Kończy się proces Marine Le Pen. Czy werdykt wpłynie na jej przyszłość polityczną?
Przed sądem apelacyjnym w Paryżu kończy się w czwartek proces Marine Le Pen, liderki francuskiej skrajnej prawicy, dotyczący fikcyjnych umów dla asystentów posłów jej partii w Parlamencie Europejskim. Wyrok zapadnie w lipcu, ale już teraz ocenia się, że zadecyduje on o przyszłości politycznej Le Pen.
Le Pen została w 2025 r. skazana przez sąd pierwszej instancji za defraudację środków publicznych. Dodatkowo sąd orzekł wtedy wobec niej pięcioletni zakaz ubiegania się o funkcje publiczne. Gdyby sąd apelacyjny potwierdził taki zakaz - czego zażądała prokuratura - Le Pen nie mogłaby startować w wyborach prezydenckich wiosną 2027 r.
Sąd, który wyda wyrok 7 lipca, nie musi kierować się żądaniami prokuratury i teoretycznie mógłby uniewinnić Le Pen. Polityczka powiedziała na początku procesu, że jako osoba wierząca „zawsze wierzy w cuda”. Scenariusz ten wydaje się jednak mało prawdopodobny. Sąd niższej instancji uznał, że zatrudnianie asystentów, którzy zamiast pomagać europosłom skrajnej prawicy w ich pracy w PE wykonywali zadania dla partii, stanowiło cały „system”. Przed sądem apelacyjnym oskarżyciele argumentowali, że podpis Le Pen - z wykształcenia prawniczki - widnieje na umowach.
W najgorszym dla Le Pen scenariuszu, jakim jest zgoda na żądania prokuratury, polityczka otrzymałaby karę czterech lat więzienia, w tym trzech w zawieszeniu. Pozostały rok byłby zapewne zamieniony na noszenie bransoletki elektronicznej. Pięcioletni zakaz udziału w wyborach - gdyby sąd się na niego zgodził - wykluczyłby udział Le Pen w wyborach prezydenckich. Mogłaby ona odwoływać się od wyroku, składając skargę do Sądu Kasacyjnego - i ten zapowiedział już, ze rozpatrzyłby skargę przed wyborami. Jednak ostatnio Le Pen zapowiadała, że decyzję podejmie po wyroku (a więc po 7 lipca), bez czekania na wynik sprawy w Sądzie Kasacyjnym.
Udział liderki skrajnej prawicy w wyborach byłby możliwy w przypadku, gdyby sąd apelacyjny orzekł karę znacznie niższą: gdyby nie została skazana na więzienie, a zakaz ubiegania się o funkcje publiczne wynosił maksymalnie dwa lata. Nawet bowiem zamiana nadzoru na bransoletkę elektroniczną nie pozwoliłaby - jak przyznawali współpracownicy Le Pen - na prowadzenie kampanii. Polityczka musiałaby być w wyznaczonych godzinach w domu i zapewne poddana byłaby ograniczeniom, jeśli chodzi o podróże.
Dwuletni termin zakazu udziału w wyborach oznaczałby dla Le Pen szansę, ponieważ sankcja ta obowiązuje od wyroku sądu pierwszej instancji, czyli od 31 marca 2025 r. Wybory prezydenckie odbędą się między kwietniem i majem 2027 r.
Od pierwszego wyroku przed partią Le Pen, Zjednoczeniem Narodowym (RN), rysuje się perspektywa wysunięcia na wybory innego kandydata - Jordana Bardelli, który jest przewodniczącym partii. Na jego korzyść przemawiają sondaże, w których wyprzedza on nieco pod względem popularności Le Pen. Jak zauważył w środę dziennik „Liberation”, proces Le Pen jest momentem, gdy może rozstrzygnąć się kwestia przejęcia pałeczki w Zjednoczeniu Narodowym przez młodego współpracownika Le Pen.
Byłoby to jednak wyłomem w dziejach skrajnej prawicy, ponieważ partia Le Pen - dawniej nosząca nazwę Front Narodowy - zawsze uważana była za przedsięwzięcie rodzinne, od jej założenia w 1972 r. przez Jean-Marie Le Pena. Nigdy polityk spoza tej rodziny nie był kandydatem partii w wyborach prezydenckich. Do rodziny Le Penów należy z kolei inna, obok Bardelli, polityczka młodego pokolenia - Marion Marechal, prywatnie siostrzenica Marine Le Pen. Formalnie nie należy ona do Zjednoczenia Narodowego i założyła własną partię.
Marine Le Pen startowała w wyborach trzykrotnie: w 2012, 2017 i 2022 r. Za jej dorobek uważa się długoletni proces „oddemonizowania” skrajnej prawicy, która dziś plasuje się wysoko w sondażach. W 2022 r. Le Pen w pierwszej turze wyborów prezydenckich uzyskała 23 proc. głosów, natomiast w drugiej przegrała z obecnym prezydentem Emmanuelem Macronem, uzyskując jednak ponad 40 proc. głosów.
Z Paryża Anna Wróbel (PAP)
awl/ rtt/ kgr/