Ulrike Ottinger: w moich filmach daję władzę kobietom [WYWIAD]
Władza zwykle kojarzy się z mężczyznami. W moich filmach daję ją kobietom – powiedziała PAP Ulrike Ottinger. Retrospektywę twórczości niemieckiej reżyserki – w tym najnowszy obraz „Krwawa hrabina” z Isabelle Huppert w roli tytułowej – można oglądać na 26. festiwalu Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu.
PAP: Traktujesz filmy niczym malarstwo barokowe, w którym każdy detal ma znaczenie. Sercem twoich obrazów bywają kobiety znane z historii, jak Joanna d’Arc czy węgierska arystokratka Elżbieta Batory. Jak dobierasz bohaterki do swojej wizji kina?
Ulrike Ottinger: Ciekawie jest ukazywać inspirujące postacie, o których mamy mnóstwo wyobrażeń. Weźmy choćby Elżbietę Batory. Podczas festiwalu w Berlinie, gdzie odbyła się światowa premiera „Krwawej hrabiny”, udzieliłam blisko 40 wywiadów. Każdy dziennikarz opowiedział mi o niej coś innego. Każdy zwrócił uwagę na inne szczegóły z jej życia, które – szczerze mówiąc – w momencie pracy nad filmem w ogóle mnie nie interesowały. Rozumiem jednak, dlaczego takie osoby pobudzają wyobraźnię, uruchamiają różne fantazje. Uważam, że w kinie można bawić się postaciami nasyconymi wielkimi emocjami, a przy tym oczekiwaniami widzów. Dzięki temu pokazujemy więcej aspektów tego, czym jest przywództwo i co czyni daną osobę silną. Władza zwykle kojarzy się z mężczyznami. Kiedy ludzie oglądają potężną, wymagającą posłuchu kobietę, są zaskoczeni. Myślą: „Och, ona jest naprawdę twarda!”. Dochodzą do wniosku, że niekoniecznie dostrzegają tę cechę u mężczyzn.
PAP: Często zaczynasz pracę od ilustracji. Twoje scenariusze są po brzegi wypełnione rysunkami, fotografiami i materiałami, które zbierasz na potrzeby filmu. Zastanawiam się, jaki obrazek dał początek „Krwawej hrabinie” – podobizna władczyni, wampirzycy, a może impresja z Wiednia, gdzie powstawały zdjęcia?
U.O.: Zaczęło się od podróży. W 1988 r. wyjechałam z Berlina, by odwiedzić Polskę, Czechosłowację i Austrię. Wiedeń był ostatnim przystankiem na mojej trasie. Przyglądając się jego niewiarygodnej architekturze, pomyślałam, że byłaby to dobra sceneria do filmu o wampirach. Postacie te nie wpisują się bowiem w jakiekolwiek normy, mogą żyć przez wieki – od średniowiecza po czasy współczesne. Na świecie jest zawsze mnóstwo wampirów, a ich liczba wciąż gwałtownie rośnie. Uznałam to za świetny pomysł. Później połączyłam go z postacią Batory.
PAP: Od pomysłu do realizacji minęło prawie 40 lat. W międzyczasie kręciłaś kolejne filmy, a w szufladzie twojego biurka pojawiło się zapewne wiele świeżych pomysłów. Co sprawiło, że idea fabuły o wampirzycy wciąż była kusząca?
U.O.: Podjęliśmy kilka prób zrobienia tego obrazu. Dwukrotnie byliśmy bardzo blisko, ale nie zebraliśmy odpowiednich funduszy i projekt upadł. W ostatnim czasie sytuacja uległa zmianie. Mimo trudności udało nam się wszystko zorganizować i wejść na plan. To było cudowne doświadczenie. Rdzeń filmu pozostał ten sam, ale zrealizowałam też kilka nowych idei. W jednej z ról obsadziłam Conchitę Wurst. Niektórych pomysłów nie mogłam wykorzystać ze względów technicznych i produkcyjnych. Choć tłem fabuły miał być Wiedeń, zależało mi, by nakręcić kilka ujęć w barokowym teatrze zamkowym w Czeskim Krumlovie. Nie było takiej możliwości, więc wybrałam Semperdepot – piękny budynek zbudowany z myślą o scenografiach wiedeńskich oper. Tak już jest w tej pracy. Pewnych rzeczy nie da się zrobić, więc trzeba znaleźć inne, równie wspaniałe rozwiązanie.
PAP: Zawsze lubiłaś współpracować z aktorkami kojarzonymi z kinem niezależnym, m.in. Delphine Seyrig i Tabeą Blumenschein. Teraz – po ponad 15 latach rozmów – do tego grona dołączyła Isabelle Huppert. Wyobrażasz sobie ten film bez niej?
U.O.: Cieszę się, że tytułową bohaterkę wykreowała francuska aktorka. Znam tę kulturę od dzieciństwa. Choć oczywiście wiele innych, wspaniałych artystek również pasowałoby do tej roli. Początkowo planowałam, że Elżbietę Batory zagra Tilda Swinton. Isabelle Huppert miała jej partnerować, jednak okazało się, że bardziej interesuje ją postać krwawej hrabiny. To dość nietypowa dla niej kreacja. Isabelle najczęściej gra psychologiczne role, przywykła do rozbudowanych dialogów. Tym razem musiała zmierzyć się z zupełnie innym zadaniem. Sporo o tym rozmawiałyśmy. Na planie czasami czuła się niepewnie. Pytała: „Ulrike, naprawdę sądzisz, że to się sprawdzi?”. Odpowiadałam, że jest cudownie, dokładnie o to chodzi. Ostatecznie była bardzo zadowolona z efektu.
PAP: Isabelle Huppert przywykła do psychologicznych kreacji, a ty do tego, że sama piszesz i reżyserujesz filmy, odpowiadasz za pracę kamery, jesteś współproducentką, masz decydujący głos w kwestii w kwestii scenografii i kostiumów. „Krwawa hrabina” to pierwszy obraz, w którym realizację zdjęć powierzyłaś operatorowi. Dlaczego właśnie Martin Gschlacht zdobył twoje zaufanie?
U.O.: Jest wspaniałym operatorem. Nikt nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast muszę przyznać, że pierwszy tydzień był trudny dla nas obojga. Martin nie pracował dotąd z reżyserem, który realizował zdjęcia. Ja łapałam się na myśli, że pewne rzeczy chciałabym zrobić nieco inaczej. Ale szybko poczuliśmy, że dochodzimy do porozumienia. Przygotowaliśmy się do wejścia na plan. Cztery tygodnie wcześniej stworzyliśmy storyboard, dzięki czemu praca przebiegała sprawniej. Martin miał dużą ekipę. Przy żadnym z moich dotychczasowych filmów nie pracowałam z tak licznym zespołem operatorskim. Jednak czasy się zmieniły. Ludziom wydaje się, że kino cyfrowe jest łatwiejsze w realizacji. Wręcz przeciwnie, to znacznie bardziej skomplikowane. Doceniam wiedzę Martina na temat kina i technik cyfrowych. Uważam, że bardzo dobrze wywiązaliśmy się z zadania.
PAP: O pomoc w rozwinięciu dialogów zwróciłaś się do austriackiej laureatki literackiego Nobla Elfriede Jelinek. Należycie do tego samego pokolenia feministek, znacie się od lat 70., gdy „Madame X – absolutna władczyni” weszła do kin w RFN. Jesteście bratnimi duszami?
U.O.: Nie, to po prostu wspaniała współpraca. Kiedy miałam ukończony scenariusz, zapytałam Elfriede, czy pomogłaby mi nadać dialogom wiedeńskiego sznytu. Zgodziła się, usiadłyśmy wspólnie nad tekstem. Rozmawiałyśmy i pisałyśmy, świetnie się przy tym bawiąc. Później wysłała mi kilka pomysłów do ewentualnego wykorzystania. Napisała, że mogę zrobić z nimi, co chcę. Bardzo spodobała mi się jej szczodrość. Postąpiłam tak, jak zasugerowała. Niektóre fragmenty wplotłam do scenariusza, inne pominęłam.
PAP: Zatrzymajmy się jeszcze przy „Madame X – absolutnej władczyni”, ponieważ jest to film szczególny. Przyniósł ci międzynarodowe uznanie, ale też krytykę ze strony części środowiska feministycznego. Niektórym kobietom nie spodobało się, że w dowcipny sposób wypunktowałaś tendencję do kopiowania patriarchatu w żeńskiej odsłonie.
U.O.: Najbardziej ortodoksyjne feministki były wściekłe. Chciały po prostu obejrzeć film, a mnie zależało na wywołaniu refleksji. W ruchu feministycznym były kobiety, które wcielały się w Madame X. Dlatego postanowiłam coś z tym zrobić. Dla niektórych było na to za wcześnie. Wiesz, ilekroć dochodzi do rewolucji, pojawiają się obawy, że nowa idea wyprze starą i ludzie stają się szczególnie wyczuleni na krytykę. W tym wypadku negatywne głosy pochodziły ze środka, nie z zewnątrz. W Stanach Zjednoczonych „Madame X – absolutna władczyni” stała się ikoną ruchu kobiecego, a w Niemczech przypadła do gustu wielu intelektualistom i artystom. Absolutnie czułam się częścią ruchu feministycznego. Nawet jeśli nie byłam tak ortodoksyjna, jak niektórzy by sobie tego życzyli.
PAP: W ramach wrocławskiej retrospektywy twojej twórczości przypomniane zostaną również dokumenty „Prater” i „Paryskie kaligramy”. Co daje ci kino dokumentalne, czego nie dają fabuły?
U.O.: Podążam za swoimi zainteresowaniami. Czasami dokument wydaje się właściwszą formą dla danej historii. W filmach fabularnych w większym stopniu tworzysz świat przedstawiony. On może być inspirowany codziennym życiem i twoimi doświadczeniami, ale nadal mówimy o kreacji. Z kolei kino dokumentalne jest bardziej nastawione na dialog. Ludzie, którzy pojawiają się przed kamerą, wiedzą, że filmujesz ich, ponieważ naprawdę się nimi interesujesz. To swego rodzaju przyjacielski spisek. Robisz film, ponieważ chcesz dowiedzieć się czegoś nowego.
PAP: Jesteś bardzo aktywną twórczynią. Aktualnie przygotowujesz sceniczną adaptację „Trąbki do słuchania” Leonory Carrington dla Gorki Theater w Berlinie. Jak być młodą, entuzjastycznie nastawioną do pracy osobą w wieku 84 lat?
U.O.: Nie myślę o tym. Napędzają mnie różne tematy. Już w 1991 r. postanowiłam stworzyć adaptację wspomnianej powieści. Z Leonorą Carrington spotkałam się w Stanach Zjednoczonych, gdzie odbywała się retrospektywa moich filmów. Spędziłyśmy tydzień w Chicago, robiłyśmy mnóstwo zabawnych rzeczy. Pojechałyśmy do Oak Park, oglądałyśmy architekturę Franka Lloyda Wrighta, odwiedzałyśmy muzea. W magicznych, surrealistycznych obrazach Leonory widać fascynację Laponią i reniferami. Kiedy zobaczyła w moim filmie ludzi jeżdżących na reniferach, była zachwycona.
Bardzo miło wspominam ten czas. Zależało mi, by doprowadzić projekt do końca, ale to - znowu - dłuższa historia. Mówiąc w skrócie, miał on powstać w międzynarodowej koprodukcji. Do udziału zaprosiłam wspaniałe aktorki teatralne w wieku od 70 do 92 lat, bo tego wymagał utwór. Przedsięwzięcie nie doczekało się realizacji, ponieważ ubezpieczenie dla starszych kobiet okazało się zbyt kosztowne. To było niewiarygodne. Teraz otrzymałam następną szansę zrealizowania tego materiału. Mam również nadzieję, że uda mi się nakręcić kolejny film, którego wcześniej nie mogłam zrobić. Będę szczęśliwa, jeśli tak się stanie.
Rozmawiała Daria Porycka
Ulrike Ottinger (ur. 1942 r.) jest niemiecką reżyserką filmową, teatralną i operową, scenarzystką, autorką zdjęć, producentką, fotografką. W 1961 r. wyjechała do Paryża, gdzie pracowała jako artystka niezależna oraz uczęszczała na wykłady z historii sztuki, etnologii i religioznawstwa na Sorbonie. Pod koniec dekady wróciła do kraju. W latach 1972-1973 zrealizowała swój debiutancki film „Laokoon i synowie. Dzieje przemian Esmeraldy del Rio”. W tym samym czasie przeniosła się do Berlina, gdzie mieszka do dziś. Do jej najsłynniejszych obrazów należą m.in. „Madame X – absolutna władczyni”, „Freak Orlando”, „Dorian Gray w zwierciadle prasy brukowej”, a także nominowana w 1989 r. do Złotego Niedźwiedzia „Mongolska Joanna d’Arc”. W 2020 r. twórczyni została uhonorowana Berlinale Camera.
Retrospektywa twórczości Ottinger, przygotowana we współpracy z Goethe-Institut, jest prezentowana podczas 26. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Wydarzenie potrwa do 2 sierpnia, a jego odsłona online – do 9 sierpnia. (PAP)
dap/ aszw/ ał/