O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Ireneusz Czop: „Zapiski śmiertelnika" są o życiu, nie o umieraniu [WYWIAD]

Nasz film jest o życiu, nie o umieraniu. Opowiadamy o umiejętności przeżycia fragmentu własnej historii tak, jak chcemy - powiedział PAP Ireneusz Czop, który zagrał w „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka. Obraz trafi do kin w piątek 30 stycznia.

Ireneusz Czop. Fot. PAP/Marcin Obara
Ireneusz Czop. Fot. PAP/Marcin Obara

„Zapiski śmiertelnika” śledzą losy pięćdziesięcioletniego F.P. (w tej roli Ireneusz Czop). Pozornie mężczyźnie niczego nie brakuje – ma rodzinę, majątek, własny biznes. Jednak czuje rozczarowanie, że nie spełnił młodzieńczych marzeń. Żona z niego pokpiwa, córka jest pochłonięta własnymi sprawami, kochanka oznajmia, że się zaręczyła. Wszystko to powoduje, że życie wydaje mu się niczym więcej niż „kompromisem przeistoczonym w uległość wobec wszystkiego, co go otacza”. Od dłuższego czasu biznesmen ma myśli samobójcze. Pewnego dnia wsiada w samochód i jedzie do nadmorskiego kurortu. W zaciszu hotelowego pokoju zaczyna pisać list pożegnalny do żony (Magdalena Popławska). Nagle jego oczom ukazuje się duch ojca (Marian Dziędziel), który - według ustaleń prokuratury - zginął śmiercią samobójczą. On jednak przekonuje syna, że to był wypadek. Różnymi sposobami próbuje odwieść F.P. od chęci odebrania sobie życia.

PAP: Ostatnio motyw odchodzenia i dziedziczenia traumy pojawia się w sztuce dosyć często. W teatrze sięgnął po niego Krzysztof Warlikowski, realizując spektakl „Europa”, w kinie europejskim - Mascha Schilinski w filmie „Wpatrując się w słońce”. Nawet witryna, przy której siedzimy, wypełniona jest książkami takimi, jak „Los, który dziedziczysz” Noémi Orvos-Tóth. W „Zapiskach śmiertelnika” podeszliście do tego zagadnienia z przymrużeniem oka.

Ireneusz Czop: Jedni będą o tym opowiadać poważnie, drudzy z dystansem. Tak czy inaczej myślę, że nadszedł czas, by mówić o śmierci. Chociaż ilekroć pytają mnie, o czym jest nasz film, odpowiadam, że o życiu. Ukazujemy mężczyznę, który na pierwszy rzut oka jest człowiekiem sukcesu. Kiedy okazuje niezadowolenie ze swojej egzystencji, wydaje nam się, że marudzi. Dopiero gdy zaczynamy przysłuchiwać się jego marudzeniu, rozumiemy, że ma ku temu powody. Wszystkie one składają się na poczucie bezsensu istnienia. F.P. zrobił wszystko, by być kochanym. Mimo to żona go nie kocha, córka też nie, kochanka go zostawiła. Stać go na wszystko, a czuje się rozbity.

PAP: Wasz film wypełnia lukę w sposobie, w jaki kino porusza kwestie ostateczne?

I.C.: Niektórzy potrafią robić to z humorem. Weźmy choćby Monty Pythona czy Mela Brooksa – dla niego nawet opowieść o Jezusie może być zabawna. Ale niewątpliwie Maciek Żak wypełnia tę lukę w Polsce. Jesteśmy strasznie poważni. Nawet rozstanie postrzegamy jako wielką tragedię. Maciek ma lekkie pióro. Gdybym szukał odniesień, wskazałbym Milana Kunderę czy Borisa Viana. Oczywiście, to inna stylistyka, ale jego twórczość też pozbawiona jest niepotrzebnego ciężaru. W „Zapiskach śmiertelnika” możemy trochę pośmiać się z bezradności bohatera, z tego, że i my tacy jesteśmy. Bo w gruncie rzeczy gdybym znał perspektywę swojego odejścia, czy chciałbym podchodzić do tego tak serio? W efekcie nasz film opowiada o życiu. O umiejętności przeżycia fragmentu własnej historii tak, jak chcemy.

PAP: W tej historii śmierć F.P. ukazana jest nie jako akt rozpaczy, lecz wybór.

I.C.: Kiedy Maciek dał mi do przeczytania tekst, początkowo nie mogłem tego zrozumieć. Myślałem w kluczu polskim – heroicznym, poważnym – bo skoro mowa o odchodzeniu, to musi być serio. Istnieje imperatyw moralny, że o samobójstwie należy myśleć w określony sposób, bo poprzednie pokolenia też tak myślały. A nagle Maciek pisze coś innego. Nie wiedziałem, jak się do tego odnieść. On zapytał, czy czytałem „Na szczytach rozpaczy” Emile'a Ciorana. Zacząłem lekturę. I nagle dostrzegłem, że wcale nie musimy zostawić śladu po sobie. Nikt od nas tego nie oczekuje. To jest nasza chęć. Samo umieranie też jest naszą wolą, tylko jeden to robi bardziej, drugi mniej świadomie. Jeden zapija się na śmierć, drugi się zaharowuje. Trzeci nigdy nie żył, bo układając życie, w ogóle nie pomyślał o sobie. W końcu budzi się z myślą: „mam 48, 58... 78 lat. To już?!”. A jeszcze inny w ogóle nie chce być tym, kim jest. Dlatego zaczęliśmy się tą sytuacją bawić. W samotności głównego bohatera rozgrywają się dziesiątki wyobrażonych zdarzeń. Spotyka osoby, które pozwalają mu rozliczyć się z życiem, podjąć jakąś decyzję lub jej nie podejmować.

PAP: Dopiero duch ojca uświadamia F.P., jakim echem odbiły się na nim doświadczenia i traumy przodków. A czy ty miałeś taki moment w życiu, w którym poddałeś analizie swoje dziedzictwo rodzinne i jego wpływ na dorosłe życie?

I.C.: Rozmawiałem o tym z psychologiem. Jestem przekonany, że nasze DNA jest dopasowane do rodów, z których się wywodzimy. Otrzymujemy wszystkiego po trochu od naszych przodków. Żyjemy w czasach wielkiej rewolucji emocjonalno-psychologicznej. Czy w przeszłości ktoś powiedziałby, że mamy prawo żyć po swojemu? Nie. Mieliśmy wyznaczone tory. Dziadek tak żył, ojciec tak żył, więc i syn miał tak żyć. Mój nieżyjący już przyjaciel zapytany kiedyś, dlaczego chce zostać księdzem, odpowiedział: „dziadek był księdzem, ojciec też, to kim ja miałbym być?”. Oczywiście, to gorzki żart, ale coś w tym jest. Wiele rzeczy przechodzi z pokolenia na pokolenie. Polskie poczucie humoru i ciężar, o którym wspomniałem, też mamy zapisane w DNA. One mają związek z pamięcią o tym wszystkim, co wydarzyło się w przeszłości – o wojnie, tragedii, głodzie. Dopiero czwarte, piąte pokolenie nabierze większego dystansu.

PAP: Wiele osób obawia się konfrontacji z przeszłością. Warto ten strach przezwyciężyć?

I.C.: Nie wiem. Nie jestem zwolennikiem grzebania w przeszłości w ramach terapii. Zabliźniło się? To po co rozgrzebujesz strupek? Sprawia ci to przyjemność? Spowodujesz, że staniesz się ładniejszy? Ostatnio wylał się hejt na Ewę Woydyłło, która powiedziała, że nie po to Bóg dał nam oczy z przodu, żebyśmy patrzyli do tyłu. Całkowicie podpisuję się pod jej słowami. Owszem, niektóre kwestie warto przemyśleć. Jeżeli są obecne w naszej świadomości, to znaczy, że się nimi zajmiemy. Ale są rzeczy, do których nie warto wracać. Istnieje przecież zjawisko fałszywej pamięci. Zapamiętujemy różne rzeczy w zniekształconej formie. Z danego wydarzenia pamiętam co innego niż moja mama czy siostra. Jeżeli ktoś jest gotowy na niepokój, to niech się z tym mierzy. Mój bohater nie zaryzykował. Nie odważył się powiedzieć prawdy swojej żonie. Nie umiał powiedzieć jej swojej kochance ani nawet recepcjonistce, bo ilekroć mówimy prawdę, ryzykujemy, że kogoś stracimy. Ale jeśli zyskamy, to na zawsze.

PAP: On w ogóle czuje się bardzo przeciętny. Charakteryzuje siebie jako mężczyznę w średnim wieku, średniego wzrostu i budowy ciała, którego jedyną cechą wyróżniającą są siwe włosy. Wydaje się odległy od wyrazistych postaci, które grałeś do tej pory – m.in. Makbeta, Macieja Berbeki z „Broad Peak”, Johanna Holtza z serialu „Breslau”. Jaki potencjał skrywa w sobie everyman?

I.C.: To chyba najtrudniejsze zadanie dla aktora. Łatwiej jest, gdy postać ma cechę, której możesz się złapać. Jeśli np. skacze wysoko, po prostu się tego nauczysz. Wiesz, od czego zacząć. Ale co to znaczy, że F.P. jest każdym? Czy to znaczy, że jest bez właściwości? Zwróć uwagę, że nawet nie poszliśmy w siwe włosy. On sam siebie tak postrzega, ale co to oznacza? To nie są moje doświadczenia, ale czy to są podobne emocje? Tak. Czy to są podobne problemy? Czy ja też czułem się czasami niepotrzebny, zapomniany, samotny? Jak się czuję, będąc sam w hotelowym pokoju? Czy ja też mam manię, że wszystko musi być poukładane, bo dzięki temu wydaje mi się, że panuję nad tą przestrzenią? Czy chciałbym zobaczyć się z kimś ze swojej przeszłości? Czy straciłem coś istotnego? Tak powoli zaczął się tworzyć ten bohater.

PAP: Dostrzegłeś w nim bardziej melancholijną wersję Adasia Miauczyńskiego?

I.C.: To źródło u Marka Koterskiego jest z jego czasów, z PRL-u i po nim, obserwacji społeczeństwa, narzekania, modlitwy sąsiadów, natręctw. Koterski inaczej to ujmuje niż Maciek Żak. Mimo to zapewne moglibyśmy postawić obok siebie tych bohaterów. U Koterskiego jest dużo więcej dotkliwej groteski. W „Zapiskach śmiertelnika” mamy wrażenie, że patrzymy na normalsa. Gdyby wtopił się w tłum, nie zauważylibyśmy go. Jednak jest to bohater, na którego zwracam uwagę. Miauczyński to facet po PRL-u, a F.P. jest z dzisiejszych czasów. W naszym filmie nie ma polityki, nie ma tego kontekstu. Ale tak, jestem na Miauczyńskim wychowany.

PAP: Postacie, które grasz, są odbiciem twoich filmowych fascynacji?

I.C.: Wierzę, że wszystko zostawia w nas ślad. Książki, które czytamy, programy, które oglądamy i ludzie, których słuchamy, zapisują się w nas. Dzisiaj częściej myślę o tym, czym się fascynowałem, co kochałem, co jest moją pasją albo co mi się podoba. Czy przyznaję się, że chciałem być tym lub tamtym? Jasne, że niektóre osoby stanowiły dla mnie wzór na konkretnym etapie. Chciałem grać w teatrze jak Tadeusz Łomnicki, bo widziałem go parę razy i bardzo podobała mi się jego technika. Jednak okazało się, że teatr idzie w kompletnie inną stronę. Obserwowałem Janusza Gajosa, interesowała mnie gra Andrzeja Grabowskiego. Akurat miałem to szczęście, że pracowałem z wieloma wybitnymi reżyserami filmowymi i teatralnymi. Odnoszę wrażenie, że każde pokolenie twórców ma swój znak firmowy. Dochodzą jeszcze marzenia z dzieciństwa – zagrać Zorro albo Janka Kosa. Było tego dużo.

PAP: Kiedyś grałeś wielkie role w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Później zacząłeś występować w Teatrze Narodowym w Warszawie, ale nie zagrzałeś tam miejsca na dłużej. Postawiłeś na kino. To był wynik splotu różnych okoliczności życiowych czy intencjonalna zmiana priorytetów?

I.C.: Ostatnia zmiana była absolutnie świadoma. Bardzo bolesna, okupiona nerwami, bo przecież chciałem pracować w Teatrze Narodowym. Nieczęsto otrzymuje się zaproszenia do dobrych teatrów. Na szczęście z panem Janem Englertem pozostajemy w znakomitych relacjach. Rozmawialiśmy o mojej pracy w Narodowym przez 18 lat. Śmialiśmy się, że żaden z nas nie ma padaczki zawodowej. Nadszedł czas, gdy musiałem dokonać wyboru. Wiedziałem, że chcę się oddawać projektom od początku do końca. Gdybym był zatrudniony na etacie, pojawiłby się problem, jak to wszystko pogodzić. Uznałem więc, że mogę występować w teatrze gościnnie. Postawiłem na filmy. Czy słusznie? Zobaczymy.

PAP: Kino przyniosło ci bardzo ambitne projekty, jak „Broad Peak”. Przygotowania do roli Macieja Berbeki wymagały tytanicznej pracy – nauki technik wspinaczkowych, treningów, fizycznej metamorfozy.

I.C.: Tamten projekt zahaczył jeszcze o czasy Jaracza. Wychodziłem z tego teatru całymi latami. Długo grałem mniejsze i większe role w filmach i serialach, podróżując z Łodzi. Nie zdecydowałem się po „Pokłosiu”, że przeprowadzę się do Warszawy i zacznę robić karierę. Nie do końca w to wierzyłem. Nie widziałem sensu, by coś zmieniać. W końcu Janusz Gajos też mieszkał w Łodzi, podobnie jak Leon Niemczyk. Dlaczego miałbym wiązać pracę z miejscem zamieszkania? Mam dom pod Łodzią, część mojej rodziny i przyjaciele żyją w tym mieście. Są dla mnie ważni, więc żyję trochę jak Cygan, marynarz. Jestem wędrownym aktorem.

PAP: Wciąż udaje ci się znaleźć czas dla studentów łódzkiej Szkoły Filmowej? Miałeś opinię jednego z najlepszych wykładowców.

I.C.: To mi zostało jako obowiązek, wewnętrzny przymus. Mam ochotę oddawać kawałek czegoś, co dzisiaj potrafię. Przeszedłem różne etapy aktorskiej edukacji. Jeżeli byłem na etapie teatru klasycznego, to się tym dzieliłem. Gdy pojawił się teatr bardziej współczesny, reinterpretacyjny, starałem się połączyć te światy. Później znalazłem przestrzeń współpracy z autorami zdjęć filmowych. Mam dobry flow z dziewczynami i chłopakami z kamerą. Lubię ich. A jednocześnie widzę w nich czułość i matematyczną umiejętność diagnozy człowieka w obiektywie. Postanowiłem stworzyć przestrzeń komunikacji między aktorami i operatorami. Żartobliwie jestem panem od WF-u, który mówi: „przysiad”, „zobacz, gdzie jest światło”. Zachęcam młodych aktorów, by rozmawiali z autorami zdjęć. By pytali, w jakim są kadrze, jak będzie montowana scena. Studenci mogą proponować różne rozwiązania, ale muszą mieć pełną świadomość tego, w jakim świecie filmu występują w sensie filozoficznym i technicznym. Tak, nadal chcę znajdować czas na pracę ze studentami.

PAP: Minione miesiące były intensywne. Jesienią mogliśmy oglądać cię w „Zamachu na papieża”. W styczniu światło dzienne ujrzała „Wielka Warszawska” i – zaraz po niej – na wielki ekran wchodzą „Zapiski śmiertelnika”. Z jaką intencją rozpocząłeś ten rok?

I.C.: To prawda, było i będzie tego sporo. Ale ja mam kłopot z zegarkiem. Nie wierzę, że wraz z nowym rokiem możemy się zmienić. Owszem, jeśli popełniliśmy błąd, palnęliśmy głupstwo, warto odciąć kreską to, co było. Dobrze jest, gdy mamy coś fajnego do zrobienia i – jak Bóg da – nauczymy się to robić. Po prostu żyjmy, róbmy swoje.

Rozmawiała Daria Porycka

„Zapiski śmiertelnika” będzie można oglądać w kinach od piątku 30 stycznia. Dystrybutorem obrazu jest Galapagos Films. (PAP)

dap/ wj/ dki/ kgr/

Zobacz także

  • Tomasz Ziętek i Ireneusz Czop jako syn i ojciec w filmie „Wielka Warszawska”. Fot. Next Film/Materiały prasowe
    Tomasz Ziętek i Ireneusz Czop jako syn i ojciec w filmie „Wielka Warszawska”. Fot. Next Film/Materiały prasowe

    Tomasz Ziętek i Ireneusz Czop jako syn i ojciec w filmie „Wielka Warszawska” [WIDEO+GALERIA]

  • Aktor Bogusław Linda podczas przedpremierowego pokazu filmu „Zamach na papieża” w reżyserii Władysława Pasikowskiego w rzeszowskim Kinie Zorza. Fot. PAP/Darek Delmanowicz
    Aktor Bogusław Linda podczas przedpremierowego pokazu filmu „Zamach na papieża” w reżyserii Władysława Pasikowskiego w rzeszowskim Kinie Zorza. Fot. PAP/Darek Delmanowicz

    Linda: umówiliśmy się z Pasikowskim, że to nasz ostatni film

Serwisy ogólnodostępne PAP