Państwo włoskie wspiera kulturę a publiczność się boi

2020-09-30 09:51 aktualizacja: 2020-09-30, 09:54
Teatro Regio w Parmie we Włoszech. Fot. PAP/EPA/ELISABETTA BARACCHI
Teatro Regio w Parmie we Włoszech. Fot. PAP/EPA/ELISABETTA BARACCHI
Państwo włoskie wspiera instytucje kultury, ale trzeba nawet trzech lat, by wznowić normalną działalność - powiedziała PAP dyrektor operowego Teatro Regio w Parmie Anna Maria Meo. Przyznała, że panuje wielki strach przed przyjściem na spektakl podczas epidemii.

Dyrektor jednej z najważniejszych historycznych scen teatralnych we Włoszech podkreśliła, że zmienił się kontekst kultury i to z wielu punktów widzenia.

"Oczywiście ponieśliśmy większe straty niż inne obszary kultury, bo świat teatru, muzyki żyją komunikując się z widownią, istnieją dzięki wspólnocie, dzielą z nią przestrzeń i wtedy mają sens" - dodała Anna Maria Meo. Dlatego - stwierdziła - tak bardzo dotknęła nas kwarantanna".

Następnie zaznaczyła: "W przeciwieństwie do tego, co my mamy zwyczaj mówić o naszym państwie, to wsparcie z jego strony dla instytucji kultury było, o czym świadczy to, że dalej one żyją".

"Mimo trudności nikt nie pomyślał o tym, by zamknąć placówkę kultury, jak miało to miejsce w innych krajach, gdzie z dnia na dzień zamknięto teatry i wyrzucono klucze" - zaznaczyła szefowa Teatro Regio.

Wyjaśniła: "Jeśli czegoś brakowało, to wsparcia dla jednostek, dla ludzi sztuki. Z tego punktu widzenia nie potrafiono uruchomić skutecznych instrumentów, bo przecież upadkowi produkcji teatralnych i muzycznych towarzyszy kryzys wszystkich branż współpracujących, które straciły wszystkie szanse".

"Nie można jednak powiedzieć, że państwo porzuciło kulturę" - zauważyła.

Zdaniem Anny Marii Meo najbardziej ucierpieli młodzi artyści, bo wraz ze wznowieniem działalności instytucje kultury po to, by przyciągnąć publiczność, zaprosiły wielkie nazwiska.

"O artystach debiutujących - tych na początku kariery - zapomniano. To nie powinno było się zdarzyć, bo obecna sytuacja epidemiczna, która potrwa długo, oznaczać będzie utratę pokolenia artystów , szukających już nowego życia zawodowego" - stwierdziła.

Zdaniem dyrektor teatru z Parmy przyszłość trudno sobie wyobrazić.

"Ale wiemy, że będzie trudna. Zrozumiałam natychmiast, że przez długi czas nie będziemy normalnie pracować. Postanowiliśmy zająć się inną pracą" - dodała.

"W pracowni scenograficznej i krawieckiej zaczęliśmy robić pamiątki i ozdoby na Boże Narodzenie, na przykład bombki z jedwabiu, jaki pozostał ze scenografii i kostiumów. Będziemy je sprzedawać razem ze specjalnym bilecikiem z wyjaśnieniem, ze scenografii do jakiego spektaklu i z jakiego kostiumu pochodzi tkanina wykorzystana do świątecznej dekoracji" - opowiedziała Meo.

"Robiliśmy to, by nasza społeczność teatralna nie bała się. Ale bardzo przestraszeni są mieszkańcy, nasi widzowie, bo pamiętają o wszystkich, którzy tu zmarli w czasie epidemii. Parma zapłaciła wysoką cenę. Ludzie nie są w stanie przezwyciężyć lęku, boją się przyjść do teatru" - przyznała.

Zauważyła, że nawet, gdyby nie było wymogu zapełnienia widowni tylko w połowie, nie byłoby kompletu w liczbie 1150 osób. Na wystawiane obecnie spektakle przychodzi 600 widzów.

"Nadal utrzymuje się nadzwyczaj silny opór przed przyjściem do teatru, co bardzo szkodzi idei uczestnictwa. Teraz taki udział budzi strach. Nie wiem, kiedy przezwyciężymy ten problem, prawdopodobnie dopiero po roku, gdy szczepionka da niepodważalne rezultaty" - wskazała rozmówczyni PAP. Jej zdaniem "potrzeba czasu i nie będzie to sześć miesięcy czy rok; trzeba nawet dwóch czy trzech lat, by powrócić do normalnej działalności scenicznej".

Jak stwierdziła Meo, by zorganizować wydarzenia w ramach tegorocznego, całkowicie odmienionego Festiwalu Giuseppe Verdiego w parku miejskim "ustawiona została scena tak wielka, jak na koncert grupy Pink Floyd". To wszystko, jak wyjaśniła, z powodu konieczności zachowania dystansu społecznego.

Z Parmy Sylwia Wysocka (PAP)