"Paul Thomas Anderson w świecie kina jest już legendą". Oscar przypieczętował jego pozycję
Nagrody dla najlepszego reżysera i za film roku nie zmienią statusu Paula Thomasa Andersona w świecie kina. Jest w nim punktem odniesienia i postacią legendarną, Oscary tylko to ugruntują - stwierdziła w rozmowie z PAP krytyczka Adriana Prodeus, komentując tegoroczną galę.
- Wielkim zwycięzcą tegorocznych Oscarów okazał się film Paula Thomasa Andersona „Jedna bitwa po drugiej” - 13 nominacji zamienił na aż sześć statuetek. Paradoks polega na tym, że nie jest to pierwszy film tego twórcy doceniony przez Amerykańską Akademię Filmową, bo przecież statuetki, choć nie w najważniejszej kategorii, otrzymały wcześniej jego filmy „Aż poleje się krew” i „Nić widmo”. Dlatego nagrody dla najlepszego reżysera i za film roku nie zmienią jego statusu w świecie kina. P.T.A., jak powszechnie bywa nazywany, jest w nim punktem odniesienia i postacią legendarną, Oscary tylko to ugruntują - skomentowała w rozmowie z PAP Adriana Prodeus z miesięcznika „Kino”.Krytyczka podkreśliła, iż Anderson jest niezwykłym filmowym erudytą. - „Jedna bitwa po drugiej” to akurat kino akcji, ale też dowód na to, że P.T.A. w każdym gatunku potrafi wyrazić własny autorski styl - zauważyła. - Brak statuetki dla Leonardo DiCaprio za rolę pierwszoplanową nie zmienia faktu, iż to był wieczór Andersona i jego ekipy - oceniła.
W tej kategorii laur przypadł Michaelowi B. Jordanowi nagrodzonemu za rolę bliźniaków w „Grzesznikach” Ryana Cooglera. Film ten zdobył cztery nagrody, choć miał aż 16 nominacji, co jest rekordem w historii Oscarów. Jedna z nagród powędrowała do autorki zdjęć Autumn Durald Arkapaw. - To pierwsza kobieta wyróżniona w tej kategorii, artystka o korzeniach filipińskich - zaznaczyła Prodeus. - Była faworytką w tej kategorii, a dla wielu kobiet może się stać wzorem. Nie miała dotąd wielkiego dorobku, a pokazała swoje możliwości, co doprowadziło ją do takiej nagrody - dodała.
Podczas tegorocznej gali zabrakło wyraźnych akcentów politycznych. - Zwróciłam uwagę na dwa takie momenty. Javier Bardem mocno poparł wolną Palestynę, a współtwórca filmu „Pan Nikt kontra Putin” powiedział ostro o Rosji. Jeszcze Joachim Trier, reżyser „Wartości sentymentalnej”, przypomniał, że jako dorośli jesteśmy odpowiedzialni za los dzieci, nawiązując do sytuacji w Gazie. Conan O'Brien delikatnie żartował sobie z Trumpa, wskazując na brak nominacji dla „Melanii”, co miałoby się nie spodobać prezydentowi. Wszystko to jednak było bardzo niewinne - stwierdziła Prodeus.
Zaskoczeniem mogą być dwie statuetki dla „K-popowych łowczyń demonów” - za najlepszą animację i piosenkę. - To dowód na rosnącą rolę koreańskich animacji i muzyki k-popowej w popkulturze - zaznaczyła krytyczka. Wśród animacji krótkometrażowych doceniono „The Girl Who Cried Pearls”, której współautorem obok Chrisa Lavisa jest Maciek Szczerbowski. - To animacja bardzo wysmakowana, odrobinę staroświecka w dobrym tego słowa znaczeniu, trochę w stylu braci Quay i Jana Švankmajera - zauważyła Adriana Prodeus.
W jej opinii największym przegranym gali jest „Wielki Marty” Josha Safdiego. - Nie wiem, czy ostatnie wypowiedzi Timothée Chalameta, m.in. te pogardliwe o artystach opery i baletu, wpłynęły na głosowanie, ale wygląda na to, że Chalamet, jak kiedyś Leonardo DiCaprio, na swego Oscara będzie musiał jeszcze poczekać. „Wielki Marty” to jednak... wielki film i szkoda, że nie został doceniony - podsumowała.
wj/ miś/ kgr/