Minister Czarnek w rozmowie z PAP: nauczyciel musi znów być autorytetem i dla dzieci, i dla rodziców

2021-08-28 08:42 aktualizacja: 2021-08-28, 11:42
Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek Fot. PAP/Radek Pietruszka
Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek Fot. PAP/Radek Pietruszka
Nauczyciel musi znów być autorytetem i dla dzieci, i dla rodziców – mówi w rozmowie z PAP minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. I zapowiada kilkudziesięcioprocentowe podwyżki dla pedagogów, odbiurokratyzowanie ich pracy tak, by mogli więcej czasu spędzać z dziećmi

PAP: Eksperci alarmują, że zamknięcie dzieci i nastolatków w domach, jak to się działo w szczycie pandemii, posadzenie ich na wiele godzin przed monitorami, odcięcie od realnych z kontaktów z rówieśnikami spowodowało, że pogorszyła się ich kondycja psychiczna. Wzrosła liczba depresji w tej grupie wiekowej, wielu młodych uzależniło się od cyfrowego świata, nie potrafi funkcjonować w tym prawdziwym… Sami nauczyciele także podupadli na psychice…

Minister Przemysław Czarnek: …muszę przerwać, bo to jest nierealistyczne przedstawianie świata, niczym jakiegoś horroru. A taki przecież nie jest. Jak rozmawiam z nauczycielami słyszę od nich raczej, ile dobrego zrobił dzieciom powrót do szkół na te ostatnie sześć tygodni przed wakacjami. Obserwacja zachowania dzieci i młodzieży przez te sześć tygodni nie wskazuje wcale na to, żeby w nastąpiła jakaś totalna zapaść. Byłbym więc ostrożny w ferowaniu takich sądów, kreśleniu makabrycznych obrazów, bo efekt może być taki, że wmówimy dzieciom, jak to bardzo jest z nimi źle. A nie jest. Owszem, na skutek pandemii i zamknięcia w domach pojawiły się i spotęgowały się problemy, ale tylko u części dzieci i młodzieży, nie u wszystkich i nie u większości.

PAP: Nie twierdzę, że u wszystkich, ale problem istnieje. Czy dla tej – mniejszej bądź większej – grupy uczniów, którzy jednak mają kłopot ze swoją psyche, pański resort planuje jakieś wsparcie?

P.C.: Powtarzam. Niewątpliwie u części dzieci i młodzieży pogłębiły się problemy z psychiką, co wynika z wielu różnych powodów, nie tylko nauczania zdalnego, ale także choćby z powodu kłopotów rodzinnych czy ciągłego korzystania z internetu. Oni więc niewątpliwie potrzebują wsparcia. Dlatego finansowanie całości pomocy psychologiczno-pedagogicznej zwiększyło się w tym roku do kwoty 1 mld 580 mln zł. To o 50 milionów złotych więcej niż w ub. roku. Dodatkowo realizowany jest właśnie Program wsparcia psychologiczno-pedagogicznego dla uczniów i nauczycieli w pandemii.  To oznacza 15 mln zł więcej na dodatkowy model pomocy: planujemy szkolenia i kursy dla nauczycieli, a poprzez nauczycieli pomoc dla uczniów wszystkich szkół, gdyż oczywiście nie jest możliwe, abyśmy do każdego dziecka dotarli z psychologiem. Pracuje nad tym dodatkowym programem Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego wraz z Fundacją Polskiej Akademii Nauk. W tym półroczu będzie realizowany, jako jeden z czterech elementów wsparcia dzieci i młodzieży po COVID-zie, w ramach Polskiego Ładu. Ale jeszcze raz powtórzę: nie twórzmy świata niczym z horroru. Zwłaszcza, że znakomita większość najmłodszych Polaków dobrze sobie poradziła w tym trudnym czasie, a możliwość powrotu do szkół sprawiła, że wrócili do normalności, odżyli. Tak nawiasem mówiąc, ja na ten powrót do ławek usilnie namawiałem, nalegałem, narażając się czasem specjalistom od epidemiologii, że już nie wspomnę o liście protestujących przeciwko wznowieniu zajęć stacjonarnych, pod którym podpisało się pół miliona uczniów. Ciekawe, kto ich do tego namówił? Myślę jednak, że nawet jego sygnatariusze są dziś zadowoleni z tego, że znów spotkają się w klasach z rówieśnikami, odnowią przyjaźnie, wejdą w prawdziwe relacje społeczne i że ten proces rozpoczęli już przed wakacjami.

PAP: Ja także się cieszę, że dzieci wracają do prawdziwej szkoły i mam nadzieję, że ta IV fala będzie faktycznie łagodna, że nie grozi nam powrót do nauki zdalnej. Gdyby jednak tak się stało, czy jesteście państwo gotowi na czarne scenariusze? Czy rozważacie jeszcze większe skondensowanie programów, jeszcze krótsze lekcje, gdyż spędzanie długich godzin przed komputerem jest dla młodych mózgów zabójcze, nie mówiąc już o tym, że nie ma z tego żadnego pożytku, bo dzieciaki nie są w stanie zakodować tego, co przez 45 min. mówi do nich nauczyciel.

P.C.: Zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego już u progu nauki zdalnej zdecydowaliśmy, że lekcje w trybie zdalnym mogą być skracane właśnie do 30 minut. Szkoły miały więc – i mają, jeśli zły scenariusz miałby się spełnić w jakiejś przyszłości – taką możliwość.

PAP: Jak, pana zdaniem, powinny wyglądać zajęcia wychowania fizycznego w nowym roku szkolnym? W zlecenia ministerialnych stoi m.in., żeby unikać sportów kontaktowych.

P.C.: Dobrze, że pani porusza ten temat – to są właśnie zalecenia, a nie obligatoryjne przepisy prawa. Jak będą wyglądały lekcje wu-efu to zależy od dyrektorów szkół, od poszczególnych nauczycieli. Natomiast zalecamy, aby – tak długo, jak pogoda na to pozwoli – odbywać te zajęcia na świeżym powietrzu. Choćby z tego powodu, że na otwartej przestrzeni ryzyko zakażenia się koronawirusem jest dużo niższe, niż w zamkniętych pomieszczeniach. Jeśli nauczyciel wybierze ćwiczenia na sali, zalecamy jej częste wietrzenie (spadek ryzyka o 20 proc.). Aby lekcje wychowania fizycznego były nie tylko bezpieczne, ale także atrakcyjne, szkolimy – to znaczy robią to specjaliści z Akademii Wychowania Fizycznego – 40 tys. nauczycieli tego przedmiotu. Stawiamy nacisk, żeby na zajęciach dominował ten rodzaj ruchu, taka aktywność, które są najbardziej efektywne dla odzyskiwania kondycji, bo zdajemy sobie w resorcie sprawę z tego, że bardzo ona ucierpiała w społeczeństwie przez ostatnie miesiące pandemii – także u najmłodszych. Chcemy, by odzyskali formę i sprawność.

PAP: Moim zdaniem przykładem powinien być sposób kształcenia tężyzny fizycznej stosowany w islandzkich placówkach oświatowych. Tam dzieci, nawet przedszkolaki, deszcz czy mróz, oczywiście odpowiednio ubrane, spędzają dużo czasu podczas zajęć na dworze. Nie tylko na wu-efie.

P.C.: Osobiście jestem za. Ale jako, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, poprosiłem o pomoc ludzi, którzy się na tym znają. Wiem, że prowadzone przez nich szkolenia są na bardzo wysokim poziomie i nauczyciele – zarówno wychowania fizycznego, jak i wychowawcy klas I-III - bardzo je sobie chwalą. Dzięki temu wiedzą, jak w sposób efektywny i atrakcyjny jednocześnie prowadzić zajęcia w tym specyficznym czasie. O tej atrakcyjności mówię nie bez powodu, gdyż w zajęciach jest wkomponowany także komponent psychologiczny – jak sprawić, żeby dziecko chciało, a nie tylko musiało ćwiczyć. Aby sprawiało mu to co najmniej satysfakcję.

PAP: Zdradził pan w czwartek na antenie Polsat News, że MEiN pracuje nad zmianami w szkołach, które mają się sprowadzać do trzech kwestii: nauczyciel bardziej dla dzieci, mniej biurokracji, za to więcej pieniędzy dla pedagogów. Byłby pan uprzejmy rozwinąć te hasła? Ciekawa jestem, czy teraz rodzic będzie mógł dowolnego dnia przyjść do szkoły po pracy, np. po 16, i mieć gwarancję, że zastanie tam nauczyciela, z którym będzie mógł porozmawiać o swoim dziecku?

P.C.: To są szczegóły, które na pewno nie będą przeze mnie regulowane, przecież to nie ja będę wyznaczał nauczycielom godziny pracy. Dlatego nie obiecam, że w każdej miejscowości, w każdej szkole któryś z pedagogów będzie codziennie o 16.00 czekał na rodziców. To nie jest rola ministra edukacji. Natomiast, jeśli nauczyciele, a przede wszystkim związki zawodowe twierdzą, że nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo, a podstawowe pensum przy tablicy, które wyrabia może jakaś połowa nauczycieli, to 18 godzin, to gdzie się podziewają te 22 godziny? Jeśli odejmiemy od tych 22 godzin czas, jaki poświęcają na sprawdzanie zeszytów, klasówek i przygotowywanie się do zajęć, to zostanie nam jeszcze kilka, nawet kilkanaście godzin. Nauczyciele bardzo narzekają na biurokrację, która zajmuje im wiele czasu – że muszą wypełniać różne sprawozdania, ankiety, pisać konspekty, plany… Ja ich rozumiem, dlatego wydam rozporządzenie, które ukróci te biurokratyczne praktyki. Nauczyciele zostaną zwolnieni z papierologii, bo oni nie są dla niej, tylko dla uczniów. W ten sposób wygospodarujemy więcej czasu, który będą mogli poświęcić dzieciom. Co więcej - za reorganizacją sposobu pracy nauczycieli pójdą zwiększone środki na ich wynagrodzenia. Taki mam reformatorski plan – aby zwiększyć atrakcyjność zawodu nauczyciela, jego prestiż, a więc także autorytet.

PAP: Obawiam się, że będzie krzyk, nie z powodu podwyżek, ale tego, że zamierza pan zmienić zasady i warunki pracy. Sądzę, że nauczyciele woleliby, aby – poza podwyżkami – wszystko pozostało po staremu. Ludzie nie lubią zmian.

P.C.: Przepraszam, ale gdybym ja był nauczycielem, miał bym dostać wyższą pensję, w dodatku już nie musiałbym wypełniać zbędnych papierków, tych wszystkich ankiet i sprawozdań, tylko mógłbym dłużej zostać z uczniem, poświęcić mu czas i np. odrobić z nim lekcje, byłbym zadowolony. Obawiam się, że pani źle ocenia nauczycieli, część z nich pewnie jest taka, jak pani mówi, ale zdecydowana większość to znakomici fachowcy, ludzie z pasją, którzy czują swoją misję i chcą ją wykonywać – w godnych warunkach.

PAP: Jak duże będą te podwyżki? Od lat słabe zarobki nauczycieli sprawiały, że do zawodu często odbywała się selekcja negatywna. Uważam, że nauczyciel nie musi „mieć misji”, tylko wiedzę i umiejętności, żeby móc dobrze wykonywać swoją pracę. Jeśli zarobki będą odpowiednie, do zawodu przyjdą najlepsi.

P.C.: To będą podwyżki znaczące, idące w kilkadziesiąt procent. Taka jest potrzeba. Bo jeśli dziś nauczyciel na początku ścieżki zawodowej zarabia 2940 zł. pensji zasadniczej to, umówmy się, nie jest to kwota, która będzie skłaniać najlepszych absolwentów uczelni – np. po matematyce, fizyce czy historii - do tego, aby zatrudniali się w szkole. Chcemy to zmienić, zależy nam na współpracy związków zawodowych, niestety, te nie chcą z nami rozmawiać, tylko kombinują jak tego uniknąć. A przecież wystarczy usiąść wspólnie do stołu, porozmawiać, a w efekcie polepszyć status, warunki pracy i życia nauczycieli. Myślałem do niedawna, że właśnie po to związki zawodowe są. Powtarzam jednak raz jeszcze bardzo wyraźnie – znaczące podwyżki o nawet kilkadziesiąt procent, ale w ramach zdecydowanie szerszej reformy warunków pracy, reformy, która w obiektywie ma przede wszystkim dobro ucznia i jego edukację.

PAP: Związków zawodowych się sobie nie wybiera, podobnie, jak rodziny. A jeśli o niej już mowa – czy ma pan jakiś pomysł na to, żeby skłonić rodziców do lepszej współpracy ze szkołą? Nauczyciele się skarzą, że niektórzy z nich podrzucają dzieci do szkoły, niczym kukułki swoje jajka do obcych gniazd. I uważają, że szkoła za nich załatwi nie tylko całą edukację, ale też wychowanie.

P.C.: Niestety, zdarzają się takie osoby. Co gorsza, kiedy coś złego się stanie, uczeń ma kłopoty z nauką, sprawia problemy wychowawcze, to nie mają pretensji do siebie i swojego dziecka, tylko do nauczyciela. A to powoduje, że nauczyciele, w oczach dzieci, tracą autorytet niezbędny w procesie edukacji i wychowania. Trzeba wrócić do miejsca, do czasów, kiedy nauczyciel był autorytetem i dla dzieci, i dla rodziców. Bo jeśli nie jest autorytetem dla rodziców, to nie jest autorytetem dla dzieci, a wtedy nie jest w stanie przekazywać im efektywnie wiedzy, mądrości, zasad. Chciałbym sprawić, żeby znów szkoła oceniała ucznia, a nie uczeń szkołę, bo dziś to wszystko próbuje się stawiać na głowie.

PAP: Nie będzie to łatwe, ale trzymam kciuki. Mam nadzieję, że znajdzie pan czas i siły na to wszystko, gdyż doszła panu – gratuluję – kolejna, wymagająca funkcja: został pan wiceprzewodniczącym rady ds. rozwoju technologii wysokotemperaturowych reaktorów chłodzonych gazem.

P.C.: Nie wiem, dlaczego pani, ani inni pani koledzy nie składali mi gratulacji kilka miesięcy temu, w maju, kiedy podjąłem kluczową decyzję o przeznaczeniu 60,5 mln zł. z budżetu ministerstwa na badawczy projekt tworzenia reaktora wysokotemperaturowego chłodzonego gazem. Jakoś niewielu dziennikarzy wówczas się tym zainteresowało. Dziś, kiedy znalazłem się w radzie, która ma nadzorować ten projekt – a zaznaczam, że robię to całkowicie społecznie, bez wynagrodzenia – podniósł się alarm, że Czarnek jest w radzie od jądrowych reaktorów. Dodatkowo się sugeruje, że będę nadzorował budowę elektrowni atomowych – kompletna ignorancja wielu dziennikarzy i niektórych polityków, których nazwisk przez litość wymieniać nie będę.

PAP: No cóż, nazwisko Czarnek jest, mówiąc kolokwialnie, gorące i wszystko, co pan powie, albo zrobi, wzbudza zainteresowanie. A tak serio: jakie korzyści nasza nauka (bo nie będziemy dziś mówić o energetyce) może odnieść z tego projektu?

P.C.: Oczywiście, że tak, zresztą przecież ja od tego jestem, żeby rozwijać naukę polską. Kiedy przyszedłem do ministerstwa 19 października niemal od razu przystąpiłem do rozmów z panem ministrem Grzegorzem Wrochną, podsekretarzem stanu w ówczesnym Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który był tym żywo zainteresowany, gdyż jest znakomitym fizykiem, zresztą wcześniej pracował w NCBJ-ocie (Narodowe Centrum Badań Jądrowych – PAP) i namawiał mnie do tego, do czego nie mógł namówić moich poprzedników - żeby przeznaczyć ogromne środki na sam projekt reaktora, nie jego wdrożenie, bo to będzie kosztowało miliardy. Przedstawił swoją wizję, która wydała mi się bardzo sensowna. Konsultowałem ten pomysł później z panem ministrem klimatu Michałem Kurtyką, a potem z panem premierem Mateuszem Morawieckim. Jeszcze przed pandemią pan premier był razem z ministrem Kurtyką i ministrem Wrochną w Japonii, gdzie uzgadniał ścisłą współpracę z Japończykami, gdyż naukowcy z tego kraju są – jeśli chodzi o badania w tym zakresie – o kilka, jeśli nie kilkanaście lat przed światem. I właśnie oni są zainteresowani współpracą z naszym NCBJ, chcą pomóc nam w tym, abyśmy skrócili swój proces dochodzenia do budowy reaktora, dzięki któremu będziemy w stanie wytwarzać bezemisyjnie paliwo przyszłości, czyli wodór. Mój ruch – czyli przeznaczenie 60,5 mln zł na ten projekt – spotkał się z bardzo dobrą reakcją Japończyków, gdyż świadczy o tym, że – jako jedyni, albo nieliczni w Europie - do sprawy podchodzimy poważnie. Takie reaktory, kiedy powstaną, będą miały gigantyczne znaczenie dla przemysłu, całej gospodarki, dla ekologii. Także dla medycyny – NCBJ jest także producentem farmaceutyków onkologicznych i jego rozwój w zakresie HTRG pośrednio wpłynąć może na rozwój ich produkcji. Myślę, że można by długo wyliczać wszystkie korzyści. Nic zatem dziwnego, że jako minister nauki finansujący projekt jestem w radzie nadzorującej ten projekt. Podkreślam – sam nie biorę za udział w niej ani grosza.

Autor: Mira Suchodolska