Były ambasador Polski w Wenezueli: Trump odrzuca wenezuelską opozycję na rzecz własnych interesów
Deklarowana przez prezydenta Donalda Trumpa wola współpracy z obecnymi tymczasowymi władzami Wenezueli, zamiast z demokratycznie wybranym prezydentem i liderką opozycji Marią Coriną Machado, to zła wiadomość dla Wenezuelczyków – powiedział PAP były polski ambasador w tym kraju Krzysztof Jacek Hinz.
Prezydent USA Donald Trump powiedział w wywiadzie dla „New York Times”, że spodziewa się, iż Stany Zjednoczone przez wiele lat będą zarządzać Wenezuelą i wydobywać ropę z jej ogromnych zasobów. Trump udzielił wywiadu w środę wieczorem, zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu przez sekretarza stanu USA Marca Rubia trzyetapowego planu działań wobec Wenezueli, po obaleniu 3 stycznia przez siły USA jej autorytarnego przywódcy Nicolasa Maduro. Plan obejmuje stabilizację kraju, odbudowę jego gospodarki oraz demokratyczną transformację.
W trakcie wywiadu Trump podkreślił, że tymczasowy rząd Wenezueli, w skład którego wchodzą osoby wcześniej lojalne wobec Maduro, mimo publicznych wrogich oświadczeń „daje nam wszystko, co naszym zdaniem jest niezbędne”. Nie odpowiedział na pytanie, dlaczego uznał wiceprezydent Wenezueli Delcy Rodriguez za nowego przywódcę państwa, zamiast poprzeć Marię Corinę Machado, liderkę opozycji, która niedawno otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Uchylił się również od odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie poparł ogłoszenia prezydentem zwycięzcy – według opozycji – wyborów prezydenckich z 2024 roku, Edmundo Gonzaleza Urrutii.
Były polski ambasador w Wenezueli (w latach 2007–2012), Krzysztof Jacek Hinz ocenił w rozmowie z PAP, że deklaracje Trumpa nie są dobre dla mieszkańców Wenezueli. – Deklarowana chęć współpracy z wiceprezydentką Rodriguez to dla nich zła wiadomość. Potwierdza, że mimo wcześniejszej retoryki Trumpa i Rubia sugerującej chęć położenia kresu dyktaturze w Wenezueli tak naprawdę chodziło o realizację wąsko rozumianych interesów amerykańskich – powiedział Hinz.
Jego zdaniem Wenezuela stała się celem ataku USA, a słowa Trumpa to potwierdzają z trzech powodów: chodziło o wyłączny dostęp do wenezuelskiej ropy naftowej, o planowane na jesień tego roku wybory do Kongresu w Stanach Zjednoczonych oraz o realizację nowej strategii bezpieczeństwa USA, która jest powrotem do „doktryny Monroe”, zgodnie z którą cała półkula zachodnia znajduje się pod kontrolą Amerykanów.
Hinz przypomniał, że przed interwencją Trump twierdził, iż nie uznaje Nicolasa Maduro za prezydenta, ponieważ wybory zostały sfałszowane. Powinien więc uznać Edmundo Gonzaleza Urrutię, który był niekwestionowanym zwycięzcą tych wyborów. Z kolei głównym wenezuelskim partnerem Amerykanów powinna być Maria Corina Machado, ponieważ Gonzalez kandydował jedynie dlatego, że ona została pozbawiona takiej możliwości.
– Ona jest jedynym symbolem wenezuelskiej opozycji. Cała opozycja została albo wtrącona do więzień, albo zmuszona do emigracji, znaczna jej część skorumpowała się. Znam ją i wiem, że to heroiczna i bohaterska kobieta, niezłomna, która nie dała się w żaden sposób skorumpować. Trudno znaleźć kogoś drugiego takiego – powiedział były ambasador.
Poza tym dodał, że Machado zawsze była proamerykańska, w przeszłości spotykała się m.in. z prezydentem George W. Bushem, chwaliła też samego Trumpa. Gdy otrzymała w ubiegłym roku Pokojową Nagrodę Nobla, przyznała, że on zasługiwał na tę nagrodę. – Trump mówi, że Machado nie cieszy się popularnością, ale to jest ewidentnie nieprawda – ocenił były ambasador.
Hinz przyznał, że najwyraźniej Amerykanom chodzi o utworzenie w Wenezueli rządu, który będzie wykonywał ich wolę. Takich gwarancji mogłyby nie dawać demokratycznie wybrane władze.
Zdaniem byłego ambasadora Wenezuela jest krajem nietypowym nawet jak na standardy Ameryki Łacińskiej. Tam najdalej poszła „rewolucja boliwariańska”, realizowana już przez Hugo Chaveza. – Chavez dokonywał rzeczy, jakie w PRL zdarzały się jedynie w czasach stalinowskich, jak na przykład nacjonalizacja całego handlu. To przypadek radykalnej, ortodoksyjnej lewicowości, wobec której dystans mieli nawet inni lewicowi prezydenci w Ameryce Południowej – mówi Hinz.
Chavez jednak miał szczęście, bo za jego czasów była dobra koniunktura na surowce. W związku z tym nie zapisał się w pamięci Wenezuelczyków tak źle, jak Maduro, za którego czasów koniunktura była już gorsza – przyznał były ambasador. Pod względem radykalizmu lewicowego reżimu można Wenezuelę porównać zaś tylko do Kuby.
Jego zdaniem Wenezuela jest też krajem o największej w Ameryce Łacińskiej korupcji – porównywalne pod tym względem jest tylko Haiti. Natomiast wbrew temu, co mówił Trump, nie jest krajem, który jest głównym źródłem narkotyków. – Główne szlaki narkotykowe nie wiodą przez Morze Karaibskie, tylko przez Pacyfik. Największym zagrożeniem, jeśli chodzi o narkotyki, są Kolumbia i Meksyk, a nie Wenezuela – zaznaczył Hinz. – Niemniej wenezuelska generalicja jest w to zamieszana, bo elity są tam bardzo skorumpowane – dodał. (PAP)
pś/ bst/ mhr/ grg/