Wiceszef MSZ: banda "putinowców" zaczęła eliminować elity na zajętych terytoriach Ukrainy

2022-04-15 10:26 aktualizacja: 2022-04-15, 17:48
wiceszef MSZ Marcin Przydacz. Fot. PAP/Albert Zawada
wiceszef MSZ Marcin Przydacz. Fot. PAP/Albert Zawada
Banda "putinowców" zaczęła eliminować elity na zajętych terytoriach Ukrainy; w moim przekonaniu trudno byłoby to nazwać inaczej niż ludobójstwo, jeśli jedna armia wchodzi na terytorium suwerennego państwa i morduje ludzi tylko dlatego, że są Ukraińcami - powiedział wiceszef MSZ Marcin Przydacz.

Przydacz podczas rozmowy w TVP Info pytany był m.in. o to, czy rosyjskie zbrodnie w Ukrainie to ludobójstwo. "Władimir Putin tuż przed atakiem na Ukrainę dał taki pseudowykład historyczny, podważając w zasadzie sensowność funkcjonowania, jego zdaniem, państwa ukraińskiego, narodu ukraińskiego, o tym musimy pamiętać. Na poziomie takim ideologiczno-filozoficznym Rosja putinowska nie chce w ogóle uznawać Ukrainy jako bytu" - powiedział.

Stwierdził, że "niestety banda putinowców wywiodła z tego konkretne wnioski - zaczęła eliminować te najbardziej aktywne jednostki, elity na terytoriach zajętych, zwłaszcza na tych terytoriach północnych i wschodnich". "Znamy to doskonale z naszej historii Europy Środkowej" - dodał.

"Trudno byłoby to inaczej nazwać niż ludobójstwo"

Według Przydacza, tym jak będzie to nazwane powinien oczywiście zająć się przede wszystkim Międzynarodowy Trybunał Karny i odpowiednie misje, które dziś kompletują dowody. "Natomiast w moim osobistym przekonaniu, trudno byłoby to inaczej nazwać niż ludobójstwo, jeśli jedna armia wchodzi na terytorium suwerennego państwa i morduje ludzi tylko dlatego, że są Ukraińcami" - powiedział.

Dodał, że to Rafał Lemkin, polski prawnik żydowskiego pochodzenia, zdefiniował termin ludobójstwo. "W moim przekonaniu absolutnie ono tutaj odpowiada rzeczywistości. Ale, jak mówię, tym powinien się zająć, niezależny sąd międzynarodowy, który, daj Boże, mam nadzieję, osądzi tych zbrodniarzy" - podkreślił.

Na uwagę, że definicje są znane, a mimo to ze strony polityków Francji i Niemiec nie padają takie słowa, Przydacz odparł, że "część establishmentu politycznego na zachód od naszych granic chciałaby jak najszybszego zakończenia tego konfliktu, by móc wrócić do normalnego biznesu". Jak jednocześnie zauważył, ta polityka "krok po kroku delikatnie się zmienia".

"(Kanclerz Niemiec) Olaf Scholz jeszcze niedawno mówił, że nie ma żadnej broni, którą mógłby wysłać na Ukrainę, najwyżej może wysłać 5 tys. hełmów, jednak na skutek tego nacisku to się zmieniło. Myślę, że także jest (tak) w przypadku tych definicji" - ocenił. Podkreślił jednocześnie, że "Ukraina nie ma czasu na to aż jeden czy drugi polityk niemiecki czy francuski dojrzeje do pewnej zmiany".

"Ludzie są mordowani tylko ze względu na swoje pochodzenie"

Przydacz powiedział, że żaden sposób nie jest w stanie zrozumieć, jak wobec takich obrazów, które sam widziałem w Borodziance, towarzysząc prezydentowi Andrzejowi Dudzie podczas wizyty na Ukrainie, "można przechodzić do jakiejś akademickiej dyskusji". "Przecież widać - ludzie są mordowani tylko ze względu na swoje pochodzenie, miasta są rozbijane tylko dlatego, że są miastami ukraińskimi. Tu trzeba działać twardo i my jako Polska działamy twardo" - oświadczył.

Prezydent Francji Emmanuel Macron podczas środowego wywiadu dla stacji France 2 nie nazwał rosyjskich zbrodni wojennych popełnianych na Ukrainie "ludobójstwem". Za "bardzo bolesną" wypowiedź Macrona uznał prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, swoje rozczarowanie wyraziło też MSZ Ukrainy. W czwartek prezydent Francji pytany o swe słowa powiedział m.in., że „werbalna eskalacja nie pomaga Ukrainie”. Słowo „ludobójstwo” ma znaczenie, które muszą określić prawnicy, a nie politycy – dodał Macron. Podkreślił też, że „Francja jest krajem, który w latach 2010-2014 najbardziej pomógł Ukrainie przygotować się do samoobrony”.

Przydacz pytany był też w piątek o zatonięcie flagowego okrętu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej - krążownika Moskwa. Rosyjskie ministerstwo obrony podało, że krążownik zatonął podczas holowania w warunkach sztormu. Wcześniej armia ukraińska podała, że okręt został trafiony dwiema rakietami Neptun.

"Poza tą symboliką, która jest bardzo ważna - to był krążownik Moskwa, flagowy okręt na Morzu Czarnym, po drugie, to był ten krążownik, który tak ładnym językiem symbolicznie ukraińscy obrońcy Wyspy Węży wysłali w odpowiednim kierunku. Właśnie w tamtym kierunku się udał na skutek uderzenia rakiety Neptun" - powiedział wiceminister SZ.

"Rosjanie tracą przewagę na Morzu Czarnym"

Według Przydacza wydarzenie to pokazuje, że Rosjanie tracą przewagę na Morzu Czarnym. Ocenił również, że "uderzyło to w morale rosyjskiego wojska". "Stracili poważną jednostkę, ich siła rażenia opadła, ale i widzą, że Ukraińcy są naprawdę skuteczni w obronie swojego terytorium" - zaznaczył.(PAP)

Autorka: Sylwia Dąbkowska-Pożyczka

gn/