Tomasz Świątek: Iga jest produktem "made in Poland"

2020-10-15 07:41 aktualizacja: 2020-10-15, 16:40
Triumfatorka wielkoszlemowego turnieju tenisowego French Open Iga Świątek. Fot. PAP/Andrzej Lange
Triumfatorka wielkoszlemowego turnieju tenisowego French Open Iga Świątek. Fot. PAP/Andrzej Lange
Tomasz Świątek liczy, że duży wzrost popularności córki Igi po triumfie w wielkoszlemowym French Open nie przeszkodzi jej w normalnym funkcjonowaniu i nie zmusi do wyjazdu z kraju. "Ona jest takim produktem +made in Poland+" – zaznaczył w rozmowie z PAP ojciec tenisistki.

Polska Agencja Prasowa: Bardzo się pan denerwował podczas tegorocznego French Open?

Tomasz Świątek: Podszedłem do tego z wyważonymi emocjami, bo wiedziałem, że może być dobry wynik. Bardziej się tym wszystkim ekscytowałem, gdy Iga wygrywała dwa lata temu juniorski Wimbledon, bo wtedy kompletnie nie wiedziałem, jak to wygląda i jakie towarzyszą temu odczucia. Paryski finał był o tyle bardziej przewidywalny... Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale Iga grała wszystkie mecze na naprawdę wysokim poziomie. Owszem, były lekkie zachwiania, chwile słabości, ale to były tylko momenty, które mobilizowały ją do walki o zwycięstwo.

PAP: Podobno na pewnym etapie odstawił pan telefon z powodu nadmiernego zainteresowania...

T.Ś.: Gdy Iga wygrała turniej, to rzeczywiście mocno się rozdzwonił. Bardzo ciężko każdemu dogodzić. Bo wiele zapytań, chciano, bym się podzielił emocjami. A to były chwile, które chciałem poświęcić Idze i jej sztabowi. Nie do końca chciałem się tym dzielić wówczas z każdym z osobna. Wiem, że każdy oczekuje, iż jest ważniejszy czy najważniejszy w całej tej sytuacji, ale tak naprawdę chciałem być wtedy z bliskimi, we własnym gronie. Bo to była ta najprzyjemniejsza chwila.

PAP: Podczas ubiegłorocznej edycji, gdy córka dotarła w debiucie do 1/8 finału, też pan opowiadał o bardzo dużym zainteresowaniu mediów pańską osobą. Teraz było podobnie?

T.Ś.: Można powiedzieć, że tamto to było preludium... Bo jednak tegoroczny wynik sprawił, że Iga przeszła do historii. To, co jest teraz, to szaleństwo.

PAP: Obawia się pan jego rozmiarów?

T.Ś.: Chcemy uczestniczyć w tej całej radości i być jej częścią, ale kibice muszą też zrozumieć, że ten turniej to już historia. By cieszyć się sukcesami Igi przez dłuższy czas, musi ona normalnie pracować, rozwijać się i robić swoje. Nie zamierzamy wyjeżdżać z Polski i chować się po jakiś egzotycznych krajach. Chcemy tutaj być i trenować. Chcę, by nie traktować nas jedynie jak kawałka tortu, który można sobie oderwać. Jesteśmy normalnymi ludźmi i musimy normalnie funkcjonować. Nie może być tak, że będę się oglądał za siebie na ulicy, bo tego nie zdzierżę. To byłoby bardzo trudne dla wszystkich. Nie ukrywam, że tego się będę obawiał. Ale zobaczymy, jak to się będzie klarować w najbliższych kilkunastu dniach.

PAP: Paparazzi jak na razie nie czekają pod płotem?

T.Ś.: Nie wychodzę, by to sprawdzać. Całe życie się dążyło do jakiegoś wyniku. Namawiało się obie córki, by był jak najlepszy wynik, bo chcieliśmy się z tego cieszyć, a nie chować przed ludźmi. Każdy powinien zrozumieć, że nie jesteśmy nie wiadomo kim i nie będzie wyłączności dla jednej czy drugiej stacji. Chcemy jakoś normalnie funkcjonować. Robert Kubica opowiadał, że wyjechał do Włoch, bo w Krakowie każdy go zaczepiał. Na początku może to być nawet zabawne czy śmieszne, ale nie da się tak cały czas funkcjonować, bo - jak to mówią - kota można zagłaskać na śmierć.

PAP: Po paryskim triumfie córki wiele osób zwracało uwagę na pana rolę, nazywając go architektem tego sukcesu. Poczuł pan satysfakcję, że cały trud się opłacił?

T.Ś.: Starałem się patrzeć na to przez pryzmat nawet niewielkich sukcesów. Zwycięstwo w lokalnym turnieju, w mistrzostwach Polski czy na późniejszym etapie w międzynarodowych zmaganiach juniorskich. Z każdego się cieszyłem, bo wówczas to była najpiękniejsza chwila. W sferze naszych marzeń zaś... Kiedyś byliśmy na turnieju niższej rangi i Iga mnie spytała, kiedy zaczniemy grać w lepszych imprezach, byśmy mieli lepsze warunki czy szatnie i nie grali pod wilgotnym balonem. To były początki. Wtedy musiała zrozumieć, że najpierw musi "zrobić" ranking, potrzebne są punkty, itd.. W zawodowym tourze dostała raptem dwie tzw. dzikie karty. W ten sposób troszeczkę ułatwiono jej przebicie się, ale tak naprawdę wszystko, co wywalczyła, to swoimi rękoma.

PAP: Były chwile zwątpienia, kiedy Iga chciała rzucić tenis?

T.Ś.: Sport polega na tym, że nie zawsze się zwycięża. Jak to kiedyś Łukasz Kubot powiedział – w imprezie Wielkiego Szlema w singlu jest 127 przegranych i jeden zwycięzca. Jest w tym trochę racji. Dlatego jestem bardzo dumny, że w Paryżu to na nią spłynął cały splendor. Czasami zaś trzeba umieć się też cieszyć z małych sukcesów.

PAP: Podobno na wczesnym etapie kariery to pan trzymał córkę w ryzach. Było trudno?

T.Ś.: Nie tyle trzymałem w ryzach, co rozmawiałem, próbowałem tłumaczyć. Iga - jako młoda osoba - ma swój pogląd na pewne sprawy. Ja, patrząc z boku, jestem w stanie szybko ocenić i powiedzieć jej prosto w oczy, że robimy to źle lub dobrze. Na tym to polega. To nie tak, że w jednej ręce mam kij, a w drugiej marchewkę. Nasze relacje zawsze opierały się na rozmowach i tłumaczeniu, a nie na poganianiu. Jak to się mówi – z niewolnika nie ma dobrego pracownika. Ona sama musi to pokochać, zrozumieć, chcieć dążyć do tego, bo to ona jest tam na korcie. Ja mogę - tak jak teraz w Paryżu - krzyczeć ile sił w gardle, a to i tak może nic nie pomóc.

PAP: Stracił pan głos podczas finału?

T.Ś.: Było parę takich krzyknięć, ale z radości. Tamten obiekt może pomieścić normalnie kilkanaście tysięcy osób, ale ze względu na obecną sytuację zdrowotną, była nas tylko garstka.

PAP: Szkoda panu, że sukcesu córki nie obejrzał na żywo komplet publiczności?

T.Ś.: Nie zastanawiam się nad tym. Zawsze można szukać jakiś niedociągnięć. Można też powiedzieć, że zabrakło liderki rankingu i obrończyni tytułu Ashleigh Barty, więc było jej łatwiej. To nieprawda, bo Iga na każdym etapie mogła odpaść, a pokonała m.in. drugą rakietę świata. W tym momencie były takie, a nie inne okoliczności, a Iga się w nich akurat odnalazła najlepiej jak mogła.

PAP: Wracając do początków, podobno to starsza córka Agata była wtedy na korcie tytanem pracy, a Iga mniej się przykładała do tego. Kiedy podejście tej drugiej się zmieniło?

T.Ś.: Jeśli się ma małe dzieci i jedno jest sprytniejsze, to nie myśli o pracy, bo i tak sobie radzi świetnie. A to drugie jest słabsze, ale ambitniejsze i będzie próbowało dorównać rówieśnikom. Tak mniej więcej właśnie było u nas. Agata była bardzo sumienna, zdyscyplinowana, chciała mieć dobre wyniki, ale nie wszystko wygrywała. Iga z kolei miała więcej smykałki, pokonywała nawet starsze rywalki i to jej wystarczało. Trudno takiemu małemu dziecku wytłumaczyć, że ma pracować więcej, by być jeszcze lepszą. Teraz Iga ma 19 lat i wie doskonale, po co to robi i jaki jest jej cel. Ma marzenia, świadomie podchodzi do treningu i sama się pilnuje. Oczywiście – jak każdy - ma lepsze i gorsze chwile, ale wtedy ma wsparcie sztabu czy moje.

PAP: Mówił pan o obawach dotyczących negatywnych skutków wzrostu popularności...

T.Ś.: Nie dopuszczę do tego. Będę się starał chronić naszą prywatność, która jest kluczowa w całym życiu sportowym. Nie wyobrażam sobie, że będziemy musieli wyjechać z kraju. Zbudowaliśmy całe to przedsiębiorstwo o nazwie "Iga Świątek" na tzw. polskich klockach. Z polskimi trenerami, generalnie z polską myślą. Uważam, że mamy się czym pochwalić. To nie jest tak, że pojechaliśmy do którejś zagranicznej akademii i nabyliśmy tam wiedzę. Owszem, były wyjazdy, ale to chodziło o chwilową zmianę otoczenia, nawierzchni czy klimatu. Iga była tam ze swoimi trenerami. Jest takim produktem "made in Poland".

PAP: Z punktu widzenia prawa od roku jest już dorosła. Czy teraz sama już podejmuje decyzje dotyczące jej kariery tenisowej?

T.Ś.: To nie tak, że mam głos i przy czymś się upieram, ale rozmawiamy, dyskutujemy. To, że jest pełnoletnia, nie znaczy, iż musi od razu zamieszkać sama i sama podejmować decyzje. Bo od tego ma mnie czy ludzi, z którymi pracuje. Nie musi udowadniać światu, że jak ma już dowód osobisty, to znaczy, że wszystko musi robić sama. Niektórzy może do końca nie rozumieją, że w tenisie mecz to tylko wisienka na torcie, a wokół niej jest cała armia ludzi, która załatwia szereg spraw - bilety, kwestię żywienia, odnowy biologicznej, itd. To kilkanaście osób, które pracują dla jednej osoby, w tym wypadku dla Igi. Nie zawsze jest tak, że ona ma ostateczny głos. Ma swoje pomysły, ale nie jest tak, że sama jest sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

PAP: Obserwując ją teraz z boku, uważa pan, że ma trochę radości z tej obecnej popularności i docenienia jej sukcesu czy to ją tylko przytłacza?

T.Ś.: Oczywiście, że się cieszy. Co tu ukrywać, są ludzie, którzy ją hejtują za dane zagranie, mecz czy jakąś decyzję. A to, co zostało osiągnięte przez Igę i sztab, udowadnia, że została obrana słuszna droga i wszystko się pospinało w jedną całość.

Rozmawiała: Agnieszka Niedziałek (PAP)