Pisarz Krystian Machnik: po drodze zauważyłem, że Czarnobyl jeszcze żyje
Dopiero po drodze zauważyłem, że Czarnobyl jeszcze żyje — powiedział w Studiu PAP Krystian Machnik, autor książki „Ostatni Ludzie Czarnobyla”. Samosiołów na wsiach w zonie żyje jeszcze 11. Doświadczają samotności na zupełnie innym poziomie, ale mają takie same problemy, jak my — dodał autor.
26 kwietnia 1986 roku w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej w pobliżu Kijowa w wyniku awarii przy przegrzaniu się rdzenia reaktora doszło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX wieku.
W przededniu 40. rocznicy katastrofy, która wypada w niedzielę, o czarnobylskich samosiołach, czyli ludziach, którzy przed katastrofą w Czarnobylu mieszkali na terytorium strefy wokół elektrowni – w mieście Czarnobyl lub w okolicznych wsiach – i powróciły tam po przymusowym wysiedleniu, opowiedział w Studiu PAP Krystian Machnik.
Autor książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” nazywany jest wnuczkiem Czarnobyla, bo pomoc, którą niesie żyjącym tam osobom w ramach wyjazdów z pomocą humanitarną, nie znajduje żadnego punktu odniesienia.
Ciężko to porównać do czegokolwiek. Czuję się z tym określeniem wyjątkowo, bo do Czarnobyla raczej niełatwo jest się dostać, wjechać po prostu, szczególnie teraz w czasie wojny. Tym bardziej trudno wejść w ten świat i być tak naprawdę jego częścią. To takie historie, że jakaś babuszka niedowidzi, ale gdy mnie widzi ze stu metrów, to od razu jej się wzrok poprawia i krzyczy: o, polski wnuczek przyjechał. Zawsze mówię, że w Polsce mam jedną babcię, a tam więcej
Przyznał, że książka jest jego podróżą przez tych ludzi, która go bardzo zmieniła. Podkreślił, że pierwszy raz jadąc do Czarnobyla, interesował się tym, co wszyscy, czyli katastrofą, radioaktywnością, opuszczonym miastem.
- To jest bardzo spektakularne i wszyscy chcą to widzieć, chcą to poznać. To całkowicie naturalne. Wówczas ludzie mnie jeszcze nie interesowali. Dopiero po drodze zauważyłem, że Czarnobyl jeszcze żyje. (...) Mówimy cały czas wszyscy w kontekście katastrofy o przeszłości, o tym, co się wydarzyło, ale tak naprawdę ta katastrofa dalej tam trwa. Dekontaminacja, czyli usuwanie skutków katastrofy, dalej trwa. Ci ludzie, oni cały czas to przeżywają. Taka babuszka wychodzi z chaty i co widzi? Opuszczone domy swoich sąsiadów, którzy wyjechali stamtąd w 1986 roku i nigdy nie wrócili, a prawdopodobnie już nie żyją — podkreślił.
Dodał, że gdyby nie katastrofa taka wioska nadal by żyła, a taka babuszka nie byłaby samosiołem, ale normalnym obywatelem.
Czego się człowiek spodziewa po Czarnobylu? Tego, że nawet jak jest tam jakiś człowiek, to jest to dziwny pustelnik, z którym nie wiadomo w ogóle jak rozmawiać. Poznajemy ich i okazuje się, że to jest taki sam człowiek jak my. Mimo tego, że żyje poza cywilizacją w opuszczonej wiosce, a wszystkie wioski obok też są opuszczone, bo jest takich miejscowości 96. Najbliższa cywilizacja jest kilkadziesiąt kilometrów dalej, a okazuje się, że oni są dokładnie tacy sami jak my, nie różnią się niczym. Mają bardzo podobne zmartwienia, chociaż jest ich więcej
Jako największy problem samosiołów wskazał brak kontaktu z drugim człowiekiem, którego są bardzo głodni. Jego obserwacje wskazują na fakt doświadczenia przez nich samotności na zupełnie innym, niewyobrażalnym dla nas poziomie.
Autor książki o samosiołach z Czarnobyla dodał jednak, że w jego ocenie takich samosiołów w Polsce też mamy bardzo dużo. - Nie żyją oni jednak w tak spektakularnym miejscu, ale między nami. To też może czekać każdego z nas, niestety - dodał.
Spróbowanie pierwszego pieczonego jabłka z zony przy elektrowni, którym poczęstowała go babuszka Olga Juszczenko, wymagało pokonania strachu w głowie.
- Kobieta chciała mi podziękować, chciała mnie poczęstować. Jak tu nie spróbować? Spróbowałem... i było to najlepsze jabłko, jakie w życiu jadłem. To było kilkanaście lat temu i żyję do dzisiaj. Radioaktywność to też nie jest tak oczywisty temat. To, że coś wyrosło w strefie radioaktywnej, to wcale nie oznacza, że jest tak mocno skażone radioaktywnie i zaraz umrzemy. Skażenie w strefie zamkniętej rozeszło się bardzo nierównomiernie. Wokół elektrowni - wiadomo - jest duże. Mamy tam czerwony las, bardzo skażony teren, prawdopodobnie jeden z najbardziej skażonych na świecie. W mieście Prypeć również tak jest, ale samosioły żyją głównie w południowej części strefy zamkniętej, najbardziej czystej. Dozymetr tam praktycznie nie reaguje — stwierdził Machnik.
Samosioły bardzo często spotykały się w miejscowościach, gdzie ich przesiedlono, z ostracyzmem i słowami, „bo ty jesteś ten z Czarnobyla”. Machnik wyjaśnił, że w Polsce było to w małej skali widać na początku epidemii COVID-19, gdy poznawano pierwszych zakażonych w miejscowości.
Matki z dzieckiem w Kijowie słyszały na placach zabaw od innych mam, że ich dzieci nie będą się bawiły z tymi z Czarnobyla. Takich przypadków słyszałem dziesiątki. Sam ostracyzm nie spowodowałby jednak tak silnej reakcji, aby wracać do opuszczonej wioski. Powodem numer jeden było słowo dom. Dla nich dom to miejsce, gdzie się urodziła ich matka, babka, prababka. Tam, gdzie ziemia jest przesiąknięta ich genami i krwią. Na cmentarzach są setki grobów, ale tylko kilka nazwisk, bo w dawnych czasach ludzie się tam mocno nie mieszali i wyprawa do sąsiedniej wioski była dużym wydarzeniem
W wioskach w strefie zamkniętej samiosiołów żyje obecnie już tylko 11. Wojna spowodowała, że część z nich rodzina zabrała z tamtych terenów, wielu po prostu zmarło.
- Wojna bardzo przyspieszyła proces wymierania samosiołów czarnobylskich. Czarnobyl to pogranicze ukraińsko-białoruskie. Białoruś to państwo dla Ukrainy wrogie, gdyż udostępniła swoje terytorium Rosji do ataku na Ukrainę. (...) Rosjanie okupowali Czarnobyl po wybuchu wojny. Same walki się tam nie toczyły, ale grabili, co się dało. Tam były ośrodki badawcze, więc komputery czy inne cenne rzeczy można było wywieźć. Samosiołami Rosjanie się nie interesowali, do babuszek nawet nie dojechali. W zonie oczywiście, bo w samym mieście Czarnobyl były takie przypadki. Babuszka Larysa opowiadała mi, że Rosjanie cztery razy do niej przychodzili całą bandą i przeszukiwali chatę. Zobaczyli, że ma nowy telefon i stwierdzili, że jej potrzebny już nie będzie — opowiedział autor książki.
Ludzie na wioskach żyli przez okres pięciu tygodni okupacji po wybuchu wojny z tego, co konwój Machnika z Polski im przywiózł w miesiącach przed.
Pisarz, mówiąc o Prypeci, czyli całkowicie opuszczonym i wymarłym mieście, wspomniał, że nadal można znaleźć tam pianina, bo było to bardzo rozwinięte miasto ze szkołą muzyczną, miasto energetyków.
Pianina były zbyt ciężkie, aby je wyrzucić przez okna. Nie objęła więc ich dekontaminacja, bo przez lata po katastrofie próbowano to miejsce oczyszczać, aby ludzie mogli tam wrócić.
W niedzielę, w 40, rocznicę katastrofy Machnik będzie myślał o ofiarach Czarnobyla, strażakach, którzy umarli na chorobę popromienną, czyli — jak powiedział — jedną z najcięższych śmierci jakie można sobie wyobrazić.
- Będę myślał o takich babuszkach jak Maria — wskazał na okładkę książki. - Ona nie dożyła 40. rocznicy. Zmarła dwa lata temu, ale takich ludzi zostało tam więcej. To są naprawdę ostatni ludzie Czarnobyla. Póki jeszcze żyją, pamiętajmy, że jest ktoś taki — zaapelował.
Autor: Tomasz Więcławski (PAP)
twi/ mhr/ jpn/ kgr/