkich zainteresowanych komunikatu w sprawie zawarcia porozumienia ogłoszeniu, że jest ono jedynie "mapą drogową", która prowadzić będzie do nawiązania relacji. Potwierdził też, że elementem paktu jest rezygnacja Izraela z aneksji części okupowanych terytoriów palestyńskich.

Tymczasem premier Izraela Benjamin Netanjahu już zapowiedział, że otworzone zostaną ambasady i bezpośrednie połączenia lotnicze między obu krajami - pisze "Economist".

Z drugiej strony, podczas konferencji prasowej ogłosił, że aneksja części palestyńskich terytoriów "została odłożona". "Ale nie zrezygnowaliśmy z tego" - dodał, przekonując swój własny obóz polityczny, że nie oddał "suwerenności Izraela" nad palestyńskimi terytoriami w zamian za dogadanie się z Emiratami - relacjonuje portal Times of Israel. "To tylko chwilowa przerwa, a nie definitywne odsunięcie aneksji" - powiedział cytowany przez "L'Express" ambasador USA w Jerozolimie David Friedman, który podkreślił, że dobór słów w tej części umowy był bardzo staranny.

Dr Fyderek zwraca uwagę, że zmiana stanowiska Emiratów wobec sprawy palestyńskiej nie jest zaskoczeniem, choć Palestyńczycy nazwali ją "zdradą". Od wielu lat, a zwłaszcza od arabskiej wiosny - przypomina - kraje regionu po prostu przestały się specjalnie przejmować Palestyńczykami.

Waszyngtoński dziennik "The Hill" i "Economist" oceniają, że podpisanie porozumienia między Abu Zabi i Jerozolimą to po prostu "uznanie faktów za rzeczywistość", skoro nieoficjalnie relacje między obydwoma krajami miały się od dawna dość dobrze.

Za dalszym zacieśnieniem współpracy przemawiała niechęć do wspólnych wrogów i regionalnych rywali Iranu i, w przypadku ZEA - Turcji. Emiraty martwi bowiem "islam polityczny" i Ankara, która go wspiera w całym regionie, wraz z takimi organizacjami jak Bractwo Muzułmańskie - konstatuje "Economist".

Ankara wydała skądinąd oświadczenie, w którym napisano, iż "historia i ludność regionu" nigdy nie zapomną, ani nie wybaczą Emiratom nawiązania stosunków z Izraelem.

Tymczasem, choć w Waszyngtonie uznano podpisanie porozumienia za sukces administracji Trumpa, to jednak nie przełoży się on na jego szanse w wyborach prezydenckich - oceniają eksperci cytowani przez "The Hill".

Wprawdzie życzliwość dla Izraela jest warunkiem utrzymania wsparcia amerykańskich ewangelikałów, którzy w poprzednich wyborach zagłosowali na Trumpa, ale "polityka zagraniczna nie jest w ogóle istotna w tym momencie" - uznał profesor nauk politycznych Uniwersytetu Emory'ego Alan Abramowitz, który uważa, że o wyborach przesądzą tematy krajowe.

Sojusz Abu Zabi i Jerozolimy może więc co najwyżej wzmocnić poparcie ewangelikalnej bazy dla Trumpa, którego i tak uznaje ona za najlepszego amerykańskiego prezydenta dla Izraela - ocenia "The Hill".

Dla przeciwników Trumpa zapis umowy między jej stronami, mówiący o zawieszeniu aneksji terytoriów palestyńskich, jest potwierdzeniem, że w tzw. planie pokojowym dla Bliskiego Wschodu administracji Trumpa nigdy nie powinno było być akceptacji dla planu formalnego zajęcia tych terytoriów przez Izrael - podsumowuje "The Hill". (PAP)