MŚ 2026 - triumf reprezentacji USA rozbudził entuzjazm kibiców i apetyt na mistrzostwo
Piątkowy początek amerykańskiej części piłkarskiego mundialu wypadł spektakularnie i sportowo, i kibicowsko. Koncertowa gra gospodarzy wzbudziła ogromny entuzjazm i nieokiełznane ambicje fanów, którzy już zaczęli marzyć o zdobyciu Pucharu Świata.
Po 32 latach mistrzostwa świata w piłce nożnej wróciły do Stanów Zjednoczonych i powrót ten nie mógł się lepiej udać - i to nie tylko pod względem sportowym.
Atmosfera, zarówno pod dachem zachwycającego architekturą stadionu w Los Angeles (na co dzień grają tam drużyny NFL Rams i Chargers) jak i w całym mieście, była elektryzująca, a amerykańscy kibice wypadli równie efektownie jak grający z finezją piłkarze reprezentacji USA. Wśród 70 tys. fanów na stadionie można było spotkać braci Mario, ludzi przebranych w stroje George'a Waszyngtona czy Benjamina Franklina, w maskach orłów, kowbojów oraz całą armię ludzi w barwach biało-czerwonych, niebieskich i denimu.
Kiedy paragwajski pomocnik Damian Bobadilla wbił do własnej bramki pierwszego gola amerykańskiej części mundialu, wrzawa była ogłuszająca, a po drugiej bramce Folarina Baloguna było jeszcze głośniej. Doping, śpiewy i bębnienie amerykańskich „ultrasów” nie ustawały, tak jak przez cały nie ustawały ataki piłkarzy USA. Kiedy zaś Giovanni Reyna dokonał dzieła zniszczenia paragwajskiej kadry ostatnim kopnięciem meczu, ekstaza była kompletna.
Po ostatnim gwizdku - pod stadionem, na ulicach Inglewood (części Los Angeles gdzie mieści się stadion) i w całej metropolii - zaczęło się świętowanie, jak gdyby Puchar Świata już był na wyciągnięcie ręki. I w opinii wielu kibiców, taka perspektywa wcale nie wydawała się nadmiernie optymistyczna. W rzeczy samej, Jonathan, dziennikarz i influencer z Michigan, przyniósł na tę okazję wielką kopię złotego pucharu, którą wraz z tłumem innych kibiców wznosił, skandując „USA! USA!”
- Ten puchar jest tutaj i nigdzie się nie wybiera. Musimy go zatrzymać. Możemy to zrobić i wszyscy amerykańscy fani będą wspierać naszą jedenastkę na boisku - przekonywał.
Z większym sceptycyzmem do sprawy podszedł żołnierz marines James Gonzalez, który na mecz przyszedł z żoną Paragwajką i ich córką. Jego zdaniem po mistrzostwo sięgnie Francja lub Portugalia.
- Jestem ze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Będę z tobą szczery. USA grały wspaniale. Ale ile można mieć szczęścia? Może to był jeden szczęśliwy mecz? Mamy jeszcze Australię, Turcję, a potem europejskie potęgi - przekonywał. - Ale uwielbiam tę dumę. Ta duma jest wspaniała - dodał.
Nieco więcej optymizmu miał Trevor, Kalifornijczyk, który na mecz przyszedł przebrany za Waszyngtona i - jak się okazało - ma też polskie korzenie.
- Jeśli dostaniemy się do ostatniej szesnastki, będziemy mieć szczęście, to wszystko może się zdarzyć (...) możemy dotrzeć do półfinału, a nawet finału. Mało prawdopodobne, ale jest szansa - mówił. - Kibicuję Polsce w wolnym czasie, ale póki co: jazda USA! - krzyczał.
Wiarę w amerykańską kadrę fani mieli jeszcze przed meczem. Mario i Luigi, posiadający włoskie korzenie bracia z Michigan - i przebrani za braci z popularnej gry - uważali, że ich zespół może zdobyć puchar.
- Chcemy, żeby wygrali. Pewnie mogą to zrobić. Powiemy to: chcemy, by wygrali wszystko... mówiąc ostrożnie - zaznaczył Mario. - Musimy zajść dalej niż doszliśmy do tej pory - dodał Luigi.
Jak przyznali, na bilet na mecz z Paragwajem - koszt to ponad 800 dol. - wydali „zbyt dużo monet”, ale uczestnictwo w mundialu jest „totalnie tego warte”.
Podobnie uważa Becca, która wraz z siedmioletnim synem Isaakiem uznaje się za megafankę amerykańskiej drużyny narodowej.
- Oczywiście, chcę żeby wygrali (mistrzostwo). Chciałabym to zobaczyć za mojego życia. Dlaczego nie my? - pytała retorycznie. - Ale nie będę zła, jeśli awansują do 1/16 i będą dobrze grać.
- Chcę, żeby wygrali, a przynajmniej awansowali do finału - dodał Isaac.
Z Los Angeles Oskar Górzyński (PAP)
osk/ cegl/ af/ grg/