Autorka kryminałów Małgorzata Oliwia Sobczak: w pisaniu o mroku odnajduję balans [WYWIAD]
Pisanie jest bardzo oczyszczające, daje pewnego rodzaju katharsis. Nie muszę mieć rytuału wychodzenia, ponieważ w samym pisaniu o mroku odnajduję balans. Kiedy przychodzi córka ze szkoły, po prostu odkładam laptopa i skupiam się na życiu z rodziną w miłości, w bezpieczeństwie – mówi PAP Life Małgorzata Oliwia Sobczak, autorka bestsellerowej serii kryminałów „Kolory zła”. Niedawno ukazała się siódma część „Fiolet”. Zaś dwie poprzednie odsłony, „Czerwień” i „Czerń”, zostały przeniesione na ekran.
PAP Life: Rozmawiamy w trudnym dla mnie czasie - kilkanaście dni temu zmarł mój tata. To dziwne zrządzenie losu, bo ty w każdej swojej książce wracasz do tematu straty. Dlaczego ten motyw jest dla ciebie tak ważny?
Małgorzata Oliwia Sobczak: Bardzo współczuję. Aż trudno mi sobie wyobrazić, co musisz czuć… Faktycznie, w zasadzie w każdej książce obsesyjnie wracam do motywu straty, który jest zawsze punktem wyjścia. Tak naprawdę, cały czas piszę tę samą historię, tylko w zupełnie inny sposób. Wszystko zaczęło się od mojej pierwszej książki „Mali, Boli i Królowa Mrozu”. To postmodernistyczna baśń, którą pisałam, kiedy miałam złamane serce. Potrzebowałam zmierzyć się z własną stratą, z tą straszliwą przepastną szczeliną, która we mnie powstała i podzieliła mój czas na „przed” i „po”. Ten motyw jest również związany z osobistą stratą, której doświadczyłam, gdy miałam 8 lat. Straciliśmy wtedy w rodzinie bardzo bliską osobę, moją kuzynkę, i to wydarzenie zmieniło wiele we wzajemnych relacjach, w naszym postrzeganiu rzeczywistości, naszych odczuciach, w nowo pojawiających się lękach. W moich książkach zbrodnia, śledztwo jest tylko asumptem do opowiedzenia historii o tym, co zostaje, gdy umiera ktoś bliski. Pokazania, że tak naprawdę ta rozpadlina już nigdy nie zniknie, ale trzeba w jakiś sposób na nowo postarać się z nią żyć i może nadać tej otchłani inne znaczenie. Na pewno dowiedzenie się, kim był sprawca i wymierzenie sprawiedliwości, pomaga konfrontować się ze stratą i sublimować niezwykle trudne do udźwignięcia uczucia.
PAP Life: W każdej twojej powieści kryminalnej ofiarą jest kobieta. Dlaczego?
M.O.S.: Ostatnio zaczęłam mocno analizować, dlaczego w moich powieściach przeważnie ofiarami padają kobiety. W zasadzie mężczyznę zabiłam tylko raz - w „Żółci”. I też bardziej sama sobie to narzuciłam, żeby ten schemat odwrócić. Myślę, że chodzi o taki jungowski przymus powtarzania. Cały czas wracam do tego, co jest mi znane, do tego zdarzenia z przeszłości, które bardzo mocno wpłynęło na moje lęki i odwróciło bieg historii mojej rodziny. Cały czas próbuję nadać mu nowe znaczenie, zracjonalizować je i zrozumieć. Pewnie to takie złudne przekonanie, że odtwarzanie wciąż na nowo traumy, pozwoli mi zyskać nad nią kontrolę.
PAP Life: Twoje powieści kryminalne noszą tytuły kolorów: „Czerwień”, „Czerń”, „Biel”, „Zieleń”, „Błękit”, „Żółć”, najnowsza to „Fiolet”. Kolor jest spoiwem, który łączy różne elementy w każdej książce. Skąd ten pomysł?
M.O.S.: Wszystko zaczęło się od czerwieni wargowej, czyli od anatomicznego przedmiotu obsesji i zainteresowania sprawcy w „Czerwieni”. Okazało się, że oprócz tego w tej książce pojawiło się bardzo dużo odniesień do czerwieni. Był czerwony kozaczek na nodze ofiary Moniki Boguckiej, która została wyłowiona z morza. Była też czerwona pomadka sędzi Heleny Boguckiej. Czerwona kurtka pani z pieskiem, która odnalazła ofiarę. A oprócz tego dużo symbolicznych odniesień do czerwieni, czyli do zmysłowości, buntowniczości, krwistości, namiętności. Więc ta czerwień, wówczas jeszcze w nieświadomy sposób, stała się motywem przewodnim. Kiedy razem z moim wydawcą zaczęliśmy myśleć nad serią kryminalną, padł pomysł, że będą to „Kolory zła". Więc każda kolejna część serii zaczęła być determinowana pewnym kolorem, który nie tylko wpływa na te literalne odniesienia, które pojawiają się w książce, ale przede wszystkim na symbolikę i aurę powieści. Bo zawsze, kiedy piszę, myślę obrazami filmowymi. Wyobrażam sobie wszystko w bardzo drobiazgowy sposób. Widzę, jaka jest pogoda, jakie światło pada na twarze moich bohaterów, jaka jest pora dnia, jak są ubrani. To pozwala mi budować plastyczny świat przedstawiony.
PAP Life: Mam wrażenie, że prywatnie kolor jest dla ciebie ważny. Masz wyrazisty wizerunek, zawsze malujesz usta czerwoną szminką.
M.O.S.: To pewnego rodzaju tradycja, ponieważ większość kobiet w mojej rodzinie, np. moja mama czy moja babcia Ala, która stała się pierwowzorem Antoniny w powieści „Ona i dom, która tańczy”, malowały usta czerwoną pomadką. Babcia Ala zawsze mówiła: „Wystarczy, że nałożę czerwoną pomadkę i już jestem piękna". Więc faktycznie ta symboliczna czerwona pomadka to jest coś, co sobie od dzieciństwa wpoiłam i jak nie pomaluję sobie ust na czerwono, to czuję się niepełna. Mam pewnego rodzaju dar synestezji, o którym pisałam w „Żółci” - kolor ma dla mnie emocjonalne natężenie. Kiedy myślę o jakimś kolorze, od razu buduje się przed moimi oczami świat. I to jest też niesamowite, bo na przykład w „Fiolecie” piszę o kobiecie, która nie widzi, cierpi na psychogenną utratę wzroku, czyli taką, która nie wynika z uszkodzeń anatomicznych, a z pewnych traumatycznych doświadczeń. W związku z tym poczyniłam rozważania na temat świata, który nas otacza i również na temat kolorów. Każdy z nas w inny sposób postrzega barwy, bo kolor tak naprawdę nie istnieje. To jest światło odbite, które wpada do naszych siatkówek i tam przekazywane jest do kory wzrokowej, gdzie znajduje się coś w rodzaju karty graficznej, która tę energię zaczyna przetwarzać w obrazy. Czerwień, generalnie, ma długość fali światła wynoszącą około 700 nanometrów, ale na przykład dla mnie może mieć 690, a dla ciebie 710. Więc okładka mojej książki, która jest czerwona, jest inaczej widziana przez ciebie niż przeze mnie. Kolory są dla mnie nie tylko barwami wypełniającymi świat, ale właśnie energią, emocjami, impulsami pobudzającymi wyobraźnię.
PAP Life: Powiedziałaś, że pisząc, myślisz obrazami filmowymi. Dwie twoje książki zostały przeniesione na ekran. Pierwsza była „Czerwień”. Niedawno na Netfliksie miała premierę „Czerń”. Jakie to uczucie widzieć, że bohaterowie, którzy powstali w twojej wyobraźni, ożywają?
M.O.S.: Uczucie bardzo trudne do opisania. Euforia połączona z ciągłym niedowierzaniem. W obu tych filmach miałam przyjemność zagrać małe rólki. W „Czerni” jestem technikiem kryminalistyki, który bierze udział w przeszukaniu domu podejrzanego. Znajduję kartę pamięci i mówię: „Mam coś". Cały dzień, który spędziłam na planie, był po prostu niezwykły. Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje, powtarzałam sobie: „Ej, to jest twoja książka. Ty to wymyśliłaś i oni to teraz odtwarzają”. Wszyscy na planie żartowali: „To przez ciebie tutaj jesteśmy". Kiedy po całym dniu zdjęciowym wróciłam do hotelu, nagrałam się moim przyjaciołom: „W tym momencie na całym świecie nie ma chyba ani jednej osoby, która by była bardziej szczęśliwa niż ja". To był prawdziwy endorfinowy odlot.
PAP Life: Jesteś zadowolona z tych ekranizacji?
M.O.S.: Bardzo. To filmy naprawdę dobrze zrealizowane, z pięknymi zdjęciami i muzyką filmową. Oczywiście adaptacje różnią się od książkowych pierwowzorów. W moich powieściach bardzo dużo się dzieje w retrospekcjach, a także w strumieniach myślowym i emocjonalnym. Zdaję sobie sprawę, że w niespełna dwugodzinnym filmie nie sposób byłoby zmieścić wszystkich wątków fabularnych, wszystkich płaszczyzn czasowych, więc podchodzę do tych zmian z dystansem. Myślę sobie, że to jest niezwykłe, że moje książki stały się inspiracją dla innego autora, który na podstawie mojego dzieła tworzy własne odrębne dzieło i uważam też, że nie mam prawa w nie ingerować. A poza tym, te filmy są tak ciekawie zrobione, że od kiedy się pojawiły, przybyło mi wielu nowych czytelników. A nie ma chyba nic, co bardziej cieszyłoby autora.
PAP Life: Akcja twoich kryminałów rozgrywa się w Trójmieście, z którego pochodzisz. Przywiązujesz wagę do tego, żeby opisywane przez ciebie miejsca wyglądały tak, jak w rzeczywistości?
M.O.S.: Staram się, żeby topografia Trójmiasta była skrupulatnie i drobiazgowo opisana, więc nawet jeżeli cofam się w czasie o 10, 20 czy 40 lat, to szukam archiwalnych materiałów. Kiedy opisuję domy, w których mieszkali, czy mieszkają moi bohaterowie, zazwyczaj wybieram istniejące budynki. Ale oczywiście nie podaję konkretnego numeru. Tylko czasami pozwalam sobie na skonstruowanie własnego obiektu. Przede wszystkim ze względu na to, że w tym miejscu dzieją się rzeczy straszne. Tak było z ośrodkiem swingerskim na Kaszubach, do którego odwołałam się w „Bieli”. Ale chociaż takiego domu nie ma, to dużo osób uważa, że jest to budynek, w którym funkcjonuje pewna restauracja.
PAP Life: Jak zaczynasz pracę nad nową książką? Co cię inspiruje?
M.O.S.: Zawsze jest wiele różnych impulsów i bodźców, które wiążą się z symptomatycznym swędzeniem w brzuchu. Jeśli je poczuję, wiem, że los mi podpowiada, że mam iść w tym kierunku. To jest pewnego rodzaju autorska intuicja. Oczywiście zawsze jest punkt wyjścia.
Przy okazji tworzenia konspektu „Fioletu”, pierwszym impulsem była codzienna domowa sytuacja. Mamy czarno-białą kotkę, Cyzię, która całe dnie biega sobie po dworze, przychodzi tylko się stołować i zawsze o północy wołam ją do domu. Mieszkam na kaszubskiej wsi. Śmieję się, że sąsiedzi mogą sobie zegarki nastawiać stosownie do tego wołania. W zeszłe wakacje - wtedy jeszcze nie mieliśmy ogrodzenia - jak zwykle o północy zaczęłam wołać: „Cyzia, Cyzia" i zostawiłam otwarte drzwi. Wróciłam do kuchni, przygotowałam sobie melisę, po jakimś czasie Cyzia przyszła, a ja zamykając drzwi, pomyślałam sobie: „A co by było, gdyby jakaś osoba znała moje rytuały? Gdyby wiedziała, że codziennie o północy wychodzę wołać kota, zostawiam otwarte drzwi, po chwili dopiero wracam. Co by było, gdybym teraz zamknęła drzwi, a już ktoś byłby w środku?".
Kolejnym elementem była Niewidzialna Wystawa w Warszawie, na którą wybrałam się podczas Targów Książki z moją mamą i córką. Na tej wystawie eksponaty oglądamy w całkowitej ciemności, oprowadzają nas osoby niewidome czy ociemniałe. To było niesamowite doświadczenie, a najbardziej przerażającym punktem był moment, kiedy zwiedzaliśmy przestrzeń imitującą ruchliwą ulicę. Pomyślałam sobie, że chciałabym stworzyć bohaterkę, która straciła wzrok i musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W tym kontekście chciałam wykorzystać motyw zwodzenia zmysłów, kształtujący atmosferę grozy, niepokoju.
Kwiat hibiskusa również pojawił się nie bez przyczyny, ponieważ na konferencji kryminalistycznej poznałam niesamowite dziewczyny. Doktor nauk fizycznych Anetę Lewkowicz, która pracuje w Zakładzie Badań Sądowych na Uniwersytecie Gdańskim, a także jej doktorantki Martynę Czarnomską i Emilię Gruszczyńską. Powiedziałam im, że zaczęłam pisać książkę, gdzie chcę wykorzystać pewien fioletowy motyw, który sprawca zostawiłby przy ciele ofiary. Przyznałam, że myślałam o jakiejś roślinie, np. o kwiecie, ponieważ mam postać palinolożki kryminalistycznej, czyli specjalistki, która analizuje przyrodnicze ślady zbrodni. Dziewczyny podpowiedziały, że mógłby to być np. kwiat hibiskusa, bo jest fioletowy, a hibiskus bardzo często jest wykorzystywany w daktyloskopii (badania porównawcze linii papilarnych dłoni – red.). Natomiast nie były pewne, czy na tak gładkiej powierzchni, jaką jest płatek kwiatu, zdołałby się utrzymać jakiś ślad biologiczny, więc zaproponowały: „Przyjedź do nas do Zakładu Badań Sądowych, zrobimy eksperyment". Więcej już nie będę zdradzać, żeby nie psuć frajdy czytelnikom.
PAP Life: Palinolożka sądowa, Janina Hinc, która pojawia się we wszystkich twoich kryminałach, to twoje książkowe alter ego?
M.O.S.: Może nie do końca, ale faktycznie ma pewne moje cechy. Też mam akademicką duszę, bardzo lubię się uczyć i czasami jestem trochę nadgorliwa. Zawsze byłam typem kujonki, której bardzo zależało na ocenach, osobą bardzo punktualną, która boi się spóźnić. Więc Janina Hinc ma osobowość trochę skrojoną pode mnie. W tym kontekście jest moim alter ego, ale jest to również postać, która ma tysiąc innych cech. Przyznaję, że bardzo ją lubię. Myślę, że budzi dużą sympatię. A z drugiej strony dzięki swojej profesji bardzo mocno przyczynia się do ujęcia sprawcy, do stworzenia różnych nowatorskich, innowacyjnych i niecodziennych tropów, które wpisują się w cały łańcuch przyczynowo-skutkowy, pozwalający czytelnikom typować sprawcę.
PAP Life: W polskiej policji nie ma palinologów sądowych, ale są kraje, w których korzysta się z ich pomocy.
M.O.S.: Jest to specjalizacja, która powstała już 40 lat temu. Natomiast tylko w trzech państwach, czyli w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii i Australii funkcjonuje jako standard kryminalistyczny. Na pewno ta specjalizacja wymaga ogromnej wiedzy, nie tylko przyrodniczej, ale takiej interdyscyplinarnej, co stanowi największy problem z jej wdrożeniem. W Polsce palinologia w kryminalistyce nie funkcjonuje, natomiast rozwija się jako gałąź nauki w różnych instytutach, na studiach. Myślę, że to tylko kwestia czasu, by stała się metodą śledczą w naszym kraju. Tymczasem działa już w uniwersum „Kolorów zła”.
PAP Life: Kiedy siadasz do pisania kolejnej książki, narzucasz sobie ramy czasowe, np. pracujesz osiem godzin dziennie?
M.O.S.: Ramy mojej pracy wyznacza moje życie rodzinne, ponieważ mam niespełna ośmioletnią córeczkę. Kiedy zaczęłam pisać „Czerwień”, byłam w ciąży. Gdy malutka jeszcze nie chodziła do przedszkola, moi rodzice przyjeżdżali z pomocą i wtedy mogłam siadać do pisania. A od kiedy poszła do przedszkola, teraz do szkoły, piszę, kiedy nie ma jej w domu, więc zazwyczaj od dziewiątej do szesnastej. Ale pisanie to jest drugi etap pracy nad książką, ponieważ pierwszym jest praca koncepcyjna, czyli zbieranie pomysłów, zapisywanie ich w moim magicznym zeszycie A4, który nie ma ani kratki, ani linii.
PAP Life: Rozmawiałam niedawno z autorem kryminałów, Markiem Krajewskim, który zdradził mi, że kiedy zaczyna pisać, dokładnie zna zakończenie. U ciebie jest podobnie?
M.O.S.: Zawsze siadam do pisania z planem pracy, z rozpisanymi rozdziałami, ale tylko na pierwszych 50 stron. Gdy je napiszę, znów przystępuję do pracy nad konspektem. Taki rytm pracy wynika z tego, że bardzo często podczas samego procesu pisania, czyli takiej najbardziej magicznej fazy tworzenia książki, dużo rzeczy się zmienia. Przychodzą mi do głowy inne pomysły, bohaterowie zaczynają robić coś, co mnie zaskakuje. Więc łączę pracę planową, organizacyjną z mocną swobodą twórczą. I też nigdy nie jest tak, że od początku wyznaczam sobie obligatoryjnego sprawcę. W zasadzie sama staję się detektywem, który ma za zadanie wytypować i ująć właściwą osobę.
PAP Life: Pisanie powieści kryminalnej to zanurzenie się w zbrodni, mroku, złych emocjach. Gdzie znajdujesz balans?
M.O.S.: Samo pisanie jest bardzo oczyszczające, daje pewnego rodzaju katharsis. Nie muszę mieć jakiegoś rytuału wychodzenia, ponieważ w samym pisaniu o mroku odnajduję balans. Mrok jest mi bardzo bliski, zawsze mnie interesował. Kiedy przychodzi córka ze szkoły, po prostu odkładam laptopa i skupiam się na życiu z rodziną w miłości, w bezpieczeństwie. Myślę, że pisanie o trudnych sprawach pozwala mi bardziej doceniać to, co mam. Zawsze byłam typem takiej introwertyczki - więcej przeżywałam w sobie niż w rzeczywistości. Od kiedy jestem mamą, uczę się bycia tu i teraz. Myślę, że dla mnie większym wyzwaniem jest okres promocji książki. To jest coś, z czym się mierzę, ponieważ od dziecka choruję na fobię społeczną, na którą się leczę. Wyzwaniem są spotkania z czytelnikami, jeżdżenie po Polsce, zmiana miejsc, radzenie sobie z milionem bodźców, które do mnie docierają, z recenzjami, komentarzami. Na szczęście dużo czasu spędzam w moim cudownym domu pod lasem i to jest mój azyl.
PAP Life: Twoja najnowsza książka „Fiolet” już w przedsprzedaży znalazła się na pierwszym miejscu w TOP 100 Empiku, dwukrotnie zdobyłaś „Bestsellera Empiku”. Sukces może czasem paraliżować, pojawiają się oczekiwania względem kolejnych książek. Jak sobie dajesz z tym radę?
M.O.S.: Staram się w ogóle o tym nie myśleć. Piszę, ponieważ te opowieści mnie gonią. Kiedy zaczęłam pisać moją pierwszą książkę, odnalazłam siebie. Długo szukałam swojej drogi zawodowej. Stało się to dopiero po 30. roku życia, po ukończeniu dwóch kierunków studiów i ciągłym analizowaniu, kim tak naprawdę jestem. Piszę, ponieważ kocham to robić. Sukces jest oczywiście ekscytujący i też upajający w pewien sposób. Czasami zaczynam myśleć o tym, że jest też tymczasowy. Kiedyś przyjdą młodsi pisarze, którzy może będą się sprawniej poruszać w nowej rzeczywistości. Wiem o tym i dlatego mam takie podejście, że staram się wycisnąć z tego momentu, który jest teraz, jak najwięcej. Być dla czytelników, realizować się i spełniać. Ale wiem też, że zawsze będę pisała. To jest moja droga życiowa i będę jej wierna. Bez względu na to, czy książki będą na topkach, czy nie. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/moc/ag/ kgr/
Małgorzata Oliwia Sobczak pochodzi z Trójmiasta, w którym osadza fabuły swoich książek. Ukończyła kulturoznawstwo i podyplomowe studia dziennikarskie. Zadebiutowała baśnią „Mali, Boli i Królowa Mrozu” w 2015 roku. W 2019 wydała „Czerwień”, pierwszą książkę kryminalną z cyklu „Kolory zła”. W czerwcu ukazał się „Fiolet”, siódmy kryminał z tej serii. Dwukrotnie zdobyła Bestseller Empiku. „Czerwień” i „Czerń” zostały przeniesione na ekran (Netflix). W planach są kolejne adaptacje. Ma 44 lata, wychowuje 8-letnią córkę.