Ekspert: walki o Górski Karabach mogą doprowadzić do zmiany układu sił w regionie

2020-09-30 11:19 aktualizacja: 2020-09-30, 11:25
Walki między Azerbejdżanem i Armenią o Górski Karabach - nz. siły zbrojne Azerbejdżanu. Fot. PAP/EPA/AZERBAIJAN DEFENCE MINISTRY
Walki między Azerbejdżanem i Armenią o Górski Karabach - nz. siły zbrojne Azerbejdżanu. Fot. PAP/EPA/AZERBAIJAN DEFENCE MINISTRY
Walki między Azerbejdżanem i Armenią o Górski Karabach mogą doprowadzić do gruntownej zmiany układu sił w regionie - twierdzi ekspert OSW Krzysztof Strachota, zwracając uwagę na znaczenie roli Turcji i Rosji w najpoważniejszej od lat odsłonie toczącego się od kilku dekad konfliktu.

Wydaje się, że Azerbejdżan podjął próbę siłowego rozwiązania konfliktu o Górski Karabach i zrobił to przy wsparciu ze strony Turcji, co pokazuje, że stawką jest w pewnym sensie pozycja Rosji i Turcji na Kaukazie - ocenił w rozmowie z PAP specjalista z warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich.

Toczące się od niedzieli walki są najbardziej intensywne od zakończenia w 1994 roku regularnej wojny między Azerbejdżanem i Armenią o teren Karabachu - zaznacza Strachota podkreślając jednocześnie, że konflikt między tymi państwami nigdy nie wygasł, a do starć zbrojnych o różnym nasileniu dochodziło regularnie przez kolejnych 26 lat.

Historia konfliktu o Górski Karabach sięga czasów ZSRR, a w 1992 roku przerodził się on w otwartą wojnę, która pochłonęła życie ok. 30 tys. ludzi. Od 1994 roku oficjalnie trwa rozejm, a na zamieszkanym przez Ormian, ale formalnie należącym do Azerbejdżanu terytorium funkcjonuje nieuznawana przez społeczność międzynarodową i zależna od Armenii Republika Górskiego Karabachu.

Zdaniem analityka OSW szeroko zakrojone, ofensywne działania wojsk azerskich przeprowadzone w niedzielę pokazują, że to po tej stronie znajduje się realna inicjatywa. Obie strony wzajemnie obwiniają się o sprowokowanie obecnych starć, ale to Azerbejdżan uruchomił bezprecedensowe środki i osiągnął, jak na razie, dość ograniczony sukces militarny zajmując sześć wsi i strategicznie położone wzgórze kontrolowane wcześniej przez przeciwnika - zauważa Strachota.

Rozmówca PAP przyznaje jednak, że walki toczone w poniedziałek i wtorek ograniczały się głównie do ostrzału artyleryjskiego i rakietowego, natomiast nie zauważono znaczących ruchów wojsk, czyli azerskie działania ofensywne zostały wstrzymane.

Przedstawiając szczegóły działań w Górskim Karabachu ekspert zaznacza, że do wszystkich informacji z regionu trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, gdyż ze względu na silne zmilitaryzowanie tego terenu, brak niezależnych dziennikarzy i obserwatorów jesteśmy skazani na oficjalne komunikaty stron konfliktu, które zazwyczaj zawyżają straty zadane przeciwnikowi. Dodatkowo oba państwa prowadzą intensywne działania dezinformacyjne.

Z takimi zastrzeżeniami Strachota komentuje pojawiające się doniesienia o pomocy militarnej udzielanej Azerbejdżanowi przez Turcję, w tym o udziale w walkach tureckiego lotnictwa oraz sprowadzanych z Syrii bojowników. "Turcja konsekwentnie opowiada się po stronie Azerbejdżanu w konflikcie z Ormianami; deklaruje pełne poparcie dla jego działań; kraje od wielu lat blisko współpracują na płaszczyźnie politycznej i militarnej, ale realne zaangażowanie Turcji w toczące się działania wojenne jest wyłącznie sferą domysłów, na które nie mamy dowodów" - mówi analityk.

Ekspert przedstawia dwa możliwe scenariusze dalszego przebiegu konfliktu

Ekspert zwraca jednak uwagę, że starcia w Górskim Karabachu można też rozpatrywać jako element szerszego konfliktu interesów między starającą się poszerzyć swoje wpływy na Kaukazie, prowadzącą coraz bardziej stanowczą politykę zagraniczną Turcją a Rosją, uważającą ten region za swoją tradycyjną strefę wpływów.

Azerbejdżan występuje tutaj jako bliski sojusznik Turcji. Stosunki między Armenią a Rosją są bardziej skomplikowane, ale te dwa kraje pozostają w formalnym sojuszu, chociaż relacje między Moskwą i Erywaniem są od czasu przejęcia władzy w Armenii w 2018 roku przez rząd premiera Nikola Paszyniana nieco chłodniejsze - wyjaśnia specjalista z OSW.

Dlatego jak na razie Rosja zachowuje się dość wstrzemięźliwie, nawołuje do pokoju i nie angażuje się w konflikt, jeśli jednak potwierdziłyby się informacje o zestrzeleniu przez tureckie lotnictwo armeńskiego samolotu nad terytorium tego kraju, albo doszłoby do intensyfikacji działań Azerbejdżanu, a zwłaszcza Turcji, Moskwa musiałaby podjąć bardziej stanowcze działania - przekonuje analityk.

Strachota przedstawia dwa możliwe scenariusze dalszego przebiegu konfliktu. W pierwszym intensywność walk stopniowo się zmniejsza, mają one charakter pozycyjny, konflikt nie wygasa, ale jego temperatura wraca do poziomu sprzed wybuchu niedzielnych starć. Jest to optymalny dla Rosji wariant, w którym Moskwa zachowuje wpływy w regionie i nie dochodzi do gwałtownej zmiany układu sił na Kaukazie.

Eskalacja konfliktu w Górskim Karabachu może doprowadzić do zmiany układu sił w regionie

Według eksperta drugą możliwością jest eskalacja konfliktu przez Azerbejdżan, który mógłby w całości wykorzystać swoją przewagę militarną nad Armenią. Gdyby wojska azerskie osiągnęły znaczący sukces, albo w konflikt aktywnie włączyła się Turcja, Rosja musiałaby dość ostro zareagować przeciwko tym państwom - przewiduje Strachota.

W takiej sytuacji prawdopodobnie doszłoby do manifestacyjnego wzmocnienia rosyjskiego kontyngentu wojskowego w Armenii, czy przejęcie obrony przestrzeni powietrznej tego kraju przez siły rosyjskie lub podobnych działań - tłumaczy Strachota. Jego zdaniem niebezpieczeństwo takiego rozwoju wydarzeń polega na tym, że Kaukaz stałby się, podobnie jak Syria i Libia, terenem rywalizacji między Turcją a Rosją.

W ostatnich latach stosunki między tymi państwami są bardzo burzliwe, wahając się od bliskiej współpracy po niemal otwarty konflikt zbrojny, co jest szczególnie widoczne właśnie w Syrii i Libii - ocenia analityk OSW.

Eskalacja konfliktu w Górskim Karabachu może więc doprowadzić do zmiany układu sił w regionie, a pośrednio, w zależności od intensywności konfliktu, do poważnych konsekwencji w innych częściach świata - ostrzega Strachota.

Jerzy Adamiak (PAP)