Ekspertka ds. obronności o szczycie NATO w Ankarze: deklaracja ze szczytu powinna zadowolić prezydenta USA [WYWIAD]
NATO 3.0 tylko z pozoru wygląda jak powrót do korzeni Sojuszu; gra toczy się o to, by przekonać administrację Donalda Trumpa, aby proces wycofywania wojsk amerykańskich z Europy był rozciągnięty w czasie – powiedziała PAP przewodnicząca Warsaw Security Forum Katarzyna Pisarska.
PAP: Przywódcy krajów Sojuszu rozmawiają w Ankarze o przyszłości Paktu Północnoatlantyckiego. Jak prezydent Donald Trump postrzega NATO?
Prof. Katarzyna Pisarska, przewodnicząca Rady Fundacji Kazimierza Pułaskiego: - Donald Trump słynie z tego, że często zmienia zdanie, jednak w sprawie NATO od 30 lat mówi konsekwentnie to samo. Twierdzi np., że Amerykanie wydają ogromne sumy na obronność głównie z winy Sojuszu. Powtarza też, co jest do pewnego stopnia prawdą, że Europejczycy wydają zbyt mało na swoją obronność. I że sama tylko Ameryka nie może być odpowiedzialna za bezpieczeństwo Europy. To wszystko mówił w latach 80. jeszcze w czasach zimnej wojny i później w czasie kampanii prezydenckich w 2016 i 2024 roku. Na początku pierwszej kadencji jego stosunek do NATO był bardzo sceptyczny, ale nieco zmienił się na korzyść dla Paktu pod wpływem sekretarza obrony Jamesa Mattisa i doradcy ds. bezpieczeństwa Johna Boltona. Jak wspomina w swojej książce b. szef NATO Jens Stoltenberg („Na mojej warcie. Przewodzenie NATO w stanie wojny” – przyp. PAP) to właśnie oni uratowali sojusz przed katastrofą, bo istniały uzasadnione obawy, że prezydent na swym pierwszym szczycie Paktu ogłosi wyjście USA z NATO. Do tego na szczęście nie doszło, ale Trump pozostał sceptyczny wobec tej organizacji. I tak np. zobaczywszy w 2017 roku po raz pierwszy nowy budynek Kwatery Głównej NATO w Zaventem pod Brukselą, dziwił się, skąd Sojusz wziął na to pieniądze?
PAP: Prezydent Trump nie jest fanem NATO?
K.P.: - Problem polega na tym, że nigdy nie chciał przyjąć do wiadomości, jak funkcjonuje Sojusz? Z uporem godnym maniaka powtarza, że kwoty, które państwa NATO wydają na obronność mierzone w stosunku do PKB, to natowska składka, co nie jest prawdą. Amerykanie wydają dziś ponad trylion dolarów na obronność, ale to nie jest wcale składka do NATO tylko wydatki na potężny system obronny USA, w tym wojska amerykańskie, które stacjonują na całym świecie. Jeśli chodzi o szczyty NATO, Trump lubi proste przekazy - takie, z których wynika, że Ameryka i on sam coś wygrał lub na czymś zarobił. To transakcyjne podejście powoduje, że prezydent USA nie traktuje Sojuszu ideologicznie. Nie postrzega Paktu jako wspólnoty wartości, takich jak demokracja czy państwo prawa, o czym mowa w Traktacie Waszyngtońskim. Nie zgadzam się jednak z tymi, którzy powtarzają, iż celowo działa na rzecz osłabienia Paktu, bo o to poprosili go Rosjanie. Te spiskowe teorie można włożyć między bajki.
PAP: Szczyt w Ankarze powinien być dla Trumpa sukcesem, bo znacząca część sumy, którą państwa NATO zobowiązały się wydać na obronność, ma iść na zakup amerykańskiej broni…
K.P.: - Z tego, co wiem, o tym będzie właśnie mowa w komunikacie końcowym ze szczytu. Znajdą się w nim zapisy o ogromnym wzroście wydatków na zbrojenia w Europie i Kanadzie i o współpracy tamtejszych przemysłów obronnych z amerykańską zbrojeniówką. W deklaracji jest mowa o Iranie: wszystkie państwa Sojuszu sprzeciwiają się irańskiemu programowi nuklearnemu. I wszyscy przywódcy potępiają próby blokowania Cieśniny Ormuz przez reżim w Teheranie. Deklaracja ze szczytu powinna zadowolić prezydenta USA.
PAP: Co dalej z NATO? Czy biorąc pod uwagę fakt, że Donald Trump kilka razy groził wycofaniem USA z Sojuszu, NATO ma przyszłość?
K.P.: - Dla Trumpa ważne są wygrane polityczne, często krótkoterminowe, a taką będzie na pewno deklaracja ze szczytu w Ankarze. Fakt, że zmusił sojuszników z Europy do zwiększenia wydatków na obronność, łechcze jego ego i przysparza mu splendoru. Jeśli chodzi o przyszłość NATO, powinno nas niepokoić nie to, co mówi Donald Trump, ale co chce zrobić Pentagon i Departament Obrony. Używam celowo tego określenia, ponieważ Senat USA nie zmienił jego nazwy na Departament Wojny, jak chciał obecny prezydent. Otóż Peter Hegseth, szef Departamentu Obrony, chciał znacząco zmniejszyć obecność wojsk amerykańskich w Europie. Okazało się, że nie jest to zadanie łatwe, dlatego ogłosił przegląd ich obecności, po którego zakończeniu zapadną decyzje o ewentualnej redukcji. Równocześnie konsekwentnie forsuje swoją ideę NATO 3.0
PAP: Porozmawiajmy o tej koncepcji. Czy jest korzystna dla Polski?
K.P.: - Można odczytywać ją dwojako. Z jednej strony wygląda pięknie. Idea jest bowiem taka, że NATO ma wrócić do swych korzeni, do Sojuszu z czasów Zimnej Wojny. Wtedy miał potężną zdolność odstraszania, opartą zarówno na silach konwencjonalnych, jak i nuklearnych. Co więcej, wówczas Europejczycy do tego się znacząco dokładali. W latach 80. nawet Niemcy wydawali 4 proc. PKB na obronność, a współpraca europejskich sojuszników z USA była wzorowa. W latach 90. NATO zaczęło się zmieniać, koncentrując się na operacjach poza swym obszarem – w Afganistanie, u wybrzeży Somalii itd. Hegseth to krytykuje. Wracając do NATO 3.0 - jest też druga strona medalu. Jeśli bowiem lepiej przyjrzeć się tej koncepcji, widać wyraźnie, że nie chodzi wcale o powrót do NATO 1.0., bo wtedy siła odstraszania NATO brała się z dużej obecności wojsk amerykańskich w Europie, a uzupełnieniem tego był potężny amerykański parasol nuklearny. Tymczasem obecna koncepcja Pentagonu zakłada nie tylko znaczące wycofywanie wojsk amerykańskich z kontynentu, ale i stopniowe przekazywania dowództwa oraz zarządzania NATO Europejczykom. Co gorsze, USA planują też wycofywanie z Europy tzw. strategic enablers, czyli zasobów strategicznych, takich jak wywiad wojskowy, satelity, transport powietrzny itd., których państwa europejskie nie posiadają. Europa potrzebuje co najmniej dekady, by je stworzyć. Amerykanie chcą, aby europejscy sojusznicy zaczęli w tej kwestii ściśle współpracować. To także apel do Polski.
PAP: Istnieje ryzyko, że zostaniemy z przysłowiową ręką w nocniku, bo Amerykanie zabiorą to, czego nie mamy, zanim europejska część NATO posiądzie „zdolności strategiczne” do obrony?
K.P.: - Gra toczy się o to, by przekonać administrację Trumpa, by ten proces był rozciągnięty w czasie. Z takim przesłaniem pojechałam miesiąc temu do Waszyngtonu na czele delegacji parlamentarnej krajów bałtyckich, nordyckich i Polski. Rozmawiając z przedstawicielami administracji Trumpa, apelowaliśmy, aby ten proces odbywał się etapami i w sposób uporządkowany, tak aby Europa uzyskała niezbędne zdolności obronne.
PAP: Amerykański parasol atomowy zostaje?
K.P.: - Absolutnie tak. Kiedy byłam z tą grupą w Pentagonie, ludzie Hegsetha zapewniali nas, że „parasol atomowy nie podlega negocjacjom”. A to znaczy, że wszystko pozostaje po staremu. Co ciekawe, wcześniej rozmawiałam na ten temat z przedstawicielami francuskiego resortu obrony w Paryżu. Usłyszałam od nich, że propozycja rozszerzenia francuskiego parasola atomowego na Europę była konsultowana z USA i Amerykanie przyjęli ją bardzo pozytywnie.
PAP: Francuska broń atomowa nie będzie alternatywą wobec amerykańskiej?
K.P.: - Nie, będzie jej uzupełnieniem. Jeśli więc chodzi o amerykański parasol atomowy nad Europą, to sytuacja jest klarowna. Nikt nie podważa tego elementu architektury bezpieczeństwa NATO.
PAP: Czy Polska powinna dołączyć do natowskiego programu „nuclear sharing”? W tej kwestii toczy się pewna gra między rządem a prezydentem.
K.P.: - Każde rozszerzenie obecności Polski w programach czy ćwiczeniach NATO jest korzystne. Jeśli więc byłoby to możliwe, powinniśmy wejść do programu „nuclear sharing”. Polska opinia publiczna musi jednak zrozumieć, na czym polega bycie jego częścią. To, że będziemy brali udział w ćwiczeniach w użyciu broni nuklearnej, nie oznacza, że zyskamy kontrolę nad jej wykorzystaniem. To Amerykanie będą decydować o użyciu głowic atomowych, nawet jeśli w wypadku konfliktu polskie siły powietrzne mogłyby je przenosić.
PAP: Litwa zmienia konstytucję, by móc u siebie gościć amerykańską broń atomową. Polska konstytucja tego nie zabrania, ale wymagałoby to mentalnego przełomu. Czy jesteśmy na to gotowi?
K.P.: - Musiałaby się w tej sprawie odbyć poważna debata. Jeśliby Amerykanie zgodziliby się przechowywać na terytorium Polski swą broń jądrową, to z jednej strony bylibyśmy bezpieczniejsi, stając się częścią amerykańskiego parasola atomowego. Z drugiej strony wzrosłoby jednak ryzyko ataku na Polskę w pierwszej fazie ewentualnej wojny Rosji z NATO. Oczywiście można powiedzieć, że i tak jesteśmy pierwsi na rosyjskiej liście, ale trzeba wyważyć wszystkie „za” i „przeciw”. Niestety, polska polityka stała się tak toksyczna, że nie widzę przestrzeni na taką debatę. Jeśli uznać, że największym wyzwaniem jest zwiększenie wiarygodności odstraszania wobec Rosji, udział w „nuclear sharing” może być racjonalnym krokiem. Jeśli natomiast priorytetem jest minimalizacja ryzyka eskalacji oraz utrzymanie elastyczności dyplomatycznej, można argumentować, że obecne gwarancje NATO i rosnąca obecność wojsk USA w Polsce zapewniają znaczną część oczekiwanych korzyści bez rozmieszczania broni jądrowej. Należy też pamiętać o znacznych kosztach związanych z ewentualnym udziałem w programie. W praktyce, nawet gdyby Polska chciała przystąpić do programu, decyzja nie zależy wyłącznie od Warszawy. Musiałaby zostać zaakceptowana przez NATO i przede wszystkim przez Stany Zjednoczone, które dysponują tą bronią i decydują o jej rozmieszczeniu.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ sdd/ mhr/ ep/