Andrzej Nowak, legenda Polonii Warszawa: bez końca o koszykówce
Spotykaliśmy się regularnie i gadaliśmy bez końca o koszykówce - wspomina Andrzej Nowak, legendarny zawodnik Polonii Warszawa, jeden z wyróżnionych z okazji 100-lecia tej dyscypliny w stołecznym klubie. Były kapitan drużyny zwraca uwagę na pożytki z utrzymywania więzi w zespole.
- Człowiek-instytucja, który od dziesięcioleci łączy koszykarskie pokolenia Polonii. Kapitan wicemistrzów Polski z 1976 roku, a następnie trener drużyn kobiecych i męskich w Polonii. Bardzo trudno wyobrazić sobie nasz klub bez niego, popularnego „Billa” – tak prowadzący uroczystość 100-lecia Polonii zapraszał go na scenę Teatru Polskiego.
Tego wieczoru wyróżniano 13 wybitnych postaci związanych z historią „Czarnych Koszul”, ale to 79-letni Nowak otrzymał najdłuższe i najgłośniejsze brawa od widowni. Czemu zawdzięcza ten aplauz?
- Nie wiem. Może temu, że generalnie jestem człowiekiem otwartym. Ludzie mnie lubią, bo dogaduję się z każdym, nie mam z tym żadnych problemów. W tym roku minęły 62 lata, odkąd przeszedłem do Polonii. Od 1963 roku cały czas jestem w jakiś sposób związany z klubem. Oglądam każdy mecz męskiego zespołu koszykarzy w drugiej lidze, mam kontakt z ludźmi udzielającymi się w klubie. Ze starszego pokolenia jego zawodników zostaliśmy tylko Hanka Loth-Nowakowa i ja - przyznał w rozmowie z PAP.
Na ulicę Konwiktorską 6 w Warszawie Nowak trafił ze Szkolnej 4 w Pruszkowie, gdzie się urodził, spędził lata młodości, poznawał uroki sportu i nabierał umiejętności gry w koszykówkę. Do stolicy, już jako reprezentant Polski juniorów, trafił z boiskowym przydomkiem „Bill”, który nadał sobie jeszcze jako adept... hokeja, który był jego pierwszą sportową fascynacją.
Pod koniec 1959 roku w hokejowej drużynie Górnika Katowice zagrali gościnnie trzej Kanadyjczycy, bracia Warwickowie, mistrzowie świata z 1955 r. Najskuteczniejszy z nich Bill w finale z ZSRR (5:0) zdobył dwie bramki i został wybrany najlepszym napastnikiem turnieju. Grając w Polsce stał się idolem nastoletniego Andrzeja, a przydomek przeszedł na boiskowe występy pruszkowianina w jeszcze popularniejszej dyscyplinie.
„Zostałem tu na zawsze”
- Moje początki w koszykarskiej sekcji Polonii zadecydowały, że zostałem tu na zawsze. Klub miał siedzibę na Foksal 19, w samym centrum miasta. Jego kierownikiem był Jan Stanisław Nowak, wspaniały człowiek. Spotykaliśmy się tam właściwie codziennie. Jeździłem wówczas do stolicy na treningi, ale też do szkoły pomaturalnej i za bardzo nie chciało mi się wracać do Pruszkowa. W klubie schodziła się cała ekipa na niekończące się rozmowy, powstawały więzi między różnymi sekcjami. Chodziło się na mecze piłkarzy, bokserów, dziewczyn – koleżanek z sekcji. Dzisiaj drużyny koszykówki i nie tylko wyglądają zupełnie inaczej. Zawodnicy przychodzą na jeden sezon, grają swoje i do widzenia, odchodzą. Trudno mi się z tym pogodzić - przyznał 24-krotny reprezentant Polski, który w biało-czerwonych barwach zdobył 168 punktów.
W barwach Polonii Warszawa występował przez 14 sezonów
W barwach Polonii występował przez 14 sezonów, cały czas na najwyższym szczeblu rozgrywek. W 310 oficjalnych meczach zdobył 5539 punktów (średnia 17,9). Karierę zakończył w 1977 roku. Dał się zapamiętać jako znakomity strzelec, przez wszystkie lata był czołowym snajperem „Czarnych Koszul” i całej ligi.
Jak podkreślił, kiedyś zawodnicy byli zżyci z klubem, a zawiązane przyjaźnie pozostawały na całe lata. Wspominał znajomość m.in. z nieżyjącym już motorowodniakiem Waldemarem Marszałkiem.
- Chodziłem do niego na pogawędki. Miał przy stadionie swoją szopę, gdzie przygotowywał łodzie. Moim dobrym kolegą był też Jurek Szulc, bramkarz drużyny piłki nożnej. Kilku chłopaków z tej sekcji „wyrwało” nasze dziewczyny-koszykarki, do dzisiaj są w związkach - przypomniał.
Kapitan zespołu z lat 70. wskazał, że w polonijnej tradycji bardzo istotna była także budowana nie tylko na boisku więź wewnątrz drużyny.
„Trener nie był potrzebny”
- Spotykaliśmy się regularnie na prywatnym gruncie, czołowa piątka czy szóstka najbardziej liczących się graczy. Co tydzień u kogoś innego. Gospodarz musiał przygotować potrawy na stół. Każdy coś tam doniósł i gadaliśmy bez końca o koszykówce. Potem, gdy dochodziło do meczu, właściwie mogliśmy grać sami. Można powiedzieć, że trener nie był potrzebny. Wiedzieliśmy, co trzeba zrobić na boisku, bo wszystko wcześniej omówiliśmy. Rozmawialiśmy stale w czwartki, a w soboty i niedziele graliśmy mecze - przypomniał Nowak.
Największy w historii sekcji sukces w rozgrywkach ligowych koszykarze Polonii odnieśli w sezonie 1975/76, zdobywając wicemistrzostwo Polski z bilansem 26 zwycięstw i siedmiu porażek. Od triumfatora - Wisły Kraków - dzieliła ich tylko jedna wygrana. Fazy play off wówczas nie rozgrywano.
W „srebrnej” drużynie grali m.in. archeolog z wykształcenia Krzysztof Gula, absolwenci Politechniki Warszawskiej Wiesław Wypych i Wojciech Jasiński, student SGGW Witold Ziółkowski, absolwenci AWF Jan Kwasiborski i Zygmunt Prokop czy przyszły dziennikarz Marek Rudziński.
- Wszyscy się uczyli. Generalnie, tylko jeden chłopak w zespole nie studiował. Takie były czasy - wspominał Nowak, sam absolwent bielańskiej AWF.
Jak były czołowy zawodnik porównuje koszykówkę ze swoich czasów z jej obecną wersją?
Efektowne wsady do kosza
- Na pewno poszła mocno do przodu, głównie pod względem przygotowania fizycznego zawodników. Dzisiaj wszyscy skaczą, biegają na zupełnie innym poziomie. Gra stała się zdecydowanie szybsza. Natomiast, mimo wszystko, uważam, że jest chyba uboższa, jeśli chodzi o taktykę. Tak czy inaczej, podoba mi się współczesna koszykówka. Dobrze, że w lidze są gracze zagraniczni, chociaż nie wszyscy, powiedzmy, prezentują dobry poziom. Uroku dodają też efektowne wsady do kosza. Kiedyś tego nie było. Jeden, dwóch ludzi próbowało i to wszystko - zakończył Nowak. (PAP)
cegl/ pp/gn/