Ralph Kaminski: tak naprawdę, jestem melancholijnym balladzistą [WYWIAD]
Cztery lata temu wydał album „Bal u Rafała”, zagrał ponad 150 koncertów i… zniknął na prawie dwa lata. Wrócił z płytą „Góra” – minimalistyczną, intymną, pozbawioną tych wszystkich fajerwerków, do których przyzwyczaił słuchaczy. - „Góra” jest bardzo blisko tego, co mi teraz w duszy gra. Po „Balu u Rafała", szeroka publiczność może mnie uważać za showmana. A ja jestem melancholijnym, balladowym piosenkarzem – przyznaje w rozmowie z PAP Life Ralph Kaminski.
PAP Life: Podobno dostałeś propozycję z „Tańca z gwiazdami”?
Ralph Kaminski: Tak, kilka razy. Myślę, że to jest wspaniały, rozrywkowy program, w którym można nauczyć się tańczyć i można przeżyć superprzygodę. Ale, ze względu na popularność widowiska, jest też element tzw. celebryctwa, niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I to sprawia, że chyba nie za dobrze czułbym się w takim show. Owszem, program może sprawić, że stałbym się bardziej popularny, ale niekoniecznie jako muzyk.
PAP Life: Oglądałam cię ostatnio u Kuby Wojewódzkiego, który powiedział, że bardzo dużo ludzi ciebie zna, chociaż często nie zna żadnej twojej piosenki. Przed naszym spotkaniem postanowiłam to sprawdzić i zapytałam kilka osób, które nie pasjonują się muzyką, nie chodzą na koncerty, czy znają Ralpha Kaminskiego. Wszystkie odpowiedziały: „Oczywiście, że tak. Śpiewa takie nastrojowe piosenki”. I wymieniły kilka tytułów. Trzeba przyznać, że przebiłeś się do mainstreamu.
R.K.: To pytanie Kuby było absolutnie prowokacyjne. Osób, które znają moją twórczość, zapewne jest sporo. Ale wydaje mi się, że wpłynąłem do mainstreamu niejako przy okazji swoich działań artystycznych, nie pchałem się do niego. I ta rozpoznawalność, jakiej doświadczam, jest dla mnie na odpowiednim poziomie. Wiem, że niektórzy marzą o światowych karierach - cokolwiek to znaczy. Mnie natomiast bardzo ciekawiło, zanim w ogóle osiągnąłem jakąkolwiek rozpoznawalność, jakie to jest uczucie, że ktoś cię rozpoznaje. To mnie wręcz fascynowało. I jak tego doświadczyłem, to okazało się, że bardzo mnie to krępuje.
PAP Life: Pamiętasz ten moment, kiedy poczułeś, że jesteś rozpoznawany?
R.K.: Tak. Jechałem autobusem z Saskiej Kępy do centrum. I ktoś powiedział do mnie, że mnie zna i że lubi moją muzykę. Oczywiście bardzo podziękowałem, ale tak się zawstydziłem, że inni to słyszą, że musiałem wysiąść na najbliższym przystanku. Z czasem oswoiłem się z tym, że to część mojej pracy. Zacząłem też zastanawiać się, czy powinienem być tzw. gwiazdą również poza sceną. Czy mam podjeżdżać limuzyną do hipermarketu? (śmiech) Na scenie jestem w centrum uwagi. Kiedy śpiewam, ludzie patrzą na mnie i biją mi brawo. A potem wracam do codzienności i mogę być po prostu zwyczajny.
PAP Life: Zastanawiałeś się, czy twoi fani nie będą rozczarowani?
R.K.: Myślałem o tym, gdy przy kolejnych płytach miałem bardzo konkretne wizerunki sceniczne, artystyczne - długie włosy albo fryzura na pieczarkę, kolorowe garnitury. Przecież na co dzień tak nie wyglądałem. To był kostium, który pomagał mi opowiadać konkretną historię. I zastanawiałem się czasami, czy będąc poza sceną kimś zwyczajnym, nie niszczę komuś bajki, nie zawodzę wyobrażeń. A teraz, jeśli coś mi przeszkadza w kontekście rozpoznawalności, to tylko to, że muszę się pilnować, co mówię, bo często jestem na tzw. podsłuchu.
PAP Life: To znaczy?
R.K.: Miałem kiedyś taką sytuację, że siedziałem z kolegą w zatłoczonej kawiarni i rozmawialiśmy na jakieś poważne tematy, może nawet intymne. A obok siedziała jakaś pani - nie pomyślałem nawet, że może mnie kojarzyć. I w pewnym momencie ta pani wstaje i mówi: "Chciałam tylko powiedzieć, że uwielbiam pana". To było dla mnie i szokujące, i krępujące.
PAP Life: Czy twoja popularność rosła powoli czy nagle?
R.K.: U mnie, tak naprawdę, nic nigdy nie było nagłe, tylko od pierwszej płyty powoli się rozkręcało. Na pewno przy płycie „Bal u Rafała” odczułem siłę mainstreamu. Choć oczywiście starałem się, żeby ten wzrost rozpoznawalności był maksymalnie w zgodzie ze mną i jeżeli to w ogóle możliwe - na moich warunkach. A teraz, gdy promuję nową płytę „Góra”, jest sporo wywiadów i rzeczywiście niemal wyskakuję już z lodówki, to ludzie bardziej mnie zauważają na ulicy. Tak że to przychodzi falami. Oczywiście, nadal sporo robi telewizja. Dla niektórych osób, np. rodziców moich przyjaciół czy znajomych, dopiero wtedy „zrobiłem karierę”, gdy pojawiłem się w Polsacie czy TVN. A przecież to się nie bierze znikąd, tylko jest częścią pracy i świadomego budowania tej kariery.
PAP Life: Wśród artystów, którzy rządzą obecnie na polskiej scenie muzycznej, jest Dawid Podsiadło, który „sprzedaje” stadiony w zawrotnym tempie. Zresztą pojawiałeś się jako gość na jego koncertach. Przeczytałam rozmowę z tobą, w której mówisz, że chyba jednak nie chciałbyś być na jego miejscu.
R.K.: Nigdy nie marzyłem o byciu numerem jeden. Chciałem przede wszystkim mieć swoją publiczność i możliwość realizowania własnych projektów. To, że ludzie przychodzą na moje koncerty i słuchają mojej muzyki, daje mi większą swobodę w rozwijaniu pomysłów - mogę inwestować w scenografię, większy zespół, kostiumy czy teledyski.
Bycie numerem jeden i sprzedawanie stadionów jest wspaniałe i jak ktoś ma taką możliwość, to niech to robi i z tego korzysta. Ale ja tego nie czuję. Poza tym, na szczycie nigdy nie jest się na zawsze. Dla mnie takim wyznacznikiem pięknej kariery jest Nick Cave. Jest w niszy, a jednocześnie od wielu lat jest bardzo popularny, ale nigdy nie był tym number one. Tego rodzaju karierę sam chciałbym budować.
Często zastanawiam się, dlaczego ktoś marzy o byciu numerem jeden. Co za tym stoi? Jeśli ktoś wierzy, że osiągnięcie szczytu rozwiąże wszystkie problemy, uleczy kompleksy czy uzupełni jakieś wewnętrzne braki, to niestety tak się nie dzieje. Kiedyś moim największym marzeniem było wydanie płyty. Wydawało mi się, że kiedy to się wydarzy, wszystko inne samo się poukłada. Okazało się jednak, że tak nie jest.
PAP Life: Wróćmy więc do Ralpha Kaminskiego. Kilkanaście dni temu, dekadę od debiutanckiej płyty „Morze”, ukazała się twoja najnowsza płyta „Góra". Bardzo minimalistyczna, pozbawiona tych wszystkich fajerwerków, którą znamy z twojej poprzedniej płyty „Bal u Rafała". Domyślam się, że pójście w innym kierunku wynikało u ciebie z potrzeby zmiany. Ale ciekawa jestem, czy brałeś też pod uwagę to, czego oczekują od ciebie twoi słuchacze.
R.K.: Na maksa czułem, że potrzebuję wrócić do muzyki akustycznej. To, co przynosi płyta „Góra”, jest bardzo blisko tego, co mi teraz w duszy gra. Po „Balu u Rafała" tzw. szeroka publiczność może mnie uważać za showmana. A ja jestem melancholijnym, balladowym piosenkarzem. Chociaż miałem nadzieję, że „Góra” będzie nieco bardziej wesoła. No ale życie pisze swoje scenariusze, więc stworzyłem album odzwierciedlający moje uczucia i myśli w tamtym momencie. Oczywiście z nadzieją, że znajdzie on swoich słuchaczy. Marzę o tym, ale to nie może być punkt wyjścia. W pierwszej kolejności istotne jest to, co czuję i to przynosi piosenki.
PAP Life: Kiedy podejmujesz jakąś decyzję zawodową - zagrać na sylwestrze z Polsatem, przyjąć czy odrzucić propozycję z „Tańca z gwiazdami”, wreszcie, jaka ma być kolejna płyta - pytasz kogoś o zdanie?
R.K.: Badam reakcje wśród swoich współpracowników, ale często gotowych piosenek nie pokazuję do ostatniego momentu. Oczywiście rozmawiamy w trakcie nagrań, pytam też muzyków, z którymi pracuję. Natomiast jeżeli chodzi o takie rzeczy jak „Taniec z gwiazdami” czy sylwester, to rozmawiamy o tym z moim managementem - przyjmuję uwagi, sugestie i zderzam je ze swoimi wyobrażeniami. I np. w przypadku „Sylwestra z Polsatem” usłyszałem „nie rekomendujemy”, ale wtedy się uparłem i nie żałuję.
PAP Life: Która piosenka na tej najnowszej płycie jest ci najbliższa?
R.K.: W sercu gra mi „Ostatni dzień lata", którym kończy się ten album. Bo kończy się nadzieją i zgodą na to, że czasami jest w życiu trudniej, ale zawsze mija mrok i trzeba na to czekać. Bardzo lubię wykonywać na żywo utwór „Szafa Romana". Ma w sobie bardzo dużo trudnej historii, ale jest wdzięczny do śpiewania.
PAP Life: Mnie poruszył „List z wielkiego miasta", w którym śpiewasz: „Co dalej, nie wiem”. Wiesz już, co dalej?
R.K.: Dopiero zaczyna mi się to wyświetlać. Ale, jak kończyłem płytę i startowaliśmy z koncertami, to pierwszy raz w życiu miałem poczucie, że nie wiem, co dalej chcę robić. To było bardzo dziwne uczucie, bo zawsze miałem coś takiego, że muszę wiedzieć, muszę planować. A teraz sobie rozmyślam - może w tę stronę, a może w tamtą i wciąż nie zdecydowałem.
PAP Life: Czy jesteś teraz na takim etapie kariery, że możesz robić, co chcesz, nie oglądając się na innych?
R.K.: Nie czuję, że jestem twórcą, który może robić to, co chce. Zawsze starałem się tak prowadzić swój projekt czy karierę, żeby to, co robię, miało sens i żeby trafiało to do słuchaczy. Nie jestem twórcą eksperymentalnym, który teraz będzie robił muzykę świata z wokalizami, które nie wszyscy zrozumieją. Mam jakieś ograniczenia - zresztą uważam, że one pomagają w kreatywności. Marzę, żeby nagrać płytę z Orkiestrą Polskiego Radia, ale to jest kosztowny projekt, więc na razie musi poczekać.
PAP Life: Mówisz, że „Góra” to powrót do korzeni. Jasło nadal jest w tobie?
R.K.: Czuję, że w każdej mojej płycie są jakieś powroty do korzeni, bo to jest miejsce, w którym się ukształtowałem. Jeżdżę do Jasła dosyć rzadko, ale mam dużo sentymentu do tego miasta. Po dłuższym czasie tęsknię i lubię tam wrócić. Ale najlepiej czuję się w Warszawie, w której buduję swoje dorosłe życie.
PAP Life: Jedna z piosenek na płycie nosi tytuł „Ania”. Poświęciłeś ją swojej nauczycielce śpiewu, Annie Domżalskiej, o której mówisz, że to jedną z najważniejszych osób w twoim życiu zawodowym. Czego cię nauczyła?
R.K.: Dla mnie była taką muzyczną matką. Zawsze jak coś się działo, to wiedziałem, że mogę się do niej odezwać i liczyć na radę. Dała mi warsztat, coś, co jest ogromnie ważne w tym zawodzie. Pani Ania, tak naprawdę, rzadko chwaliła - nie mówiła, co jest dobre, tylko o tym, co jest do poprawy. Była bardzo krytyczna, surowa i wymagająca, ale nauczyła mnie techniki wokalnej i tego, jak pracować z piosenką. Pokazała też, jak wygląda profesjonalizm, że najpierw trzeba wymagać od samego siebie.
Ale niestety pani Ania odeszła. Była bardzo oswojona z tematem śmierci, świadoma tego, że odchodzi i to było dla mnie coś całkiem nowego i porażającego. Mam nadzieję, że tą piosenką stawiam jej pomnik i wyrażam wdzięczność. Ale próbuję też oswajać dla siebie temat odchodzenia, śmierci i żałoby.
PAP Life: Pisanie tekstów chyba pomaga artystom przerabiać różne własne traumy, lęki.
R.K.: Tak, pozwala nie dusić w sobie różnych rzeczy, tylko je wyśpiewywać. Kiedy coś w sobie ukrywamy, to wydaje mi się, że to tak zarasta i truje nas od środka coraz bardziej. Trudne historie pomagają tworzyć. Niestety, bo cena za to bywa bardzo wysoka.
PAP Life: Wiele razy usłyszałam od różnych artystów: „Jak jest mi dobrze, to nie chce mi się pisać”.
R.K.: A mi by się chciało, tylko niestety jeszcze nie było okazji (śmiech). Naprawdę bardzo chciałbym stworzyć album radosny, pełen światła. To też jest piękne, ale wiadomo, my mamy słowiańską duszę i lubimy melancholię.
PAP Life: Co ciebie inspiruje? Co lubisz oglądać, słuchać, czytać?
R.K.: Lubię różne rodzaje twórczości, każdą dziedzinę sztuki. Lubię, jak film długo we mnie zostaje. Ostatnio podobała mi się „Wartość sentymentalna". Podoba mi się, jak odważnie buduje swoją karierę Rosalia (hiszpańska piosenkarka, autorka tekstów, producentka muzyczna, aktorka – red.). Niedawno byłem w Muzeum Plakatu na Wilanowie i uważam, że polska szkoła plakatu jest niezwykle inspirująca. Nowy Jork jest też takim inspirującym miejscem. Inspirują mnie też ludzie, po prostu. Ich osobowość, historie, relacje.
PAP Life: Kiedy wyjeżdżałeś z Jasła, miałeś kompleksy?
R.K.: Teraz mogę powiedzieć, że miałem i czasami próbowałem być kimś, kim nie jestem. Później, dla odmiany, zbyt często mówiłem, skąd jestem. Pamiętam, jak miałem epizod w takim niemieckim filmie („Treasure”, 2024 – red.), gdzie grała Lena Dunham (amerykańska scenarzystka i aktorka – red.). Gadamy sobie, ona mówi mi, że jej matka jest malarką, że jej przyjaciółką jest Taylor Swift. A ja mówię, że jestem z małego miasta na Podkarpaciu. Pomyślałem wtedy: „Wow, co za spotkanie światów!”. Dziewczyna, która się urodziła w bohemie i która ma pod stopami najbardziej znane miasto świata, i ja. Spotykamy się przy projekcie i jesteśmy partnerami.
PAP Life: Masz poczucie, że osiągnąłeś sukces?
R.K.: Czuję się spełniony jako artysta. I doceniany. To nie znaczy, że planuję kończyć karierę (śmiech) Mam sporo pomysłów i ciągły głód wyzwań.
PAP Life: A czy jesteś szczęśliwy? Bo ta ostatnia płyta jest pełna nostalgii, smutku. Na jakim dziś jesteś etapie?
R.K.: Myślę, że jestem w znacznie lepszym miejscu niż w trakcie tworzenia „Góry”. Chcę teraz patrzeć do przodu i nie zatapiać się w tym czasie, kiedy tworzyłem album. Zostawiłem go na tej płycie.
PAP Life: Ralph Kaminski to marka, którą sam stworzyłeś. Czy dziś masz zaufanie do ludzi? Nie boisz się, że ktoś będzie chciał wejść z tobą w relacje, bo będzie mu się to opłacało?
R.K.: Staram się tego bardzo pilnować, ale nie zawsze jestem w stanie. Szczególnie w pracy wybory ludzi, z którymi pracuję nie zawsze są zgodne z moimi. Czasem to kwestia lojalności, czasem to zwykły biznes. Bywają przykre sytuacje, ale nie mogę przestać ufać ludziom. Chcę wierzyć, że ludzie mają dobre intencje. Jednak gdzieś z tyłu głowy mam taką lampkę alarmową i gotowość na to, że mogę się rozczarować. I myślę, że wyczuwam bardzo szybko, gdy ktoś chce się ze mną zadawać wyłącznie ze względu na potencjalne korzyści.
PAP Life: Na szczycie jest się samotnym.
R.K.: Czy ja wiem, czy jestem na szczycie? Raczej na wzgórzu (śmiech). Mam coś takiego, że jeszcze bardziej doceniam swoje stare znajomości. Ludzi, którzy znają mnie od wielu lat i nie patrzą na mnie przez pryzmat mojej twórczości. Ale rzeczywiście, teraz znacznie trudniej jest zaprzyjaźnić się z kimś tak od razu.
PAP Life: Ile Rafała jest w Ralphie? Kiedy stajesz na scenie, jesteś sobą, czy jednak zawsze jest to jakaś kreacja?
R.K.: Kiedy jestem na scenie, czuję się najbardziej odsłonięty, na ile mogę w danym momencie. Właśnie teraz pierwszy raz czuję, że pokazuję się bardziej niż dotychczas. Wcześniej moje wizerunki były bardziej wykreowane, z większym dystansem między postacią na scenie a mną. A teraz sprawdzam, jak mi jest w tym „odsłonięciu”.
PAP Life: I jak ci jest?
R.K.: Dosyć dobrze, chociaż trochę niepewnie. Wiem też, że za jakiś czas na pewno zatęsknię za kreacją. Znam siebie - musi być zmiana. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/moc/ag/kgr/
Ralph Kaminski, właśc. Rafał Stanisław Kamiński – wokalista, autor tekstów, multiinstrumentalista, producent muzyczny spod znaku popu alternatywnego. Urodził się i dorastał w Jaśle. Ukończył wokalistykę na Wydziale Jazzu i Muzyki Estradowej Akademii Muzycznej w Gdańsku. Zdobywca dwóch Fryderyków. W 2019 r. zwyciężył w finale 40. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Ma na koncie pięć albumów studyjnych. Najnowszy, „Góra”, ukazał się w marcu tego roku. Ma 35 lat.