NATO potwierdza zobowiązanie do kolektywnej obrony i wzrost wydatków wojskowych

2019-12-04 18:50 aktualizacja: 2019-12-05, 02:01
Uczestnicy szczytu NATO. Fot. PAP/PETER DEVINE
Uczestnicy szczytu NATO. Fot. PAP/PETER DEVINE
Przywódcy 29 państw członkowskich NATO podczas zakończonego w środę po południu jubileuszowego spotkania z okazji 70-lecia jego powstania potwierdzili zobowiązanie do kolektywnej obrony i zwiększania wydatków, ale nie do końca przezwyciężyli widoczne przed szczytem podziały.

"Potwierdzamy trwałą transatlantycką więź między Europą a Ameryką Północną, nasze przestrzeganie celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych oraz nasze uroczyste zobowiązanie zapisane w art. 5. traktatu waszyngtońskiego, że atak na jednego sojusznika będzie uważany za atak na nas wszystkich" - napisano w deklaracji, opublikowanej na zakończenie spotkania, które odbyło się w luksusowym kompleksie hotelowo-golfowym w Watford pod Londynem.

Potwierdzenie przywiązania do fundamentu, na którym oparte jest NATO, było konieczne, bo w ostatnim czasie zaczęto podawać w wątpliwość, czy zasada kolektywnej obrony nadal ma zastosowanie. W szczególności uczynił to prezydent Francji Emmanuel Macron w głośnym wywiadzie dla tygodnika "Economist" z początku listopada, gdzie mówił także o "śmierci mózgu" NATO. 

Ale również groźby Turcji, że nie poprze aktualizacji NATO-wskich planów obrony państw bałtyckich i Polski, jeśli sojusznicy nie uznają ugrupowań, z którymi walczy, za organizacje terrorystyczne, odebrane zostały jako faktyczne kwestionowanie zobowiązań sojuszniczych.

Tę ostatnią kwestię udało się na spotkaniu przywódców rozwiązać. "Dzisiaj uzgodniliśmy aktualizację planów (obronnych - PAP) dla Polski i państw bałtyckich. Jestem z tego zadowolony" - oświadczył na konferencji prasowej po zakończeniu obrad sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg, nie podając jednak żadnych szczegółów. Ale kancelaria prezydenta Litwy Gitanasa Nausedy - który wraz z Andrzejem Dudą oraz przywódcami Łotwy i Estonii rozmawiał z tureckim prezydentem Recepem Tayyipem Erdoganem - ujawniła, że Ankara nie domagała się niczego w zamian za wycofanie sprzeciwu.

Stoltenberg powiedział też, że dzięki decyzjom podjętym w Watford NATO będzie bardziej obecne na wschodniej flance. "Mamy nie tylko plany, ale również mamy siły zbrojne, więcej sił niż przedtem. W Polsce i państwach członkowskich po raz pierwszy w historii naszego Sojuszu mamy siły gotowe do działania, rozmieszczone na wschodniej flance" - mówił.

Jak podkreślił, NATO już zwiększyło gotowość do reagowania, bo udało się zrealizować inicjatywę potocznie nazywaną "4 razy 30", czyli żeby 30 batalionów, 30 eskadr lotniczych i 30 okrętów bojowych było gotowych do działania w ciągu 30 dni.

W deklaracji końcowej ze szczytu podtrzymano zobowiązanie do zwiększonych wydatków na obronę

W deklaracji końcowej ze szczytu podtrzymano zobowiązanie do zwiększonych wydatków na obronę, która to kwestia od momentu objęcia urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa jest punktem spornym między Waszyngtonem a częścią europejskich stolic. "Jesteśmy zdeterminowani, aby dzielić koszty i obowiązki związane z naszym bezpieczeństwem.(...) Zwiększamy nasze wydatki na obronność zgodnie z wytycznymi o 2 proc. (...), inwestując w nowe zdolności i wkładając więcej sił w misje i operacje. (...) Robimy duże postępy. Musimy i zrobimy więcej" - głosi deklaracja. 

Przywódcy państw NATO odnieśli się też do zagrożeń i wyzwań stojących przed Sojuszem, wśród których na czołowych miejscach wymienili Rosję oraz terroryzm. "Agresywne działania Rosji stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego" - uznali. "Terroryzm we wszystkich jego postaciach i przejawach pozostaje stałym zagrożeniem dla nas wszystkich. Podmioty państwowe i niepaństwowe kwestionują porządek międzynarodowy oparty na regułach. Brak stabilności poza naszymi granicami przyczynia się również do nielegalnej migracji. Stoimy w obliczu zagrożeń cybernetycznych i hybrydowych" - napisano.

Pomimo tych zapisów i zapewnień o jedności - oraz zażegnania sporu z Turcją - niektóre rozbieżności pomiędzy państwami członkowskimi pozostały widoczne. Jeszcze we wtorek, przed formalnym rozpoczęciem szczytu, Trump ostro skrytykował wypowiedź Macrona o "śmieci mózgu" NATO, mówiąc, że te słowa są "bardzo obraźliwe" dla pozostałych 28 państw. Z kolei w środę na konferencji prasowej Macron trochę się zdystansował od zapisu z deklaracji końcowej poświęconego Rosji, mówiąc, że "nie wszyscy przy stole nazwaliby Rosję wrogiem" oraz że "może ona być zagrożeniem, ale może być też partnerem".

Nieoczekiwanie jednak sprawą, która wywołała w środę największe podziały, było nagranie wideo z wtorkowego przyjęcia w Pałacu Buckingham, na którym premier Kanady Justin Trudeau miał w rozmowie z Macronem, brytyjskim premierem Borisem Johnsonem i premierem Holandii Markiem Rutte żartować sobie z trwającej ponad godzinę konferencji prasowej Trumpa - choć na nagraniu nie pada nazwisko amerykańskiego prezydenta. 

Trump pośrednio odniósł się do tego po zakończeniu spotkania, nazywając Trudeau "dwulicowym". "On jest miłym facetem. Uważałem, że jest miły, ale prawda jest taka, że wytknąłem mu, iż nie płaci 2 proc. (PKB na obronę, do czego zobowiązały się wszystkie kraje) i przypuszczam, że nie jest zbyt zadowolony z tego" - powiedział amerykański prezydent.

To zapewne z powodu tego nagrania Trump odwołał swoją konferencję prasową po zakończeniu spotkania, choć w zamieszczonym na Twitterze wpisie jako przyczynę podał fakt, że "przez ostatnie dwa dni mieliśmy już ich (konferencji prasowych) wystarczająco dużo".

Podczas swoich konferencji Johnson i przede wszystkim Trudeau solennie zapewniali, że Stany Zjednoczone pozostają sojusznikiem nie do przecenienia, zaś ich stosunki z Trumpem są bardzo dobre, ale - zdaniem niektórych komentatorów - sprawa ta nieco podważyła zapewnienia o jedności Sojuszu.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński i Łukasz Osiński (PAP)

bjn/ luo/ mal/