Pandemia "podarowała" Polakom nawet pięć medali

2021-08-08 18:32 aktualizacja: 2021-08-09, 07:27
Polska srebrna medalistka w rzucie oszczepem Maria Andrejczyk. Fot. PAP/ EPA/CHRISTIAN BRUNA
Polska srebrna medalistka w rzucie oszczepem Maria Andrejczyk. Fot. PAP/ EPA/CHRISTIAN BRUNA
O pięć medali mniej mogliby mieć polscy lekkoatleci, gdyby igrzyska w Tokio odbyły się zgodnie z planem, czyli przed rokiem. "Trudno gdybać, ale pandemia na pewno zmieniła układ sił. Pytanie, ile nam też zabrała" - mówił w rozmowie z PAP międzynarodowy sędzia Janusz Rozum.

Na pewno przed rokiem w stolicy Japonii nie mogłaby wystąpić Anita Włodarczyk. W zeszłym roku przeszła wiosną operację kolana i dosyć długo wracała do siebie. Rehabilitacja był żmudna i kosztowała ją sporo energii. W listopadzie wróciła do kołu i krok po kroku wracała do dyspozycji. Początek sezonu też nie był najlepszy. Pod wodzą nowego trenera Chorwata Ivicy Jakelica zmierzała po swoje trzecie olimpijskie złoto. Przed rokiem zmagania rywalek oglądałaby w telewizji.

Objawienia polskiej lekkoatletyki

Kolejnym przykładem jest Maria Andrejczyk. W Tokio wywalczyła srebro w rzucie oszczepem, do Japonii poleciała jako liderka światowej listy wyników. Rok temu już wprawdzie startowała, ale to był dopiero pierwszy jej rok po serii kontuzji i czterech operacjach. Jej forma była bardzo niestabilna i rzuty powyżej 60 metrów zdarzały się sporadycznie.

Jeszcze innym przypadkiem jest Patryk Dobek, który w Tokio pobiegł po brąz na dystansie 800 m. Jeszcze rok temu tej konkurencji w ogóle nie uprawiał. W listopadzie 2020 trafił jednak pod skrzydła specjalisty od tego biegania dwóch okrążeń Zbigniewa Króla. I wtedy zaczęła się jego wielka przygoda. Najpierw złoto halowych mistrzostw Europy w Toruniu i szok kibiców, ekspertów, rywali i jego samego. Ale nawet wtedy mówił jeszcze, że nie rozstał się całkowicie z konkurencją 400 m ppł. W stolicy Japonii nastąpił jednak chyba ostateczny rozbrat.

Trudno przypuszczać, żeby rok temu medal miała też Malwina Kopron, która w Kraju Kwitnącej Wiśni wywalczyła brąz w rzucie młotem. W marcu musiała nieoczekiwanie przejść zabieg chirurgiczny, a w sezonie najlepszy rezultat miała 74,18. To w tegorocznym konkursie dałoby jej szóste miejsce.

Po złoto byłoby bardzo trudno pójść chodziarzowi Dawidowi Tomali, który w Sapporo wygrał rywalizację na 50 km. On przed rokiem specjalizował się jeszcze na dystansie 20 km i nikt nie przypuszczał, że postanowi go przedłużyć. Jak się okazało, by to strzał warty tytułu mistrza olimpijskiego. To jak - ocenia Rozum - największa sensacja w historii polskiej lekkoatletyki.

Sytuacja polskich biegaczy w pandemii

"Tego medalu nie byłoby nawet w innej miejscowości, innej okolicy, innego dnia. To był po prostu jego dzień, jego trasa, jego strzał. Rywale go zwyczajnie nie docenili" - ocenił.

Medalistką olimpijską nie byłaby też Natalia Kaczmarek. Wprawdzie miałaby szansę, by załapać się do sztafetowej szóstki, ale mało prawdopodobne by było, że pobiegłaby w którejkolwiek sztafecie. W tym sezonie stała się liderką 400 m i do domu wróciła ze złotym i srebrnym medalem.

"Trudno nie zgodzić się z taką tezą. Pytanie jednak też brzmi, ile medali pandemia nam +zabrała+. Pytanie, czy tyczkarz Piotr Lisek nie miałby medalu, czy na igrzyskach nie wystąpiłby Adam Kszczot" - powiedział Rozum.

Jeden z najlepszych lekkoatletycznych statystyków w Polsce zwrócił uwagę też na jeszcze jedną rzecz - zmianę butów.

"Kolce, w których biegali nasi lekkoatleci znacznie zmieniły obraz rywalizacji na bieżni. Sztafeta 4x400 m mężczyzn nie marzyłaby nawet o finale. Oni do samego końca drżeli o to, czy w ogóle do Tokio polecą. A nagle zaczęli marzyć o medalu" - zaznaczył.

Jak podkreślił też: "Teraz to tylko gdybanie. Trudno jest prognozować, kto by miał medal, a kto nie. Na pewno jednak wielu zawodnikom ten jeden rok wiele dał. Zgadzam się z hipotezą, że rok temu dorobek medalowy byłby zdecydowanie mniejszy".

Igrzyska w Tokio zakończyły się w niedzielę, kolejne są planowane za trzy lata w Paryżu. Lekkoatleci zdobyli dziewięć z 14 medali. (PAP)