Koszykarz Aaron Cel: udział w igrzyskach to szczyt marzeń

2021-06-11 12:49 aktualizacja: 2021-06-11, 15:40
Koszykarze reprezentacji Polski Aaron Cel (L) i Karol Gruszecki (P) Fot.  PAP/Andrzej Grygi
Koszykarze reprezentacji Polski Aaron Cel (L) i Karol Gruszecki (P) Fot. PAP/Andrzej Grygi
Aaron Cel, jeden z najbardziej doświadczonych koszykarzy reprezentacji Polski, przygotowującej się w Gliwicach do turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk, nie ukrywa, że występ na olimpiadzie w Tokio byłby spełnieniem marzeń z czasów dzieciństwa.

Polska Agencja Prasowa: Na przełomie czerwca i lipca reprezentacja Polski walczyć będzie w Kownie o olimpijski bilet do Tokio. Czy czuje już pan emocje olimpijskie?

Aaron Cel: Tak. Już same kwalifikacje do igrzysk to dla nas, reprezentacji, nowość, bo tu, w Europie, zawsze było się trudno do nich dostać. Nam udało się dzięki bardzo dobremu występowi w mistrzostwach świata w Chinach. Postaramy się wykorzystać szansę w Kownie, bo dla każdego z nas udział w igrzyskach to szczyt marzeń.

PAP: Myślał pan jako dziecko, że kiedyś uda się panu walczyć o igrzyska, pojechać na nie?

A.C.: Tak. Olimpiady oglądam w telewizji, z rodziną, od zawsze... Moją pierwszą, którą pamiętam była Barcelona w 1992 r. (Cel miał wówczas pięć lat - PAP). Mam w pamięci Carla Lewisa i inne wielkie gwiazdy sportu, choć nie koszykarskie czy piłkarskie, bo wtedy nie śledziłem tak bardzo tych dwóch dyscyplin.

PAP: W Kownie też będą gwiazdy parkietów NBA w składach reprezentacji Litwy czy Słowenii, jak Luka Doncic z Dallas Mavericks, który po odpadnięciu jego ekipy z play off NBA zaraz zadeklarował udział w meczach reprezentacji. Poprzeczka została więc podniesiona.

A.C.: Prawdę mówiąc, byliśmy nastawieni na to, że Luka Doncic raczej zagra w Kownie już przed jego deklaracją. Wiemy, że będzie nam trudniej grać przeciw Słowenii z Doncicem w składzie, ale jednocześnie to dla nas większe wyzwanie i przyjemność rywalizacji. Zawsze fajnie gra się przeciwko najlepszym. Sukces smakuje wtedy jeszcze bardziej...

PAP: Czy odczuwa pan na treningach większą rywalizację ze względu na rangę turnieju w Kownie? Trener Mike Taylor będzie musiał wskazać 12 koszykarzy, a w zasadzie 11, bo AJ Slaughter, który nie bierze udziału z zgrupowaniu (po zakończeniu występów w lidze hiszpańskiej kontynuuje grę w Dubaju - PAP) jest prawie pewniakiem i ma dotrzeć bezpośrednio do Kowna.

A.C.: Konkurencja w drużynie jest, jak zwykle w kadrze. Ona pomaga dawać z siebie jak najwięcej i robić krok do przodu. Im jest się starszym zawodnikiem, tym bardziej trzeba dbać o szczegóły przygotowań, o regenerację. Życzę i chcę, by drużyna narodowa była jak najlepsza, oczywiście mam nadzieję i robię wszystko, by w niej grać, ale jak zabraknie mnie w składzie, to świat się nie skończy… Też się będę cieszył, bo będzie oznaczało, że są po prostu ode mnie lepsi.

PAP: Zakończył pan w tym roku grę w ekstraklasie pod koniec kwietnia, po tym jak Polski Cukier Toruń nie awansował do play off. Co pan robił przez półtora miesiąca, odpoczywał?

A.C.: Nie. Nadal był trening i ćwiczenia, choć koszykówkę odłożyłem troszkę na bok. Pracowałem z trenerem kadry od przygotowania fizycznego Dominikiem Narojczykiem, by przygotować się fizycznie do zgrupowania i utrzymać rytm oraz formę. Mam swoje lata, więc muszę się przykładać, by móc nadążać za wszystkimi młodymi, którzy dobijają się do reprezentacji.

PAP: Jak wyglądał indywidualny harmonogram tych zajęć?

A.C.: Kilka razy w tygodniu siłownia i inne sporty - dużo biegania, to znaczy co drugi dzień. Mam swoją trasę na Przymorzu w Trójmieście, prawie 10 km. Był też tenis stołowy, bo mam sąsiada, który jest mistrzem w tej dyscyplinie. Chciałem powiedzieć, że także pływanie, ale w tym roku było z tym marnie ze względu na koronawirus i zamknięte baseny.

PAP: Trener Narojczyk wyciska z koszykarzy przysłowiowe siódme poty, więc rozumiem, że skoro przygotowywał się pan pod jego okiem wcześniej, to nie ma pan zakwasów?

A.C.: Zakwasy muszą być. Niektóre mięśnie były mniej używane, inne więcej. Zakwasy są dobre, bo to znaczy, że pracuje się na najwyższych obrotach. Znacznie bardziej niebezpieczne jest naciągnięcie, czy coś gorszego, bo to oznacza, że ciało nie jest gotowe do wysiłku. Przyznam, że gdy w trakcie sezonu +zrobi się+ mocniejsza siłownię, to zakwasy również się pojawiają.

PAP: Kadra ma w planach rozegranie w Gliwicach sześciu sparingów w ciągu 11 dni. To w pana opinii duże wyzwanie indywidualne i zespołowe?

A.C.: Sam nie wiem, ale jedno jest pewne: wolimy grać niż trenować. Znamy system trenera Mike’a Taylora, trudno siebie nawzajem zaskakiwać, więc najlepsza jest konfrontacja z rywalami, by móc zobaczyć bardziej konkretnie nad czyn najwięcej musimy popracować. Im więcej meczów towarzyskich, tym więcej szans na testowanie i modyfikowanie naszej gry, na reagowanie na rozwiązania taktyczne rywali. To bardziej niż treningi pozwala na robienie kroku i następnego kroku do przodu.

PAP: Do hal wracają kibice. Mecze z publicznością to…

A.C.: Fantastyczna wiadomość. Oby było ich jak najwięcej i oby wszyscy przestrzegali zasad, które cały czas obowiązują. Cieszymy się, bo śpiewanie hymnu razem z kibicami to jest zawsze fajne, niezapomniane uczucie. Bardzo się za tym stęskniłem. Mam nadzieję, że wszyscy fani, tak jak ja, będą śpiewać głośno, a potem będą się cieszyć naszą grą.

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)
io/