Jerzy Bończak: popełniłem w życiu wiele błędów [WYWIAD]
W tym roku kończę 77 lat. Wiem, że popełniłem w życiu - nie będę o nich publicznie mówił - wiele błędów. Głównie z bezmyślności. I one miały również wpływ na to, jak układało mi się w zawodzie. Mam świadomość, że mogło być inaczej – mówi PAP Life Jerzy Bończak. Aktor znalazł się w obsadzie nowego serialu TVN, "Młode gliny", który pojawi się na antenie 9 lutego.
PAP Life: Dosyć rzadko oglądamy pana w nowych produkcjach.
Jerzy Bończak: Proszę pani, to, że mniej mnie widać w telewizji i na dużym ekranie, nie znaczy, że nie gram. Bardzo dużo pracuję w teatrze, reżyseruję i w większości spektakli, które reżyseruję, również gram.
PAP Life: A filmy, seriale?
J.B.: Jeśli chodzi o kamerę, to gram wtedy, kiedy mam propozycję. Chyba, że czas mi nie pozwala, bo akurat jestem zajęty realizacjami teatralnymi. Generalnie, rzadko odmawiam, bo bardzo lubię kamerę. Kiedyś było tak, że lubiliśmy się z wzajemnością, teraz już nie wiem.
PAP Life: W swoim dorobku ma pan ponad 100 ról filmowych i serialowych.
J.B.: Troszeczkę tego się nazbierało. Natomiast w tej chwili jest mniej propozycji. Żałuję. Ale nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Nie tracę nadziei, że będę potrzebny.
PAP Life: Zaskakujące, że produkcje, z którymi wciąż jest pan kojarzony: „Kariera Nikodema Dyzmy” i „Alternatywy 4” powstały 40 lat temu.
J.B.: Jestem zdziwiony, że moje role tak zapadały widzom w pamięć, przecież były drugoplanowe. No, ale te seriale ciągle są powtarzane. Niektórzy pamiętają mnie jeszcze z „Domu”. Grałem tam dozorcę, Prokopa, który przyszedł do kamienicy na Złotą po słynnym gospodarzu, Popiołku, którego grał Wacław Kowalski.
PAP Life: W odróżnieniu od Popiołka pana bohater był bardzo niesympatyczny.
J.B.: To mi się strasznie spodobało, dlatego że w ogóle lubię grać negatywne postacie - one są dużo bardziej interesujące. Staram się znaleźć jakiś moment, w którym mógłbym obronić tę postać, znaleźć jakąś taką barwę, która złagodziłaby tę czarność. W życiu nic nie jest jednoznaczne.
PAP Life: Wspomniał pan, że od pewnego czasu skupił się na reżyserii. Dużo spektakli pan już wyreżyserował?
J.B.: 59, a w marcu zaczynam 60.
PAP Life: Gdzie pan je wystawia?
J.B.: Tam, skąd przychodzą propozycje. Jestem wynajmowanym reżyserem. Teatr Kapitol, teatr w Płocku, w Radomiu, kiedyś Teatr Komedia, teatr w Kielcach. Bardzo lubię jeździć po Polsce, dlatego że praca z aktorami pozawarszawskimi jest zdecydowanie łatwiejsza, przyjemniejsza i bardziej profesjonalna niż w Warszawie, gdzie zdarzyło mi usłyszeć od aktora: „Ale ja mam jeszcze tylko godzinę”. No to trudno. W sumie dziwię się, dlaczego w ogóle przyjął propozycję.
PAP Life: Sam znajduje pan tytuły, które będzie pan reżyserował?
J.B.: Był taki czas, kiedy proponowałem sztuki. Miałem całą bibliotekę utworów, które chciałbym zrobić i kiedy w Teatrze Komedia dyrektorował Zenon Dądajewski, proponowałem mu tytuł i robiłem prapremiery. W tej chwili są realizowane w różnych teatrach i przez różnych reżyserów, ale to ja wprowadzałem je na polski rynek. Teraz na ogół jest tak, że dostaję propozycje pracy razem z tytułem, który teatr chce mieć w swoim repertuarze. Często zdarza się, że realizuję te same sztuki. Ale to są zupełnie inne spektakle, w innym składzie, zmienia się scenografia. A przede wszystkim jest inna energia - i moja, i aktorów.
PAP Life: Dlaczego postanowił pan zająć się reżyserią? Chciał pan więcej grać?
J.B.: Nie, chociaż pierwszy spektakl, który wyreżyserowałem, był spektaklem, gdzie byłem sam ze sobą. To był monodram „Dzień wariata”, w 1983 roku, czyli 43 lata temu. Reżyserowanie samego siebie jest najtrudniejsze, a jednocześnie najłatwiejsze.
PAP Life: Dlaczego?
J.B.: Trudno mi było dogadać się z aktorem, który jest reżyserem. Ale udało mi się jakoś to sklecić. Ten monodram był zresztą dużo grany. Natomiast, tak już na serio, zacząłem reżyserować pod koniec 1999 roku. Marek Perepeczko, ówczesny dyrektor teatru w Częstochowie, dowiedział się, że po 30 latach pracy etatowej odszedłem z Teatru Kwadrat. Zadzwonił do mnie: „Słyszałem, że nie masz co robić, to przyjedź do mnie wyreżyserować”. Powiedziałem wtedy: „Marek, ja nie umiem reżyserować”. Ale Marka to nie zraziło: „Dobrze, to się nauczysz”. Pojechałem do Częstochowy, zrobiłem przedstawienie. Zostało bardzo dobrze przyjęte i w związku z tym posypały się następne produkcje. I tak to się potoczyło, że zostałem reżyserem. Teraz to już jest mój drugi zawód.
PAP Life: Pamiętam naszą rozmowę sprzed lat. Powiedział pan wtedy, że myśli o własnym teatrze. Porzucił pan te marzenia?
J.B.: Przez kilka lat chodziły mi po głowie takie pomysły. Jak pani widzi, z jednym skutkiem - nie mam własnego teatru. Ale jak myślę o tym z perspektywy czasu, to chyba dobrze się stało. Prawdopodobnie dzisiaj już byśmy ze sobą nie rozmawiali. Jestem bardzo emocjonalny i podejrzewam, że włożyłbym tyle energii i emocji w prowadzenie teatru, że nie wiem, czy moje serce by wytrzymało.
PAP Life: W serialu „Młode gliny” gra pan emerytowanego policjanta, ojca jednego z głównych bohaterów, który jest komisarzem policji. W prawdziwym życiu żadne z pana dwójki dzieci nie poszło w pana ślady. Dlaczego?
J.B.: Kiedyś syn powiedział: „Tyle się musiałeś uczyć i tyle musiałeś przeczytać. Nie chce mi się”. Syn próbował różnych rzeczy, w końcu został trenerem końskim. Córka skończyła dwie uczelnie: psychologię i produkcję w łódzkiej Szkole Filmowej, i pracuje przy różnych projektach telewizyjnych. Nigdy nie ciągnęło jej, żeby wejść przed kamerę, wręcz ją to odrzuca. Kiedy jakaś telewizja śniadaniowa proponuje nagranie z dziećmi, absolutnie się na to nie zgadza.
PAP Life: Dzieci cierpiały, że miały tatę znanego aktora?
J.B.: Nie wiem, trzeba byłoby ich o to zapytać. Myślę, że mój zawód pośrednio wpływał na życie rodzinne, ale bezpośredniego nie widzę związku.
PAP Life: Ale kiedyś powiedział pan, że aktorstwo bywało ważniejsze niż rodzina.
J.B.: To są rzeczy, które trudno porównywać. Poświęcałem temu zawodowi prawie wszystko, ale część tego wszystkiego była dla rodziny, którą starałem się opiekować. Przetrwaliśmy z żoną 50 lat. W związku z tym, w tym roku robimy 50. rocznicę naszej rodziny.
PAP Life: Pana żona nie miała z panem lekko. Kiedyś przyznał pan, że lubił pan się bawić.
J.B.: Ewa jest święta i tak naprawdę przetrwaliśmy dzięki niej. Ale proszę nie wierzyć we wszystkie plotki.
PAP Life: W tym roku kończy pan 77 lat. Robi pan jakieś podsumowania?
J.B.: Dla siebie robię. Wiem, że popełniłem w życiu - nie będę o nich publicznie mówił - wiele błędów. Głównie z bezmyślności. I one miały również wpływ na to, jak układało mi się w zawodzie.
PAP Life: Uważa pan, że stracił pan pewne szanse?
J.B.: Wydaje mi się, że tak, ale nie mam pewności, bo nie wiem, jak to wszystko poukładałoby się w innej sytuacji. Natomiast mam świadomość, że mogło być inaczej. Ale może właśnie dostajemy to, co mieliśmy dostać?
PAP Life: Pamięta pan jeszcze, dlaczego poszedł pan na aktorstwo?
J.B.: Wszystko pamiętam. Mam pamięć aktora. Pamiętam, że chciałem być znany, zarabiać bardzo dużo pieniędzy, poznawać dziewczyny, mieć dobre samochody i willę z basenem.
PAP Life: I co się z tego spełniło?
J.B.: Niewiele. Mam segmencik bez basenu i dom nad jeziorem. Samochód też mam. Ale przede wszystkim mam rodzinę, więc w sumie bilans nie jest zły. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/ag/ep/
Jerzy Bończak – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, reżyser teatralny. Ukończył PWST w Warszawie w 1971 r. Związany z warszawskimi teatrami, m.in. Kwadrat. Popularność przyniósł mu udział w serialach „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Alternatywy 4” i „Dom”. W nowym serialu „Młode gliny” (TVN), który będzie można oglądać od poniedziałku 9 lutego, wcielił się w ojca komisarza Szymona Deca, jednego z głównych bohaterów. Ma 77 lat.