W Partii Pracy walka o władzę i spór o brexit. Co dalej z premierem Starmerem?
W Wielkiej Brytanii powraca spór o brexit. Temat znalazł się na pierwszych stronach poniedziałkowych gazet, bo Wes Streeting - jeden z kandydatów do zastąpienia premiera Keira Starmera poparł powrót do Unii Europejskiej.
Dziennik „Financial Times” pisze o „ponownym otwarciu brexitowych ran”, „Guardian” - o „kłótni na szczytach Partii Pracy”, „Politico” - o atmosferze „jak z 2018 roku”. To efekt wewnętrznej kampanii w ugrupowaniu laburzystów, gdzie trwają próby zastąpienia szefa rządu.
W sobotę, jeden z dwóch głównych kandydatów, Wes Streeting stwierdził, że brexit był „katastrofalnym błędem”, który sprawił, że Zjednoczone Królestwo jest biedniejsze i słabsze, a pewnego dnia kraj wróci do Unii Europejskiej. W ostatnich latach, pod przywództwem Keira Starmera, posłowie Partii Pracy unikali podobnych deklaracji, by nie zrazić do siebie eurosceptycznej części elektoratu, szczególnie w klasie pracującej na północy Anglii. „FT” pisze, że był to temat tabu.
Złamanie tego tabu wywołało niepokój u zwolenników kontrkandydata: Andy'ego Burnhama, burmistrza Manchesteru, plasującego się na umiarkowanie lewicowym skrzydle partii. Lisa Nandy, ministra kultury i zwolenniczka Burnhama, ostrzegła przed „powrotem do wojen brexitowych”. „Times” pisze, że sojusznicy Burnhama oskarżają partyjnych rywali o sabotaż. Wszystko przez to, że aby móc wziąć udział w wyborach na lidera partii, Andy Burnham musi najpierw uzyskać głosy Brytyjczków z terenów eurosceptycznych.
Badania przeprowadzone wśród członków Partii Pracy sugerują, że w wyścigu do Downing Street Andy Burnham byłby faworytem. Polityk ma jednak podstawowy problem: by ubiegać się o przywództwo, najpierw trzeba być członkiem parlamentu. Burmistrz Manchesteru znalazł już okręg, z którego będzie startował. Miejsca ustąpił mu poseł Josh Simmons, który zapowiedział rezygnację z mandatu. W efekcie Burnham będzie mógł wystartować w wyborach uzupełniających.
Ale droga do zwycięstwa w Makerfield nie jest łatwa. „To będzie niebezpieczny wyścig” - mówi anonimowo „Guardianowi” jeden z sojuszników Burnhama. Wprawdzie lewica zdobywała tu mandat parlamentarny zawsze od momentu utworzenia okręgu w 1983 roku, ale w majowych wyborach lokalnych, sukcesy w regionie święciła prawicowa, antyunijna Reform UK. Według wyliczeń BBC partia Nigela Farage'a zdobyła wtedy około 50% głosów, a Labourzyści - 27%. To liczby przybliżone, bo granice okręgów w wyborach lokalnych i do Izby Gmin nie pokrywają się w stu procentach.
Co więcej, w referendum brexitowym z 2016 roku w Makerfield, za wyjściem z Unii Europejskiej opowiedziało się prawie 2/3 głosujących. Profesor John Curtice, ekspert od sondaży, podkreśla w rozmowie z „Financial Times”, że w zachowaniu wyborców nadal widać korelację pomiędzy popieraniem brexitu i głosowaniem na Reform - ugrupowaniem, które kiedyś nazywało się Brexit Party.
Z drugiej strony burmistrz Greater Manchester cieszy się na północy Anglii popularnością. To dlatego Luke Tryl, szef pracowni badania opinii publicznej More in Common, mówi Guardianowi, że w wyborach „Burnham Factor”, „efekt Burnhama”, może okazać się ważniejszy niż demografia, która wskazuje na niechęć do Unii Europejskiej.
„Daily Telegraph” pisze, że Andy Burnham będzie skupiał się na lokalnych kwestiach i choć w przeszłości mówił, że chciałby powrotu do Unii jeszcze za swego życia, to w kampanii ma zamiar unikać drażliwego tematu brexitu.
Nigel Farage, szef Reform UK, powiedział Timesowi, że wybory w Makerfield będą wyborem między jego partią - pragnącą pozostania poza Unią i „kontrolowania imigracji” - a Partią Pracy, która - jak to ujął- chce wrócić do Unii i „otworzyć granice”.
Wybory w Makerfield odbędą się w czerwcu. Dokładna data nie jest jeszcze znana, ale według rozmówców „Timesa” i BBC najbardziej prawdopodobny jest 18 czerwca.
Z Londynu Adam Dąbrowski (PAP)
ada/ kj/ kgr/