Od nauczyciela do korespondenta wojennego. Droga Waldemara Milewicza

2021-10-27 12:22 aktualizacja: 2021-10-29, 07:40
Fot. PAP/Tomasz Gzell
Fot. PAP/Tomasz Gzell
Waldemar Milewicz, dziennikarz i korespondent wojenny, był tam gdzie inni bali się jeździć. Zginął tragicznie w 2004 roku w Iraku. "Dziwny jest ten świat. Opowieść o Waldemarze Milewiczu" to biografia autorstwa Honoraty Zapaśnik, która przybliża sylwetkę dziennikarza. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte, prezentujemy fragmenty książki, które opisują jego drogę od pracy nauczyciela do zawodu korespondenta wojennego.

"5 grudnia 1980 roku Waldek broni pracy magisterskiej. […] Wkrótce Milewicz zostaje nauczycielem nauczania początkowego w szkole podstawowej na Woli.

W szkole na Woli Waldek wytrzymuje niecały rok. Nie przepada za małymi dziećmi i praca zaczyna go męczyć. […]

Bardzo mu zależało, żeby znaleźć pracę w mediach. Chciał w niej wykorzystać dobrą znajomość francuskiego. – Waldek od początku chciał pracować w telewizji – wspomina Krystyna Zagajewska. – Patrzyliśmy na ten pomysł z przymrużeniem oka, ale on go zrealizował. […]

Brat kiedyś do mnie przyszedł i powiedział: „Nie mogę pracować w szkole. Poszukaj dla mnie jakiejś pracy” – opowiada Stanisław Milewicz. Mój kolega był kadrowcem w Polskiej Agencji Prasowej i wziął go do siebie. Waldek popracował tam przez miesiąc czy dwa przy tłumaczeniu depesz. […]

Po jakimś czasie spotkałem znajomego wicedyrektora Biura Współpracy z Zagranicą. Mówię, że mój brat szuka pracy, zna francuski. On na to: „To dawaj go do nas. Akurat potrzebuję kogoś na odcinek francuski”. Poszedł na rozmowę o pracę i został przyjęty.

Nudziliśmy się w pracy, bo najczęściej odsiadywaliśmy godziny – wspomina Igor Bunda. Marzyliśmy o  tym, żeby uciec od biurek i dalej się rozwijać. Wcześniej miałem praktyki „produkcyjne” w Dzienniku Telewizyjnym, więc kolega Henio Suchar zaczął przekonywać redaktora Grzegorza Woźniaka, że bardziej przydam się w redakcji zagranicznej. Na początku przychodziłem do nich popołudniami i robiłem jakieś drobne materiały. Po kilku tygodniach redaktor Woźniak mówi: „Dobra, to piszemy kwit, żeby cię przenieść z BWZ do Dziennika”. […]

Czułem się już pewniej w Dzienniku, więc zacząłem wszystkim mówić, że mam fajnego kolegę, który biegle zna francuski. W końcu redaktor Woźniak poprosił, żebym go przyprowadził. […] Po jakimś czasie dostał etat i stał się kowalem własnego losu.

Po 1989 r. dziennikarze mają wrażenie, że Telewizja Polska zaczyna działać zgodnie ze światowymi standardami. Dziennik Telewizyjny zastąpiły Wiadomości. Nie ma już cenzury, zmieniają się studio i prowadzący. Wzorem jest BBC. 

Jacek Snopkiewicz, ówczesny redaktor naczelny i dyrektor programowy Wiadomości, sam był reporterem – mówi Grzegorz Melnik. – Uważał, że siłą każdego programu informacyjnego są relacje wysłanników z różnych miejsc na świecie, gdzie coś się dzieje. A wtedy działo się bardzo dużo i u widzów wyczuwało się głód obiektywnych informacji. 11 marca 1990 roku Litwa ogłosiła niepodległość, w odpowiedzi na to Moskwa wprowadziła czołgi do Wilna. W styczniu 1991 roku na prośbę szefa redakcji zagranicznej pojechaliśmy tam z Milewiczem i operatorem. Znaliśmy dobrze rosyjski i na miejscu dzieliliśmy się pracą. Zależało nam, żeby nie przegapić żadnego ważnego zdarzenia. […]

Do przesilenia doszło już po naszym przyjeździe. 13 stycznia 1991 r. dotarła do nas informacja, że Armia Radziecka próbuje dokonać szturmu na wieżę telewizyjną, która była ochraniana przez cywili. Nasz operator się przestraszył i odmówił pracy. […]

"Kule świstały nam nad głowami, zginęło od nich kilkanaście osób. Waldek nadawał stamtąd relację"

Znaleźliśmy jakiegoś Litwina freelancera z całkiem przyzwoitą kamerą, który zgodził się z nami pracować. Był wieczór, pod wieżę przyszło mnóstwo osób. Ludzie kładli się na ziemi, żeby nie pozwolić przejechać czołgom rosyjskim. Kule świstały nam nad głowami, zginęło od nich kilkanaście osób. Waldek nadawał stamtąd relację. Za nim stał czołg i w pewnym momencie poruszył wieżyczką. Gdy Waldek to usłyszał, spojrzał w tamtym kierunku i lekko się uchylił, ale nie przestał nadawać relacji.

– Pojechał tam młody, niedoświadczony człowiek […] – komentuje Maciej Walczak. – Niebezpieczeństwo było wielkie, ale on dał sobie radę i zrobił relację […]. Moim zdaniem właśnie wtedy narodził się Milewicz, którego dzisiaj znamy.

Grzegorz Melnik: Gdy na Litwie nieco przycichło, pojechałem na Łotwę. Później dołączył do mnie Waldek. Sytuacja w Rydze wyglądała podobnie […]. Rosyjskie jednostki specjalne próbowały odbić budynek z rąk cywili […].

Byliśmy niedaleko i udało nam się sfilmować eksplozję. Chyba coś poszło nie tak, bo Rosjanie dostali rozkaz odwrotu. Kilku z nich uciekało szeroką aleją samochodem osobowym. W pewnym momencie przejechali obok nas. Jeden z nich był zamaskowany, wychylił się przez okno, w ręku trzymał giwerę. „Na ziemię”, krzyczał po rosyjsku […]. Nie spodziewaliśmy się tego, ale udało nam się to nagrać. Takie zdjęcia są na wagę złota. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy świadkami tworzenia się historii. 

W tamtych czasach do telewizji przychodziły różne propozycje staży z Zachodu […] Waldek dowiedział się o jednej z ofert i wyjechał na stypendium do Francji […]. 'Widzisz, oni dużo jeżdżą i relacjonują z różnych miejsc na świecie', ekscytował się. 'U nas też tak powinno być'. 

"Już na lotnisku zobaczyliśmy stertę bomb, może były rozbrojone, a może nie"

Po powrocie Waldka ze stażu zaczęły się niepokoje w Somalii [...]. Stwierdziliśmy z Waldkiem, że skoro świat interesuje się tym tematem, warto byłoby tam pojechać. […] udało nam się przekonać kierownictwo do pomysłu. Pojawił się problem, bo w tym czasie nie latały tam samoloty. Wtedy Waldek uruchomił swoje kontakty we Francji. Francuzi mieli w Somalii wojsko i zgodzili się nas zabrać ze swojej bazy w Dżibuti do Mogadiszu. Polecieliśmy tam we trzech z naszym operatorem. Nie bardzo wiedzieliśmy, czego możemy spodziewać się na miejscu. Okazało się, że to zupełnie inny świat. Już na lotnisku zobaczyliśmy stertę bomb, może były rozbrojone, a może nie. Nikt specjalnie się tym nie interesował. W przeciwieństwie do innych zachodnich ekip nie byliśmy odpowiednio przygotowani. Byliśmy młodzi i naiwni, po prostu cieszyliśmy się, że udało nam się dostać na miejsce.

Nasz trzeci wspólny wyjazd był do Armenii. Po rozpadzie ZSRR i ogłoszeniu niepodległości przez Armenię i Azerbejdżan między państwami doszło do konfliktu o przebieg granicy. W 1992 roku azerski parlament odebrał Górskiemu Karabachowi status obwodu autonomicznego. W odpowiedzi karabascy Ormianie w styczniu 1992 roku ogłosili niepodległość tego terenu, z poparciem armeńskiego rządu. Oczywiście chcieliśmy przedostać się do Karabachu".

Fragmenty książki "Dziwny jest ten świat. Opowieść o Waldemarze Milewiczu" publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte.

ja/