Dowódca grupy poszukiwawczej: na misję jadą wyłącznie sprawdzeni specjaliści; selekcja jest trudna

2020-08-15 09:02 aktualizacja: 2020-08-15, 09:07
Warszawa, 10.08.2020. Powrót grupy polskich ratowników z Libanu. Fot. PAP/Paweł Supernak
Warszawa, 10.08.2020. Powrót grupy polskich ratowników z Libanu. Fot. PAP/Paweł Supernak
Na misję zagraniczną jadą wyłącznie sprawdzeni specjaliści; selekcja jest dość trudna, ale niezbędna, bo załamanie psychiczne jednego ratownika może mieć znaczenie dla powodzenia całej akcji - powiedział PAP dowódca łódzkiej specjalistycznej grupy poszukiwawczo-ratowniczej Państwowej Straży Pożarnej mł. bryg. Marcin Płotica.

Od pojawienia się informacji o wyjeździe na akcję międzynarodową w najodleglejsze miejsca na świecie, do zbiórki - z niezbędnym sprzętem - muszą być gotowi w zaledwie trzy godziny. W ciągu kolejnych trzech, są w miejscu wylotu na misję. Członkowie specjalistycznych grup poszukiwawczo-ratowniczych są wysyłani do najtrudniejszych akcji. Do tej pory brali udział w poszukiwaniach ludzi po trzęsieniach ziemi na Haiti (2010 r.) i w Nepalu (2015 r.) a ostatnio w akcji ratunkowej po eksplozji w Libanie.

W Polsce jest pięć specjalistycznych grup poszukiwawczo-ratowniczych PSP, które mogą brać udział w misjach zagranicznych. Członkowie każdej z nich przechodzą trochę inne szkolenia, ale wyszkolenie ratownika z reguły trwa latami.

Jak wskazał w rozmowie z PAP dowódca łódzkiej specjalistycznej grupy poszukiwawczo-ratowniczej PSP mł. bryg. Marcin Płotica, osoby, które chcą działać w ramach grupy łódzkiej najpierw muszą napisać raport, a następnie wziąć udział w obozie, gdzie przez kilka dni przechodzi się testy. "Po tych kilku dniach ciężkiej pracy podejmujemy decyzję. Dzieje się tak dlatego, że osoby te przez lata będą szkolone, będziemy w nie inwestować zarówno czas, jak i pieniądze" - wyjaśnił Płotica.

Zaznaczył też, że szkolenia członków grupy są bardzo ważne, bo jeśli nagle w czasie misji okazałoby się, że wskutek załamania psychicznego ktoś byłby w stanie zanegować rozkaz, to sprawiłby tym duży kłopot. "Nie jesteśmy bowiem w stanie takiej osoby ani odesłać, ani się nią zająć. Dlatego selekcja jest dość trudna" - podkreślił Płotica.

Właśnie dlatego - jak powiedział - na misję zagraniczną jadą wyłącznie wyselekcjonowani specjaliści, zaś grupa składa się przynajmniej z czterech oddzielnie funkcjonujących w Polsce grup. "Są to ludzie z Łodzi, Warszawy, Poznania, Gdańska, Małopolski i Wałbrzycha" - dodał Płotica.

Dowódca łódzkiej grupy, który brał udział we wszystkich trzech misjach zagranicznych, zaznacza, że takie akcje są jednymi z najcięższych. "Oprócz działań ratowniczych trzeba mieć z tyłu głowy własne bezpieczeństwo, m.in. higieniczne, ze względu na inną florę bakteryjną. W Polsce nie zwracamy na to uwagi, skupiamy się tylko na pracy ratowniczej" - stwierdził.

Jak dodał, podczas akcji ratownicy muszą wyłączyć myślenie o ofiarach w aspekcie ludzkim i przejść "w tryb profesjonalny", czyli skupić się na analizie zawalonych budynków, czy możliwości wydobycia zapachów oraz rodzaju konstrukcji gruzów.

"Wszystko bardzo zależy od konstrukcji budynków i przyczyny, z jakiej dany budynek został zawalony, a bardzo dużo zależy też od szczęścia. Osoba uwięziona pod gruzem musi się bowiem znaleźć w miejscu, gdzie będzie miała możliwość oddychania" - wyjaśnił Płotica.

Powiedział, że bardzo dużym obciążeniem psychicznym dla dowódcy jest zadecydowanie o tym, że ratownicy zrobili wszystko, by wykluczyć osoby żywe oraz wyjście z budynku.

Zapytany o porównanie akcji na Haiti i w Nepalu z akcją w Bejrucie zaznaczył, że wspólnym mianownikiem jest jedynie zawalenie konstrukcji budowlanej, natomiast rodzaj uszkodzeń jest zgoła inny.

"Ten rodzaj uszkodzeń jest podobny trochę do tych, z którymi mamy do czynienia w Polsce. Nie mamy trzęsień ziemi, a właśnie zawalenia związane z działalnością człowieka" - podkreślił.

Jak wskazał, zasadniczą różnicą pomiędzy wybuchem a trzęsieniem ziemi jest to, że w przypadku tego drugiego system ratowniczy kraju "jest zazwyczaj tak obciążony, że ratownicy nie są w stanie sobie w ogóle z tym poradzić". "Tak było na Haiti i w Nepalu. Tutaj - mimo że skala zniszczeń była duża - to system ratowniczy kraju nie ucierpiał prawie w ogóle" - ocenił Płotica. Dodał, że pomoc międzynarodowa pozwoliła na zorganizowanie akcji poszukiwawczych w krótkim czasie.

Płotica zaznaczył, że dużym wsparciem jest dla niego rodzina. "To bardzo duży komfort psychiczny dla ratownika, że czuje wsparcie ze strony rodziny. Czuję oczywiście, że żona się obawia, ale wie, że to do tego jestem wyszkolony i że powinienem to robić" - powiedział.

Członkowie grup poszukiwawczo ratowniczych po skończonej akcji nie mogą jednak od razu wrócić do domów. Najpierw muszą przejść badania, w tym rozmowy z psychologiem, badania medyczne, a tym razem także test na koronowirusa. Takie badania trwają nawet dwie doby. Po misji w Libanie strażacy-ratownicy przebywali w Centrum Naukowo-Badawczym Ochrony Przeciwpożarowej im. Józefa Tuliszkowskiego w Józefowie.

Łódzka specjalistyczna grupa poszukiwawczo-ratownicza powstała w 2000 roku i została stworzona na bazie dwóch jednostek ratowniczo-gaśniczych. Obecnie liczy ona 43 osoby. (PAP)

autor: Marcin Chomiuk