Finał 24. Flisu Odrzańskiego w Szczecinie

2020-07-11 14:52 aktualizacja: 2020-07-11, 15:56
Skromniejszy niż zwykle Flis Odrzański – z dwoma galarami zamiast tradycyjnej tratwy – przypłynął w sobotę do Szczecina. Przebywając blisko 500-kilometrową trasę flisacy co roku przypominają, jak wielkie znaczenie ma rzeka.

"Sytuacja ogólnoświatowa nie pozwoliła nam, niestety, zbić drzewa, sytuacja pogodowa i wysoki stan wód nie pozwoliły nam spławić tratwy, w związku z tym uruchomiliśmy nasze stare zasoby leżące w ogródkach, odbudowaliśmy drewniane galary, repliki XIV-wiecznych statków i dwiema takimi flagowymi jednostkami – niepozornie wyglądającymi, ale bardzo dzielnymi – spłynęliśmy z Urazu poniżej Wrocławia Odrą do Szczecina" – powiedział w sobotę dziennikarzom Arkadiusz Drulis z Polskiego Cechu Flisaków, Szkutników i Sterników.

Flisacy, z towarzyszeniem łodzi i motorówek, przepłynęli blisko 500 kilometrów, zatrzymując się po drodze w nadodrzańskich miejscowościach, w których – jak podkreślali – byli przyjmowani bardzo ciepło.

"W wielu miastach widać powrót ludzi nad rzekę, niezależnie od pogody. Nie tylko wędkarze, ale i zwykli ludzie przychodzą odpoczywać, zwiedzać, oglądać, cała rzeka odżywa. W stosunku do tego, co widziałem 15 lat temu, to niesamowita zmiana" – podkreślił Drulis. Dodał, że czeka na możliwość zawodowego wykorzystania Odry, dzięki czemu będzie mogła odżyć.

Tegorocznemu flisowi nadano imię Elżbiety Marszałek, inicjatorki ekspedycji. "Teraz doceniamy to, co zrobiła dla rzeki, ile powstało nowych marin, ile przystani w wioskach" - wskazał retman flisacki Mieczysław Łabęcki.

Sama patronka, witając uczestników flisu powiedziała, że jest otoczona "wspaniałymi przyjaciółmi, na których można polegać, i którzy wspólnie tworzą to dzieło". "Jesteśmy jedną wielką rodziną na Odrze. W ciągu tygodnia – gdy zapadła decyzja, że flisacy chcą płynąć – załatwiliśmy tak wielką imprezę, która może się udać tylko wtedy, kiedy ma się prawdziwych przyjaciół" – podkreśliła Elżbieta Marszałek.

Wspominając pierwsze flisy mówiła, że nie było wówczas takiego, jak dziś, zainteresowania rzeką. "Nie było nawet dróg, nawet ścieżek, przybijaliśmy do tzw. trawki, bo nie było gdzie. To wszystko się zmieniało i zaczęło ożywać. Ludzie zrozumieli, że mieszkają nad rzeką i może być ona ich przyjacielem" – zaznaczyła.

Dwa płaskodenne galary, zgodnie z tradycją, według której jednostki takie były wykorzystywane do jednorazowego transportu towarów, a następnie sprzedawane na drewno, zostaną rozebrane.

Flisacy zapowiadają, że w przyszłym roku ekspedycja odbędzie się już tradycyjnie, z tratwą. (PAP)

autorka: Elżbieta Bielecka