Martyna Wojciechowska: siła i odwaga nabrały dla mnie wielu odcieni szarości [WYWIAD]
Myśl o Evereście uratowała mi życie – przyznaje w rozmowie z PAP Life Martyna Wojciechowska. Przez dwie dekady jej historia wejścia na „dach świata” była dla wielu opowieścią o odwadze i spełnieniu marzeń. Nowa książka, „Przesunąć horyzont. 20 lat później”, dowodzi jednak, że z perspektywy czasu najważniejsze okazuje się nie to, jak zdobywa się szczyt, ale z czym się z niego schodzi. O cenie marzeń, kruchości i dojrzewaniu rozmawiamy z Martyną Wojciechowską.
PAP Life: Dlaczego teraz? Co musiało się stać, że zdecydowałaś się powrócić do wydarzeń opisanych 20 lat temu w książce „Przesunąć horyzont”?
Martyna Wojciechowska: Wróciłam do tej historii z ogromnego szacunku do moich czytelników i czytelniczek. Często dostawałam sygnały, że książka „Przesunąć horyzont”, która ukazała się w 2006 roku i miała dwa wznowienia, była źródłem inspiracji i wsparcia dla wielu osób, które znalazły się w trudnych życiowych sytuacjach. Gdy wróciłam do tego tekstu, zrozumiałam, jak bardzo zmieniłam się przez te lata, że potrzebne jest opowiedzenie tej historii z wiedzą kobiety o 20 lat starszej, że inaczej widzę pewne rzeczy. Szczególnie te dotyczące mojego zdrowia psychicznego, radzenia sobie z żałobą i traumą.
No i od tamtej pory, czyli od stanięcia na wierzchołku Mount Everestu 18 maja 2006 roku, wiele się wydarzyło. Dopisałam też historię o Koronie Ziemi, czyli zdobyciu siedmiu najwyższych szczytów na siedmiu kontynentach, o tym, co doprowadziło mnie do realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”, o powołaniu do życia Fundacji UNAWEZA i projektu MŁODE GŁOWY, o doświadczeniu macierzyństwa oraz o tym, kim jestem dzisiaj.
PAP Life: W moim odczuciu ta książka jest bardziej surowa.
M.W.: Być może jest bardziej konkretna, dosadna, bo też inaczej potrafię niektóre rzeczy nazwać. Pisząc książkę w 2006 roku, nie używałam pewnych słów, nie przechodziły mi przez gardło. Nie zdawałam sobie też sprawy z niektórych stanów, których doświadczałam. Ale też język opisu traumy i żałoby był zdecydowanie uboższy niż dziś.
Fakty pozostają faktami: w trakcie realizacji zdjęć do programu na Islandii (październik 2004, „Misja Martyna” – red.) doszło do wypadku, w którym zginął mój przyjaciel, a ja złamałam kręgosłup. Proces rehabilitacji fizycznej i psychicznej był bardzo trudny. Ale dziś wiem też, że cierpiałam z powodu depresji, co nie zostało wówczas zdiagnozowane i nazwane. 20 lat temu poziom wiedzy był też inny i dopiero teraz rozumiem, że mogłam wtedy otrzymać fachową pomoc. Poczułam więc, że warto nazwać pewne rzeczy po imieniu.
Była to dla mnie bardzo ważna podróż do siebie samej sprzed 20 lat, dla której bezpośrednim impulsem była moja podróż do Nepalu w 2024 roku. Kiedy znów stanęłam pod Mount Everestem, wróciły emocje, wspomnienia. Zrozumiałam, że czas wrócić do tej historii i się z nią zmierzyć.
PAP Life: Wspomniałaś o tym, jak bardzo czytelnicy domagali się czy też potrzebowali tej książki. A jak bardzo potrzebowałaś jej ty?
M.W.: Nie wiedziałam, że aż tak bardzo. Choć dziś, z ręką na sercu, mogę powiedzieć, że rozpoczynając tę pracę, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Założenie było takie, że książka zostanie zredagowana, pewne fakty należało uzupełnić. Wielu bohaterów, którzy występują na łamach poprzednich wydań, dzisiaj niestety już z nami nie ma – zginęli lub zmarli w różnych okolicznościach i uważałam, że warto oddać im hołd. I dopisać ciąg dalszy tej historii. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że tak głęboko wejdę w tekst, że książka stanie się prawie dwa razy dłuższa. Uznałam też, że muszę naświetlić kontekst pewnych wydarzeń, na przykład jak bardzo organizacja wyprawy różniła się od tego, jak to wygląda obecnie - choćby to, że nie miałam GPS-a, a topografii góry uczyłam się z papierowych map.
Jednak najwięcej wydarzyło się w warstwie emocjonalnej. Dziś zupełnie inaczej widzę moje doświadczenia, traumy, syndrom stresu pourazowego, którego doświadczyłam, a który wracał wielokrotnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. To są te flesze, które się przewijają przez całą książkę. I choć sądziłam, że pewne rzeczy mam przemyślane, zamknięte, przyznaję, że powrót do tych wspomnień wywołał we mnie bardzo silne emocje. Wielokrotnie przerywałam pisanie, potrzebowałam wiele rzeczy sobie poukładać w głowie. Poczułam też, że potrzebuję rozmów, spotkań z ludźmi, którzy byli uczestnikami tamtych wydarzeń. I tak oto pisanie książki stało się podróżą – z jednej strony w głąb siebie, z drugiej do samej siebie sprzed 20 lat. I kiedy już myślałam, że definitywnie zamknęłam ten proces, weszłam do studia, żeby przeczytać audiobooka. I emocje znów wróciły.
PAP Life: Mam wrażenie, że ta surowość, dosadność, dostrzegalna w „Przesunąć horyzont. 20 lat później”, jest niezwykle potrzebna. Bo dziś rzadko mówimy, jaka jest cena sukcesu, chętniej pokazujemy jego blaski.
M.W.: Jesteśmy otoczeni obrazami historii pełnych sukcesu, często zapominając, jaki bywa tego koszt. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie znam metody zdobycia Everestu. Czymkolwiek on jest, bo w książce bardzo wyraźnie piszę, że ta góra jest tylko symbolem różnych wyzwań, z którymi każdy z nas się mierzy.
PAP Life: Czy podczas rekonwalescencji po wypadku na Islandii myśl o Evereście uratowała ci życie?
M.W.: Tak, myśl o Evereście uratowała ci życie. Nie znajdowałam wtedy powodu, żeby rano otworzyć oczy, żeby żyć. A myśl o zdobyciu „góry gór” była moim przesunięciem horyzontu. Nie chciałam tylko wrócić do pełnej sprawności, której według lekarzy miałam już nie odzyskać. Ćwiczyłam z myślą, że będę się wspinać na najwyższą górę świata. Ta zmiana perspektywy spowodowała, że obudziły się we mnie jakieś niebywałe siły witalne, które pozwoliły mi przetrwać.
Sporty ekstremalne czy też, mówiąc bardziej ogólnie, poszukiwanie ekstremalnych doznań, mogą być, i w wielu przypadkach są, ucieczką od różnych emocji, z którymi z różnych przyczyn się nie chcemy zmierzyć. Szukamy emocji większych, które przykryją te, które są dla nas trudne do zaopiekowania. Nie mam wątpliwości, że w moim przypadku był to rodzaj przekierowania uwagi, ucieczki do przodu przed tym wszystkim, co było dla mnie w tamtym czasie zbyt trudne, żeby sobie z tym poradzić.
PAP Life: Twoja myśl o wejściu na Everest wydawała się wtedy dla wielu zapewne absurdalna. Ale odnoszę wrażenie, że nie uznajesz słowa „nie”.
M.W.: Tak (śmiech). To jest jedna z historii o tym, że niemożliwe nie istnieje. Nie znaczy to, że wszystko jest możliwe - wiele przecież zależy od czynników zewnętrznych, od miejsca, w którym przyszliśmy na świat, od okoliczności, w których się znajdujemy. Dla mnie przesuwanie horyzontu oznacza wiarę. Wiarę w to, że nawet w najtrudniejszej sytuacji możesz więcej niż myślisz, więcej niż mówi ci świat. I jest to coś, co mniej lub bardziej świadomie robiłam przez całe życie. Trafiłam w życiu na wiele horyzontów, które wyznaczyły mi inne osoby – często mężczyźni. Na horyzonty określone przez kulturę, w której się wychowałam, normy społeczne. A ja zawsze chciałam znajdować możliwości przesuwania tych horyzontów i zrobienia czegoś, co wiele osób uznawało za niemożliwe.
PAP Life: Czy przez tych 20 lat zmieniło się twoje postrzeganie tego, czym jest siła?
M.W.: Absolutnie tak. Kiedyś uważałam, że siła polega na niezłomności i braku słabości. Rozumiałam to bardzo zerojedynkowo. W tamtym czasie nawet w wywiadach powtarzałam, że trzeba być twardym, nie poddawać się, płakać tylko w samotności, żeby inni nie widzieli, bo mogą to potraktować jako twoją słabość. I przez wiele lat naprawdę w to wierzyłam. Dzisiaj uważam, że siła nie polega na tym, że nie odczuwam strachu, zmęczenia, że nie pozwalam sobie na chwile zawahania. Siła i odwaga z perspektywy lat nabrały dla mnie wielu odcieni szarości.
PAP Life: W jednym z wywiadów wspomniałaś, że jesteś zbudowana z historii innych kobiet. Jaką część własnej historii chciałabyś zaszczepić w innych kobietach?
M.W.: Faktycznie, w pewnym sensie czuję się powierniczką, posłanniczką kobiecych historii – przywożę je z jednego krańca świata i opowiadam na jego innych krańcach. Pokazuję, jak wiele nas łączy – znacznie więcej niż kiedykolwiek nas dzieliło. Traktuję to jak misję, dla mnie bardzo ważną. Natomiast co bym chciała, żeby po mnie zostało? To jest ta iskra, światełko nadziei, które nie gaśnie nawet w trudnych momentach. Być może moja historia albo historia którejś z bohaterek, o których opowiadam, oświetli komuś drogę. Wiem, jak ważne jest ich opowiadanie – dla mnie niejednokrotnie stały się one źródłem wielkiej inspiracji.
Dzięki tym historiom powstała także Fundacja UNAWEZA, a potem projekt „MŁODE GŁOWY. Otwarcie o zdrowiu psychicznym”. Wiem, że każdy z nas ma wpływ na ten świat, na to, jak on wygląda i to mnie napędza do działania. A pozostawiając po sobie jakiś odcisk, chciałabym, żeby był to odcisk życzliwości, akceptacji, zrozumienia, jak ważna jest współpraca, bycie ze sobą. Chciałabym, żeby inni ponieśli tę myśl dalej w świat. (PAP Life)
Rozmawiała Monika Dzwonnik
Książka „Przesunąć horyzont. 20 lat później” ukazała się w maju nakładem Wydawnictwa Agora.
mdn/moc/ag/ep/