Dziesięć lat temu Brytyjczycy zdecydowali w referendum o wyjściu z UE
Przeprowadzane 10 lat temu - 23 czerwca 2016 roku - w Wielkiej Brytanii referendum w sprawie tego, czy ma ona pozostać w Unii Europejskiej, czy też z niej wystąpić, stało się wbrew intencjom ówczesnego premiera Davida Camerona, najbardziej brzemiennym w skutkach wydarzeniem w trudnych relacjach między Londynem a Brukselą.
Droga Wielkiej Brytanii do referendum
Rezultat referendum wywołał szok po obu stronach kanału La Manche, choć poczucie, że im dalej postępowała integracja europejska, tym gorzej mieszkańcy Wielkiej Brytanii się w niej odnajdywali, narastało od dawna.
Relacje między Londynem a Brukselą były skomplikowane od samego początku, jeszcze od czasów, gdy w 1963 i 1967 r. brytyjski wniosek o przyjęcie do ówczesnych Wspólnot Europejskich, został zablokowany przez Francję. Wielka Brytania ostatecznie do nich weszła 1 stycznia 1973 r.
Będąca wtedy w opozycji Partia Pracy uważała, że warunki członkostwa są niekorzystne i przed wyborami do Izby Gmin w 1974 r. obiecała, że jeśli je wygra, przeprowadzi referendum, czy kraj nadal być we Wspólnotach. Odbyło się ono w czerwcu 1975 r., a za pozostaniem opowiedziało się ponad 67 proc. głosujących.
W miarę jak integracja europejska postępowała, w Wielkiej Brytanii rosły obawy dotyczące przekazywania kolejnych kompetencji na rzecz Brukseli - i to mimo że uzyskała ona rabat finansowy i kilka istotnych wyłączeń ze wspólnych polityk. Obawy nasiliły się zwłaszcza po podpisaniu w 1993 r. traktatu z Maastricht, który ustanawiał Unię Europejską. Tym razem podnosiła je głównie Partia Konserwatywna, która z biegiem czasu była coraz bardziej wewnętrznie podzielona w stosunku do UE.
Aby przeciąć te wewnątrzpartyjne podziały oraz wytrącić z ręki argumenty rosnącej w siłę eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), konserwatywny premier David Cameron przed wyborami w 2015 r. zapowiedział, że jeśli je wygra, rozpisze referendum na temat dalszego członkostwa oraz wynegocjuje z Brukselą dodatkowe ustępstwa, które pozwoliłyby przekonać Brytyjczyków do głosowania za pozostaniem. Miały one dotyczyć m.in. wprowadzenia mechanizmu pozwalającego czasowo ograniczyć imigrację z krajów UE i wyłączenia Wielkiej Brytanii ze „stale zacieśniającej się Unii”.
Cameron zakładał, że uzyskawszy od Brukseli dodatkowe wyłączenia, przekonanie Brytyjczyków do tego by nie wychodzić z UE nie będzie trudne, szczególnie że w tym czasie sondaże wskazywały na bezpieczną przewagę zwolenników pozostania.
Pozostanie w UE popierał rząd, choć pięcioro ministrów zajęło odrębne stanowisko, i większość partii politycznych, ale rządząca Partia Konserwatywna oficjalnie przyjęła neutralną pozycję. Za dalszym członkostwem opowiadało się także większość ekonomistów, naukowców czy celebrytów. Ale jak się później okazało, skuteczniejsza w docieraniu do wyborców były kampanie na rzecz wyjścia z UE, w których główne role odgrywali - niezależnie od siebie - były burmistrz Londynu i późniejszy premier Boris Johnson oraz czołowy od lat eurosceptyczny polityk Nigel Farage.
Referendum i polityczne trzęsienie ziemi
W referendum wzięło udział 72,2 proc. uprawnionych do głosowania. Za opuszczeniem UE opowiedziało się 51,9 proc. z nich, za pozostaniem w niej - 48,1 proc. Zwolennicy brexitu, jak zaczęto nazywać proces opuszczania przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej - uzyskali większość w Anglii i w Walii, przeciwnicy - w Szkocji i w Irlandii Północnej.
Wynik referendum był zaskoczeniem dla większości obserwatorów i polityków, w tym dla Davida Camerona, który trzy tygodnie później złożył rezygnację. Rezultat referendum zobowiązywał brytyjski rząd do odwołania się do art. 50 traktatu o UE i notyfikowania zamiaru wystąpienia z niej. Ale następczyni Camerona, Theresa May, zrobiła to dopiero 29 marca 2017 r. W związku z dwuletnim okresem przejściowym przewidzianym w traktacie oznaczało, że Wielka Brytania powinna opuścić UE 29 marca 2019 r.
Termin ten nie został jednak dotrzymany, co było spowodowane tym, że brytyjski rząd - będąc nieprzygotowany do negocjacji - trzy razy zwracał się do UE o przesunięcie terminu. Złożył się na to także fakt, że brexit uruchomił trwający do dziś okres niestabilności politycznej w Wielkiej Brytanii, czego przejawem są wyjątkowo częste jak na ten kraj zmiany premierów.
Negocjacje między Wielką Brytanią a UE o warunkach wyjścia rozpoczęły się w czerwcu 2017 r., ale pierwsza umowa, wynegocjowana przez rząd Theresy May, została odrzucona przez Izbę Gmin, co ostatecznie doprowadziło do jej ustąpienia. Negocjacje dokończył jej następca Boris Johnson. Umowa o warunkach wyjścia została ratyfikowana przez obie strony pod koniec stycznia 2020 r., co umożliwiło Wielkiej Brytanii formalne wyjście z UE 31 stycznia 2020 r.
W tym momencie rozpoczął się 11-miesięczny okres przejściowy, w którym nadal obowiązywały niemal wszystkie dotychczasowe zasady w relacjach dwustronnych i podczas którego Londyn i Bruksela musiały wynegocjować nową umowę handlową, gdyż w przeciwnym razie w handlu zaczęłyby obowiązywać cła i inne bariery. Udało się to 30 grudnia 2020 r., czyli tuż przed terminem. Umowa o handlu i współpracy (TCA) prowizorycznie zaczęła obowiązywać wraz z końcem okresu przejściowego, a oficjalnie - 1 maja 2021 r.
Wejście w życie TCA zakończyło proces wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE, ale szybko okazało się, że wymaga ona korekt, zwłaszcza w odniesieniu do Irlandii Północnej. Okazało się, że ubocznym skutkiem umowy było powstanie faktycznej granicy celnej między tą prowincją a pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa. Ponadto rządząca od lipca 2024 r. Partia Pracy postawiła sobie za cel ponowne zbliżenie z UE, co prawdopodobnie zaowocuje kolejnymi rozmowami o nowym ułożeniu relacji.
Bartłomiej Niedziński (PAP)
bjn/ sp/ ep/