Pierwsi zdobywcy Everestu zimą Cichy i Wielicki: rozpoczęliśmy polską złotą erę

2020-02-17 10:17 aktualizacja: 2020-02-17, 13:37
Warszawa, 17.02.2015. Leszek Cichy (L) i Krzysztof Wielicki (P) z pamiątkowymi zdjęciami podczas konferencji prasowej w Warszawie w 35. rocznicę ich pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Warszawa, 17.02.2015. Leszek Cichy (L) i Krzysztof Wielicki (P) z pamiątkowymi zdjęciami podczas konferencji prasowej w Warszawie w 35. rocznicę ich pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, którzy 40 lat temu zimą jako pierwsi zdobyli najwyższą górę globu - Mount Everest, zgodnie uważają, że ich wejście miało znaczenie historyczne dla całego środowiska alpinistycznego i zapoczątkowało polską złotą erę eksploracji Himalajów.

PAP: 40 lat temu, dokładnie 17 lutego 1980 roku, jako pierwsi w historii zdobyli panowie zimą najwyższy (8848 m) szczyt świata. Jaki wpływ na panów karierę wysokogórską i życie osobiste miało to spektakularne wydarzenie?

Leszek Cichy: To było przede wszystkim historyczne, polskie wejście na Everest, pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty zimą. Zapoczątkowało naszą, polską eksplorację Himalajów i wielką erę w górach najwyższych. Przełamywaliśmy bariery jako pierwsi na świecie. Na pewno miało też wpływ na nas, ale traktowaliśmy to jako coś wielkiego dla Polski. Krzysztof poszedł w kierunku walki o Koronę Himalajów i Karakorum, zdobywając jako piąty w historii wszystkie 14 ośmiotysięczników, a ja po pewnej przerwie spowodowanej intensywną pracą zawodową najpierw na uczelni, a potem w banku, podjąłem wyzwanie zdobycia Korony Ziemi, czyli najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Cel mniej ambitny, ale chyba ciekawszy. W życiu prywatnym uniknęliśmy - co ważne - tzw. wody sodowej. Myśl o tym, że byłem na Evereście zimą pomagała w zmaganiach z trudną sytuacją, kryzysem, jaki mieliśmy w peerelowskiej Polsce lat 80.

Krzysztof Wielicki: Nie patrzę na to, jak na wyczyn indywidualny, tylko jak na sukces zbiorowy. To jest wielka wartość. Zakończyliśmy to, na co pracowali wszyscy uczestnicy wyprawy. Myślę, że zdobycie Everestu miało większy wpływ na całe polskie środowisko alpinistyczne niż na nas, choć oczywiście nie było dla nas obojętne. Pokazaliśmy, że możliwa jest eksploracja o tej porze roku. Historia udowodniła, że tak rozpoczęła się złota era polskiego zimowego himalaizmu. Zdobyliśmy jako pierwsi i bardzo szybko sześć kolejnych szczytów ośmiotysięcznych właśnie o tej porze roku. Nie miałem żadnego ośmiotysięcznika przed Everestem, więc z tego punktu widzenia to był dla mnie ważny sygnał, iż mogę działać w górach najwyższych. Zrozumiałem, że droga na ośmiotysięczniki jest przede mną, bo dobrze się czuję na tej wysokości.

PAP: Co najbardziej utkwiło panom w pamięci z ataku szczytowego i z całej wyprawy, w której brało udział 20 czołowych polskich alpinistów tego okresu?

L.C.: Z ataku szczytowego kilka rzeczy. Wchodziliśmy inną drogą niż schodziliśmy, bardziej osłoniętą od wiatru. W powrocie natrafiliśmy na ciało Hannelore Schmatz, Niemki, która zamarzła po zdobyciu Everestu jesienią 1979 r. Z nią zginął wówczas też Amerykanin Ray Genet, którego ciała nie odnaleziono. Z kolei w drodze na szczyt znaleźliśmy ślady po ich biwaku. To wszystko zrobiło na nas duże wrażenie i dopingowało dodatkowo, by schodzić jak najszybciej. Przez kilka dni ataku szczytowego zamieniliśmy z Krzysztofem może z pięć zdań. Gdy zeszliśmy do obozu drugiego, gdzie czekał na nas Andrzej Zawada i Andrzej "Zyga" Heinrich, "Lider" wyjął dyktafon i mówi: "Jak było chłopaki, opowiadajcie" i przez dwie godziny mówiliśmy non stop. Jedną z nietypowych rzeczy, którą miałem w plecaku na Evereście był... klucz francuski. Musiałem nim odkręcić reduktor z pustej butli tlenowej, bo był cenny jak na ówczesne warunki. Przypomniałem sobie o nim dopiero teraz, pisząc ostatnią książkę.

- Na szczycie pełne skupienie. Żeby zwyciężyć, trzeba zejść - tak myśleliśmy. To był zresztą tytuł mojego artykułu o Evereście do jednej z polskich gazet. Zejście miało swoją dramaturgię, nie tylko przez napotkane ślady poprzedniej wyprawy. Koledzy nie wiedzieli, co się z nami dzieje, bo łączyliśmy się radiotelefonami z bazą co 12 godzin. Pamiętam też radość kolegów, gdy wchodziliśmy na wierzchołek, co widać na filmie z bazy i to, jak nas powitano na dole - wszyscy rzucali się nam na szyję. No i te torty z naszymi imionami. Zrewanżowaliśmy się kamieniami z wierzchołka. Przynieśliśmy ponad kilogram i wyłożyliśmy na tacy, na wacie, dla każdego po jednym.

K.W.: Zespołowość - do końca nie było wiadomo, kto będzie atakował wierzchołek, wszyscy pracowali równo, nie było liderów, oprócz... "Lidera" Zawady. Kiedy władze Nepalu przedłużyły termin zezwolenia o dwa dni, czuliśmy z Leszkiem takie psychiczne, wirtualne ciśnienie kolegów z bazy i obozów, że to my mamy zdobyć szczyt. To się wyczuwało w rozmowach radiowych. Pamiętam swoje problemy z odmrożonymi stopami i to, że na szczycie była pełna koncentracja, a nie euforia. To nasza pierwsza wspólna wspinaczka z Leszkiem i od razu tak udana.

Fot. PAP/Infografika/Małgorzata Latos, Adam Ziemienowicz

PAP: 40 lat temu była inna epoka himalaizmu i eksploracji gór wysokich. Byliście panowie 100. (Cichy) i 101. (Wielicki) człowiekiem na Evereście, który zdobyło już w sumie kilka tysięcy ludzi. Sprzęt był też prehistoryczny. Z jakiego elementu stroju, wyposażenia śmieją się dziś panowie najbardziej patrząc na film i zdjęcia z 1980 roku?

L.C.: Buty. To był polski prototyp, według projektu Zawady. Były niezłe, ale miały kilka niedoskonałości: za miękkie z zewnątrz, na warstwie korka, który izolował, ale sprawiał, że chodziło się jak na koturnach. Zamiast ubrań z gore-texu, spodnie z sukna wełnianego, swetry i nabłyszczane nylony. Drugi postęp technologiczny to łączność. Teraz są małe i wygodne mikrofony przypięte do kołnierza czy telefony satelitarne, które pozwalają na określenie pogody z nieprawdopodobną precyzją. My mieliśmy dwuipółkilogramowe GOPR-owskie radiotelefony +Klimki+ i lokalną prognozę pogody... po wyjściu z namiotu i spojrzeniu na niebo i szczyt. Wtedy wiedzieliśmy, czy wieje, czy nie. Przy tzw. oknie pogodowym wychodziliśmy równolegle w 8-10 osób w dwójkowych zespołach, by jak najwięcej zabrać, by móc kontynuować akcję w kolejnych obozach. Dziś, po tych 40 latach, wszyscy się dziwią, jak przy ówczesnym sprzęcie udało nam się osiągnąć ten sukces...

K.W.: Kurtki, a w zasadzie kurteczki ortalionowe, o których Zawada mówił: "Czy macie skafandry?". Chyba z lotnictwa wziął tę nazwę. Dziś nikomu nie przeszłoby do głowy, by w czymś takim walczyć o ośmiotysięcznik i to zimą. Pamiętam też swoje okulary - zamiast górskich miałem... spawalnicze. Ale miały swoje zalety... Niewiele przez nie było widać, ale poza tym świetnie chroniły oczy przed warunkami atmosferycznymi. Jak patrzę na zdjęcia z Everestu to mówię: po prostu okulary-cudo. W ogóle oceniając nasze wyposażenie nasuwa się jedna refleksja - to nie +narzędzia+, ale człowiek jest w himalaizmie najważniejszy.

PAP: Jakie pamiątki z wyprawy mają panowie do dziś?

L.C.: Karabinek, czyli podłużny, metalowy pierścień, element układu asekuracyjnego, po zaginionym Genecie, zabrany z miejsca biwaku Amerykanina i Niemki, w okolicy szczytu. Kamień z wierzchołka, specjalnie oprawiony, dokładnie w kształcie Everestu. Przez 25 lat miałem też słynną kartkę pozostawioną przez Geneta: "Jak chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat... ", ale na 25. rocznicę oddałem ją do Muzeum Sportu i Turystyki. Mam natomiast sweter i buty. Przy kolejnych przeprowadzkach domowych, gdy coś znajdę związanego z tą historyczną wyprawą, oddaję do muzeum.

K.W.: Miałem... Nie przykładałem wagi do żadnych everestowskich rzeczy, to był mój błąd. Miałem przez długi czas czekan, nagrodę za Everest, model Manaslu, prosty z zieloną rączką, dobry, ale zgubiłem go w trakcie wspinaczki na K2. Leszek pomyślał o kamieniach ze szczytu. Miałem kamień, ale już nie mam, bo oddałem do Muzeum Sportu i Turystyki. Nie zostało mi nic materialnego, ale oczywiście są wspomnienia. I to jest najważniejsze. Reszta przeminie, wszystko kiedyś będzie zutylizowane. Pamięć o tamtym wydarzeniu jest najważniejsza!

PAP: Co panowie czuli na szczycie Everestu, w końcu najwyższej góry globu zdobytej po raz pierwszy zimą?

L.C.: Byliśmy bardzo skupieni, tym bardziej że droga na główny szczyt jest długa z kilkoma śnieżnymi kulminacjami. Nie było flag na wierzchołku, więc trudno było ocenić z odległości, który to jest ten najwyższy punkt. Wiedzieliśmy, że nie możemy sobie pozwolić na dekoncentrację, więc nie było gratulacji i radości. W rozmowie ze szczytu przez radiotelefon słychać to zresztą, gdy mówię z pewnym zawieszeniem głosu: "Do zobaczenia, do zobaczenia", odpowiadając na słowa Zawady: "Uważajcie, bądźcie ostrożni". Nurtowała nas niewypowiedziana myśl, czy znajdziemy nasz namiot na Przełęczy Południowej, przestrzeni wielkości dwóch boisk piłkarskich, i czy namiot będzie nadal na swoim miejscu. Przed wyjściem naładowaliśmy do środka puste butle i inne rzeczy, żeby go obciążyć, ale nie było pewności, że będzie stał i że go znajdziemy. Do dziś pamiętam swoje emocje. Byłem szybciej w obozie IV. W namiocie włączyłem maszynki do topienia śniegu i to żółto-niebieskie światło naprowadziło Krzysztofa. Nie szedł łukiem, jak prowadziła droga na przełęcz, ale zaczął schodzić wprost. Zjechał na tyłku po lodzie ileś metrów i rozdarł puchowe spodnie. Owiany tym puchem wszedł do namiotu...

K.W.: Nic szczególnego. Potem, niżej to była radość i satysfakcja z tego, że tworzymy historię światowego himalaizmu. Powiem więcej, mieliśmy głód pisania po tym, jak z powodów politycznych i ekonomicznych ominęła nas wielka era pierwszych wypraw i wejść na ośmiotysięczniki z lat 50. i 60. XX wieku. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera górska, gdyby nie Everest. Wiedziałem jednak podczas wyprawy i na szczycie, że najwyższa góra świata nie była dla mnie celem samym w sobie, tylko elementem pasji. Góry pozostają pasją do dziś i wypełniają moje życie.

PAP: Ile razy opowiadali panowie na prelekcjach i spotkaniach o wyprawie z 1980 r.? Czy Everest się panom śni?

L.C.: Co najmniej kilkanaście razy rocznie, czasami kilkadziesiąt, i to od tylu lat... To daje setki spotkań, może nawet około tysiąca? I każde jest inne. Nigdy nie mówię tego samego. Przez kilkanaście lat byłem nauczycielem akademickim, wykładałem na Politechnice, więc dobrze czuję się podczas prelekcji. Everest śni mi się bardzo rzadko, prawie wcale. Znacznie częściej K2 - pewnie dlatego, że nie zdobyłem tego pięknego szczytu...

K.W.: Nie liczę prelekcji, pewnie ponad setka się uzbierała... Cenię to, czego dokonaliśmy w 1980 r., ale inne moje wyprawy, osiągnięcia bardziej zapisały się w pamięci i pod względem sportowym mają dla mnie większe znaczenie. Everest nigdy mi się nie przyśnił. Owszem inne wyprawy, a raczej sytuacje z nich tak, ale najwyższa góra świata - nie.

PAP: Czy jest coś, co zachowali panowie dla siebie, o czym publicznie nie mówią opowiadając o zimowym wejściu na Czomolungmę, jak zwana jest góra w języku tybetańskim?

L.C.: Są osobiste odczucia, którymi nigdy się nie dzielę. Nie uczyniłem tego też w najnowszej książce pt. "Gdyby to nie był Everest", która miała premierę kilka tygodni temu i wiem, że została bardzo dobrze przyjęta przez kolegów i czytelników. Niech coś zostanie dla nas.

K.W.: Oczywiście, m.in. kwestie rodzinne. Patrząc z dzisiejszej perspektywy nasze zachowanie, wyjazdy w góry najwyższe na długie miesiące to był pewien egoizm, ale sukces zawsze niesie pewne koszty. To trudny temat... Wtedy sądziliśmy, że uczestniczymy w misji budowania renomy polskiego alpinizmu, choć takie tłumaczenie do końca się dziś nie broni z punktu widzenia rodziny, bliskich. Dziś widzę jednak wagę zimowego zdobycia Everestu, ale wtedy aż tego tak nie docenialiśmy w ciężkich latach PRL-u.

Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)

olga/ pp/

TEMATY: