Birma. Starcia demonstrantów z policją. W Munywie zginęła kobieta

2021-02-27 11:19 aktualizacja: 2021-02-27, 11:28
Sobota jest kolejnym dniem protestów w Birmie w reakcji na wprowadzenie 1 lutego rządów wojska. Odbywają się one w większych miastach kraju i są brutalnie tłumione przez policję. W Munywie na zachodzie Birmy policja użyła ostrej amunicji - zginęła kobieta.

W ramach akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa w Birmie codziennie odbywają się masowe protesty przeciwników junty, w których zginęło już 7 osób. Według miejscowych mediów policja rozpędza demonstracje i pikiety  przy użyciu gumowych kul, gazu łzawiącego i armatek wodnych, a czasem także ostrej amunicji.

W Munywie, gdzie policja użyła w sobotę armatek wodnych i gazu łzawiącego, protestujący zostali wzięci w okrążenie, co uniemożliwiło im ucieczkę. Trzy niezależne portale społecznościowe podały informację o zastrzeleniu tam kobiety. Policja nie potwierdziła na razie tych doniesień.

We wszystkich birmańskich miastach policja od rana w sobotę starała się nie dopuścić do powstawania zgromadzeń. Mimo to w dawnej stolicy kraju Rangunie oraz w Mandalaj protestujący dotarli do centrum, gdzie wnosili antyrządowe okrzyki i śpiewali pieśni. Policja użyła gazu łzawiącego i granatów hukowych dla rozproszenia tłumów. Funkcjonariusze strzelali w powietrze. Aresztowano kilkadziesiąt osób, w tym - wielu dziennikarzy.

Także w Mandalaj, drugim co do wielkości mieście w kraju, zatrzymano w sobotę wiele dziesiątków osób. Wśród aresztowanych znalazła się Win Mya Mya z Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, która jest jedną z dwojga jedynych muzułmańskich deputowanych reprezentowanych w parlamencie Birmy.

Stojący na czele rządu wojskowego gen. Min Aung Hlaing twierdzi, że władze starają się unikać przemocy i stosują rozwiązania siłowe tylko w koniecznych przypadkach. Opozycja uważa jednak, że z dnia na dzień reakcja policji i wojska staje się coraz bardziej brutalna.

Niepewny jest los demokratycznie wybranej przywódczyni Birmy

W kraju narasta niepewność co do losów 75-letniej Aung San Suu Kyi, którą od zamachu stanu przetrzymywano w areszcie domowym. W piątek podano, że demokratycznie wybrana przywódczyni Birmy, została przewieziona w nieznane miejsce.

"Nie wiemy już, gdzie jest przetrzymywana" – powiedziało portalowi źródło w Narodowej Lidze na rzecz Demokracji (NLD), odsuniętej od władzy przez armię. Informację o przeniesieniu Suu Kyi potwierdził inny członek partii.

Po przejęciu władzy generalicja aresztowała też prezydenta U Win Myinta i wielu innych dygnitarzy. Są oni przetrzymywani pomimo licznych międzynarodowych apeli o ich uwolnienie, a także masowych ulicznych protestów i ogólnokrajowej akcji strajkowej.

Policja oskarżyła Suu Kyi o nielegalne posiadanie krótkofalówek i złamanie obostrzeń związanych z pandemią Covid-19. Jej proces rozpoczął się w ubiegłym tygodniu w trybie wideokonferencji, a następna rozprawa planowana jest na poniedziałek. W przeszłości birmańska laureatka pokojowej nagrody Nobla była przez 15 lat przetrzymywana w areszcie domowym - przypomina Reuters.

Junta ogłosiła stan wyjątkowy na okres roku, zapowiadając, że przeprowadzi nowe wybory i odda władzę ich zwycięzcom. Wielu Birmańczyków nie wierzy jednak w te zapewnienia i obawia się, że przejęcie władzy przez wojsko będzie początkiem długotrwałej, opresyjnej dyktatury, podobnie jak po zamachach stanu z 1962 i 1988 roku.

Media społecznościowe w Birmie zamieszają w sobotę materiały dotyczące wystąpienia na forum Zgromadzenia Ogólnego NZ ambasadora Birmy  Kyawa Moe Tuna, który oświadczył w piątek w Nowym Jorku, że mówi w imieniu rządu Aung San Suu Kyi.

Dyplomata zaapelował o szybką reakcję międzynarodową i zastosowanie wszelkich form nacisku wobec junty przy jednoczesnym zagwarantowaniu bezpieczeństwa dla obywateli. Pod koniec przemówienia, Kyaw Moe Tun przeszedł z języka angielskiego na birmański i salutując trzema palcami - jak to czynią demonstranci w Birmie - zakrzyknął" "Nasza sprawa wygra!".

Uczestnicy birmańskich protestów uznali ambasadora za bohatera, podczas gdy posłuszne wobec junty media widzą w nim zdrajcę. (PAP)
io/