Robert Koszucki: kiedy aktor ma pracę, to ma wakacje [WYWIAD]
Karierę zaczynał jako Mister Polski, by chwilę później polerować szklanki w Londynie. - Jest takie powiedzenie, że aktor, jak ma pracę, to ma wakacje, a jak nie ma pracy, to tyra. Czyli szuka pracy, przygotowuje się do castingów, podejmuje różne decyzje - mówi PAP Life Robert Koszucki. On uważa się za szczęściarza, bo pracuje prawie bez przerwy. W nowym serialu TVN, „Młode gliny”, wciela się w jedną z głównych ról.
PAP Life: Czy komisarz Szymon Dec w „Młodych glinach” to największa rola w twojej karierze?
Robert Koszucki: W sumie tak.
PAP Life: Trochę musiałeś poczekać na swoją szansę.
R.K.: Ale przecież równie dobrze mógłbym nigdy nie dostać żadnej większej roli. Naprawdę jest tylu świetnych aktorów, którzy nie grają. W tym zawodzie dużo zależy od szczęścia, a ja pracuję właściwie bez przerwy. Na samym początku, zaraz po skończeniu szkoły, dostawałem głównie role amanckie, które niespecjalnie mi się podobały. Zacząłem łysieć, więc postanowiłem przyśpieszyć ten proces i ogoliłem głowę. To trochę zmieniło moje emploi i zaczęły pojawiać się inne propozycje. Cieszę się z tej całej drogi. W teatrze mam zaszczyt grać ciekawe role.
PAP Life: Gdzie występujesz?
R.K.: W Teatrze STU w Krakowie. Można powiedzieć, że tam jest mój dom teatralny. Na co dzień mieszkam z rodziną w Warszawie, ale kiedy przygotowuję się do premiery, to spędzam w Krakowie kilka tygodni. W najbliższy weekend mam spektakl, w kolejny jadę z komedią „Francuski numerek”. Taki zawód, że dużo się jeździ. Poza tym, mam firmę producencką - produkuję spektakle na licencji dla dzieci. W nich nie gram, ale firma daje mi pewien komfort i poczucie bezpieczeństwa. Nie muszę czekać na telefon czy iść na niewygodne kompromisy.
PAP Life: To znaczy?
R.K.: Czasami w projekcie nie ma chemii z reżyserem. To nie znaczy, że go nie lubisz, ale po prostu czujesz, że odbieracie na innych falach. Kiedy nie masz innej pracy, zaczynasz udawać, że wszystko ci pasuje. A ja chcę być sobą. Całe życie postępuję tak, jak myślę, czuję. Uważam, że to jest moją siłą przed kamerą.
PAP Life: Rola komisarza Deca spodobała ci się od razu?
R.K.: Tak, ale oczywiście nie wiedziałem, czy moje wyobrażenie o postaci jest zgodne z tym, czego chcą producenci. Kiedy jest się tak długo w zawodzie jak ja, to wiadomo, że przeżyło się różne sytuacje. Czasami wydawało mi się, że w stu procentach pasuję do roli, a na końcu wybierano kogoś innego. Ciężko się to znosi.
PAP Life: Przygotowywałeś się jakoś specjalnie do roli Deca?
R.K. Produkcja zorganizowała nam szkolenie, które prowadzili prawdziwi policjanci: jak trzymać pistolet, jak zachować się podczas wystrzału, jak zakuwać w kajdanki, itd. To nie jest moja pierwsza rola policjanta, ale na pewno się przydało. Poza tym, to była normalna robota aktorstwa. Mieliśmy sporo scen pościgów, które wymagały dobrej kondycji fizycznej, ale ja całe życie coś trenuję. Kiedy byłem dzieckiem, grałem w siatkówkę, chodziłem na boks, judo, pływałem i grałem w tenisa. Teraz skupiam się na wspinaczce skałkowej.
PAP Life: Przez rok studiowałeś na AWF-ie.
R.K. Świetnie się tam czułem, naprawdę byłem szczęśliwy. Chciałem być nauczycielem, tak jak mój tata. Uważam, że edukacja jest bardzo ważna, to jedyne, czym można zmienić świat.
PAP Life: W takim razie, dlaczego rzuciłeś te studia?
R.K.: Nie chcę tutaj mówić, że to zawód aktora wybrał mnie, bo wydaje mi się, że brzmi to zbyt górnolotne, ale czasami zdarzają się takie momenty olśnienia. W liceum myślałem, żeby zdawać do szkoły teatralnej. Przychodziłem do czeskiego cieszyńskiego teatru (scena polska) obserwowałem aktorów na scenie, jak pracują nad rolą, ale ostatecznie porzuciłem ten pomysł. Kiedy byłem już na AWF-ie, zaproszono mnie z kolei do teatru w polskim Cieszynie, żebym poprowadził finał WOŚP-u i nagle poczułem, że dzieje się coś absolutnie niesamowitego po wejściu na scenę. Ludzie obserwują każdy twój ruch, słuchają, czas zaczyna inaczej płynąć. To samo jest na planie po słowie „akcja”. Jest to szalenie pociągające i też trochę uzależniające. Mam trochę tak, że jak długo nie wychodzę na scenę, to zaczyna mi tego brakować. Wtedy po tym finale w Cieszynie, podjąłem decyzję, że zostawiam AWF i będę zdawał na aktorstwo.
PAP Life: Do krakowskiej Akademii Teatralnej dostałeś się za pierwszym razem. Mało komu to się udaje.
R.K.: Nie wierzyłem, że się dostanę. To był dla mnie nieznany świat, nie miałem w rodzinie żadnego aktora. Ale nie zamierzam łatwo się poddawać. Byłem nastawiony, że przez trzy kolejne lata będę podchodził do egzaminów. Planowałem, że przeniosę się do Krakowa i zapiszę się do szkoły, która przygotowuje do egzaminów. Wiedziałem, że będę musiał sobie znaleźć jakieś zajęcie, żeby się utrzymać. Stąd ten konkurs Mistera Polski. Jeszcze przed egzaminami usłyszałem o nim. Przekonało mnie, że można wygrać tysiąc dolarów i telewizor. Zgłosiłem się, przeszedłem kolejne etapy, aż w końcu wygrałem.
PAP Life: Ten tytuł ci w czymś pomógł, czy przeciwnie – zaszkodził?
R.K.: Wydaje mi się, że nie miał wpływu. Zawsze siebie akceptowałem.
PAP Life: Studia dobrze wspominasz?
R.K.: Bardzo dobrze, ale później przyszło zderzenie z rzeczywistością. Miałem obiecany etat w teatrze, ale nic z tego nie wyszło. Filmowo czy serialowo też się nic nie działo, brakowało mi na życie. Wtedy pomyślałem, że ten zawód jednak nie jest dla mnie. Był rok 2003, w Wielkiej Brytanii właśnie otworzył się rynek pracy. Doszedłem do wniosku, że pojadę do Londynu, zmienię fach, zacznę zarabiać.
PAP Life: Co może robić polski aktor w Londynie?
R.K.: Okazało się, że niewiele. Chodziłem, szukałem, szybko zrozumiałem, że nie mogę wpisać do CV swojego wykształcenia, bo to gwarantowało, że nie dostanę pracy. Studia aktorskie były tam bezużyteczne - to też uczy dystansu.
PAP Life: To co wpisywałeś do cv?
R.K.: Moi rodzice mieli kawiarnię, herbaciarnię, więc na przykład, że umiem być menadżerem kawiarni. Faktycznie, dużo na ten temat wiedziałem z domu, ale nie miałem na to żadnych papierów. Łapałem różne prace - montowałem, podłączałem laptopy, polerowałem szklanki, organizowałem. Pracowałem w centrum konferencyjnym, więc trzeba było tam ogarniać różne rzeczy, a po pracy chodziłem do college’u, uczyłem się angielskiego. Wcześniej dobrze znałem język, ale - paradoksalnie - w Londynie mój angielski uwsteczniał się, bo na co dzień niewiele mówiłem.
PAP Life: W końcu jednak znudziło ci się podłączenie laptopów i wróciłeś do Polski.
R.K.: Wróciłem, bo miałem w Polsce dziewczynę, która później została moją żoną i ona nie chciała się przeprowadzić do Londynu. Ale była też inna kwestia. W tym centrum konferencyjnym zatrudnił mnie aktor - tam było pięciu pracowników, którzy byli aktorami. Od czasu do czasu mieli jakieś spektakle - wtedy na jakiś czas znikali z pracy. Mieli próby, potem przez półtora miesiąca codziennie grali spektakl, po czym projekt się kończył i wracali do pracy, w której byłem. Niektórzy robili dyplomy. Chodziłem ich zobaczyć. Widziałem, na jakim są poziomie. Zobaczyłem, jak dużo nauczyłem się w szkole teatralnej, i jednak jak bardzo to kocham i tęsknię za tym. W końcu dostałem propozycję z teatru z Jeleniej Góry i wróciłem.
PAP Life: Czy pracowałeś kiedyś na etacie?
R.K.: Nigdy nie byłem na etacie - czasami coś wpadało, czasami nie, były przerwy. Jest takie powiedzenie, że aktor, jak ma pracę, to ma wakacje, a jak nie ma pracy, to tyra, czyli szuka pracy, przygotowuje się do castingów, podejmuje różne decyzje. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/ag/ep/
Robert Koszucki w 1997 roku zwyciężył w konkursie Mister Poland, w 2001 ukończył studia w PWST w Krakowie. W latach 2003-2005 grał w serialu „Fala zbrodni”, a od 2007 można go oglądać w „Na dobre i na złe”. W nowym serialu kryminalnym „Młode gliny”, który gości na antenie TVN od 9 lutego, wciela się w jedną z głównych ról. Ma 48 lat.