Christopher Anderson: gdy fotografuję rodzinę robię to dla siebie, w Białym Domu jestem świadomy publiczności [WYWIAD]
Kiedy fotografuję moją rodzinę nie mam żadnych założeń, robię to dla siebie. W takiej sytuacji jak sesja z Donaldem Trumpem mam oczywisty cel. W Białym Domu jestem zdecydowanie bardziej świadomy publiczności - powiedział PAP Anderson, którego zdjęcia od środy można zobaczyć na wystawie „Trylogia rodzinna” w IFF Warszawie.
„Trylogia rodzinna” Christophera Andersona i Marion Durand jest jedną z wystaw, których środowy wernisaż zainauguruje otwarcie nowej siedziby Instytutu Fotografii Fort w Warszawie.
Zdjęcia prezentowane w IFF powstawały, gdy fotograf po narodzinach syna w 2008 r. zdecydował się zrezygnować z dokumentowania i skierował aparat w stronę powiększającej się rodziny. Wystawa „Trylogia rodzinna” to nowa odsłona trylogii osobistych książek fotograficznych o rodzinie. „Son” (2013) to refleksja nad ojcostwem po narodzinach pierwszego syna fotografa, Atlasa. „Pia” (2020) to zabawna eksploracja trójkąta ojciec–aparat–córka. Zamykająca trylogię „Marion” (2022) to list miłosny do życiowej partnerki. „Trylogia rodzinna” to spojrzenie na trylogię okiem Marion Durand, partnerki fotografa, wieloletniej fotoedytorki. Uzupełnia ona wystawę o swoją perspektywę. To pierwsza w Polsce i druga na świecie, prezentacja tych prac w odsłonie stworzonej w rodzinnym duecie. W ramach otwarcia nowej przestrzeni IFF zaplanowano także spotkanie z fotografem i kuratorką wystawy. Anderson opowie m.in. o procesie powstawania najnowszej książki fotograficznej „Index”, a Marion Durand spotka się z szóstką wybranych wcześniej fotografów na przegląd portfolio.
Polska Agencja Prasowa: Wasza wystawa „Trylogia rodzinna” - jak wskazuje jej nazwa - poświęcona jest waszej rodzinie. Współcześni twórcy nie zawsze tak otwarcie mówią o swoich najbliższych. Dlaczego zdecydowaliście się pokazać swoją rodzinę tak wprost?
Christopher Anderson: Jako artysta nie tworzę sztuki w sensie akademickim, fotografowanie to dla mnie odpowiedź na wewnętrzny impuls. Aparat to mój sposób na obcowanie ze światem i od zawsze był częścią mojej codzienności, nie tylko w przypadku mojej rodziny. Nie podjąłem decyzji o pokazaniu mojej rodziny w ten sposób. Te zdjęcia to bardziej odpowiedź na pewną potrzebę - ten wewnętrzny impuls - niż aktywna praca nad twórczością. Fotografując moich bliskich nie miałem poczucia, że te prace powstają w kontekście mojej twórczości artystycznej. Robiłem takie zdjęcia jakie robiłby każdy ojciec. Dopiero po kilku latach pomyślałem, że jest to nie tylko część mojego dorobku, ale być może najważniejsze, co kiedykolwiek stworzyłem.
PAP: Jak wyglądała wasza współpraca nad „Trylogią rodzinną”?
Marion Durand: „Trylogia rodzinna” jako wystawa powstała kilka lat po premierze ostatniej książki fotograficznej Chrisa z tej serii. Oboje mogliśmy nabrać dystansu wobec projektu. Z mojej strony wymagało to pewnego zrozumienia, że to Chris jest autorem zdjęć i tym samym jest to jego własna narracja o naszej rodzinie. Wystawa była okazją dla mnie, aby wyrzeźbić tę historię w nieco inny sposób i pokazać moją perspektywę.
PAP: Twoja perspektywa jest wyjątkowa. Jesteś współkuratorką wystawy będąc jednocześnie jedną z trzech głównych bohaterów fotografii.
M.D.: W pewnym sensie miałam ułatwione zadanie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to ja jestem na tych fotografiach, ale od kiedy po premierze książek zdjęcia stały się ogólnodostępne, udało mi się w pewnym sensie od nich odciąć. Nie czuję, jakbym patrzyła na lustrzane odbicie. Jest to dla mnie teraz bardziej twórczość fotograficzna niż po prostu zdjęcia, które mi zrobiono. Tych zdjęć jest też bardzo dużo, więc być może dlatego łatwiej było mi się z tym oswoić.
PAP: „Trylogia rodzinna” kulminuje trzy książki fotograficzne - „Son” (2013), „Pia” (2020), „Marion” (2022). Jak na wystawie opracowany został ten materiał źródłowy, jaką historię opowiadają zdjęcia na ekspozycji?
M.D.: Praca nad wystawą była interesująca. Wydawało mi się, że znam ten dorobek wystarczająco dobrze, aby z łatwością przekazać to co chciałam opowiedzieć. Kiedy na nowo odkrywałam ten zbiór, pojawiały się kolejne niespodzianki. Nasz syn ma teraz 18 lat i zaczyna sam o sobie stanowić. Powrót do tych zdjęć i zobaczenie go jako małego chłopca było dla mnie bardzo wzruszające. Jedna z części wystawy poświęcona jest wakacjom, morzu i słońcu, które wydawały mi się kluczowe dla całej rodziny. Inny fragment poświęcony jest naszym wspomnieniom z Brooklynu, gdzie bardzo długo mieszkaliśmy. Próbowałam połączyć wszystkie te elementy i pokazać coś osobistego. Budowanie tej wystawy było reorganizacją moich własnych wspomnień.
PAP: Christopher, w „Trylogii rodzinnej” dokumentujesz wasz wewnętrzny świat, ale przez długi czas twoja praca opierała się na relacjonowaniu świata zewnętrznego. Fotografowałeś wiele różnych zakątków świata, w tym również konflikty i wojny. Czy zwrócenie obiektywu w stronę rodziny było dużą zmianą, czy była to naturalna kontynuacja drogi?
C.A.: Gdy urodziło się nasze pierwsze dziecko przestałem pracować w miejscach objętych konfliktami i wojnami. Oczywiście to odczułem, ale jak wspomniałem wcześniej, na początku fotografując rodzinę nie byłem do końca świadomy, co tworzę. Nie podjąłem świadomej decyzji, że przestaję fotografować konflikty i zamiast tego zaczynam fotografować coś innego - w tym przypadku moją rodzinę. Świadomość tej przemiany dotarła do mnie dużo później. Pierwszy raz w życiu skierowałem aparat na moje własne otoczenie, więc to była ogromna zmiana, nawet jeśli na początku nie zdawałem sobie z niej sprawy. Przez wiele lat fotografując szukałem emocjonalnej więzi z ludźmi, których nie znałem, a teraz znajduję tę emocjonalną więź z moimi najbliższymi.
PAP: Jak ta zmiana wpłynęła na ciebie Marion?
M.D.: Dla mnie było to jak wyjście z zapętlenia. Przez wiele lat fotografia odciągała Chrisa od domu i ode mnie. Była to taka nieokiełznana siła - z którą niekoniecznie próbowałam walczyć - ale która zajmowała mu dużo czasu i energii. Nagle zaczął fotografować rodzinę. Poczułam, że fotografia, która wcześniej mi go odbierała, stała się rzeczą, która sprowadziła go z powrotem. To prawdziwe zjednoczenie.
PAP: Czy doświadczenia jakie zgromadziłeś jako fotoreporter wpływają na to jak teraz fotografujesz?
C.A.: Moje doświadczenia przenikają do wszystkiego co robię - chyba tak jak w przypadku każdego człowieka. Czerpię z różnych przeżyć, nie tylko jako fotograf wojenny, ale też tego jak dorastałem, kogo znałem, posiłków jakie zjadłem, obejrzanych filmów, przesłuchanej muzyki i przeczytanych książek. Wszystkie te rzeczy - w tym doświadczenie fotoreportera w miejscach objętych konfliktem - przyczyniły się do tego, jak dzisiaj wygląda moja twórczość. Wszystko jest połączone. Fotografując nadal poszukuję emocjonalnego powiązania z tym co fotografuję. Tak było, gdy dokumentowałem wojnę, kiedy fotografowałem rodzinę i tak jest w mojej codziennej pracy, także komercyjnej. Wszystko ma wspólny fundament. Praca fotoreportera przyniosła też m.in. pewnego rodzaju techniczną sprawność. Kiedy wykonuję komercyjne zlecenia i muszę znaleźć szybkie rozwiązania jestem w stanie reagować i z łatwością dostosowywać się do zmiennych warunków.
PAP: Twoje najnowsze projekty są zróżnicowane. Z jednej strony, znacząca część twoich obecnych fotografii to dokumentacja twojej rodziny. Z drugiej, wykonałeś jedną z najgłośniejszych sesji ubiegłego roku fotografując administrację Donalda Trumpa dla „The Vanity Fair”. Czy jednak pracując nad tak odmiennymi tematami twój proces twórczy jest inny?
C.A.: Oczywiście. Kiedy fotografuję moją rodzinę nie mam żadnych założeń, po prostu czuję i reaguję, robię to dla siebie. W takiej sytuacji jak sesja z Donaldem Trumpem i członkami jego administracji mam oczywisty cel, mam poczucie misji, którą muszę wykonać i mam pewne założenie. Próbuje obserwować w bardzo trzeźwy i autentyczny sposób. W Białym Domu jestem zdecydowanie bardziej świadomy szeroko rozumianej publiczności.
PAP: Christopher w swoim portfolio ma również wykonaną w podobnym stylu sesje z Barackiem i Michelle Obamą, Berniem Sandersem i z wieloma innymi głośnymi postaciami amerykańskiej polityki i nie tylko. Dlaczego sesja z Trumpem wywołała tyle różnych emocji u ludzi na całym świecie?
C.A.: To temat na bardzo długą rozmowę, ale możemy zacząć od tego w jakich czasach żyjemy. Przyzwyczailiśmy się do postrzegania naszych polityków jako celebrytów. Fotografia bardzo się zmieniła przez to jak przywykliśmy do prezentowania i postrzegania siebie w internecie, w mediach społecznościowych, z filtrami, a teraz też ze sztuczną inteligencją. Zobaczenie osób sprawujących funkcje publiczne odartych z elementów, z którymi tak się oswoiliśmy, takich jak retusz, filtry - to jeden powód tej reakcji. Myślę, że drugi powód to, że dotychczas ta konkretna administracja prezentowana była jako niezwyciężona i niezłomna. Zobaczenie ich jako ludzi, którymi faktycznie są, było na tyle niespodziewane, że w pewnym stopniu aż rażące. Ale był to też moment katartyczny dla społeczeństwa, kiedy mogli zobaczyć te osoby nie przedstawione tym razem jako absolutnie potężne.
M.D.: Zdjęcia stały się sensacją, szczególnie w internecie, cała sytuacja była bardzo intensywna. Był w tym wszystkim oczywiście element zaskoczenia, zarówno dla publiczności jak i dla Białego Domu. Pokazano ich takich jakimi są, a niekoniecznie tak, jak chcieliby być postrzegani. Dla osób niepopierających tej administracji, było to takie małe zwycięstwo. Miałam okazję porozmawiać o tym z jednym z fotoreporterów z „The Washington Post”, który stwierdził, że ludzie w końcu skupili się na fotografii. Zaczęli przyglądać się tym zdjęciom i rozmawiali o technice i umiejętnościach, których te fotografie wymagały.
PAP: Coraz częściej postrzega się fotografię jako o medium bardziej kreacyjne niż dokumentalne. Czy wierzycie jeszcze w „obiektywność” fotografii?
C.A.: Nie wierzę w obiektywność fotografii. Jeśli chcesz zobaczyć obiektywność możesz przejrzeć jakiś materiał z monitoringu. Jako człowiek jestem subiektywny, mam swoją opinię i chcę, żeby tę opinię było czuć w moich zdjęciach. Chcę, żeby moja obecność była odczuwalna. Nie oznacza to, że nie wierzę w prawdę, bo w prawdę wierzę całym moim sercem, ale to moja prawda. Próbuję być szczery wobec siebie i szczery wobec odbiorcy, ale to moja, subiektywna prawda.
M.D.: Jako fotoedytorka i osoba pracująca z fotografią dokumentalną w mediach oraz w branży wydawniczej, chcę tylko powiedzieć, że dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy realności i musimy wykorzystać to wspaniałe narzędzie, którym jest fotografia do pokazywania świata w sposób niezakłamany i szczery. Mam nadzieję, że zawsze będzie w tym wszystkim potrzebne ludzkie oko, które pokaże co my - ludzie - chcemy widzieć i co chcemy o świecie powiedzieć. Musimy to chronić.
Rozmawiała Maria Kuliś
Christopher Anderson przez lata relacjonował konflikty wojenne m.in. dla „The New York Timesa” i realizował zlecenia m.in. dla „New Yorkera”, w latach 2011-2014 został pierwszym fotografem rezydentem w „New York Magazine”, a w latach 2005-2023 należał do agencji Magnum Photos. Anderson jest jednym z najczęściej publikowanych fotografów swojego pokolenia, a także autorem głośnej sesji zdjęciowej administracji Donalda Trumpa w ramach kultowej serii „The Vanity Fair” z Białego Domu. Marion Durand to wieloletnia wykładowczyni International Center for Photography w Nowym Jorku, fotoedytorka współpracująca w przeszłości z takimi magazynami jak „Newsweek”, „Matter” i „BRIGHT Magazine”, współtwórczyni francuskiego dwumiesięcznika poświęconego współczesnej fotografii „Kometa” oraz kuratorka. (PAP)
maku/ aszw/ kgr/