Zarejestrował działalność jako cyrk, żeby sprzedawać dzikie zwierzęta. Usłyszał wyrok
Na dwa lata więzienia poznański sąd skazał w poniedziałek właściciela hodowli dzikich zwierząt w Pyszącej (pow. śremski, woj. wielkopolskie). Maciej M. przez kilka lat, formalnie prowadząc cyrk, handlował zwierzętami, które przetrzymywał w warunkach zagrażających ich życiu i zdrowiu.
W 2017 r. na terenie hodowli Macieja M., zarejestrowanej jako cyrk, policja znalazła niemal 300 zwierząt, w tym okazy gatunków chronionych. Były wśród nich m.in. tygrysy, lamparty, rysie, antylopy czy pumy. Stan sanitarny pomieszczeń i wybiegów miał zagrażać życiu i zdrowiu przetrzymywanych zwierząt. Część z nich ewakuowano do polskich ogrodów, a część przyjęły europejskie azyle dla dzikich zwierząt. Proces właściciela hodowli zaczął się w 2019 r.
W poniedziałek Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał właściciela hodowli w Pyszącej za winnego m.in. znęcania się nad zwierzętami, łamania praw pracowniczych, fałszerstwa, przywłaszczenia zwierzęcia czy spowodowania zagrożenia dla życia i zdrowia wielu osób. Sąd skazał mężczyznę na dwa lata więzienia, a także orzekł przepadek części jego zwierząt. Maciej M. został też objęty zakazami posiadania wszelkich zwierząt oraz prowadzenia jakiejkolwiek działalności związanej z hodowlą i utrzymaniem zwierząt przez 10 lat. Ma także zapłacić m.in. łącznie 100 tys. zł nawiązki na cel związany z ochroną zwierząt.
W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Joanna Rucińska zaznaczyła, że działalność oskarżonego była niewłaściwie nadzorowana przez powołane do tego służby weterynaryjne.
W poczuciu całkowitej bezkarności, pod pozorem prowadzenia cyrku, nabywał i hodował coraz to więcej gatunków zwierząt, w tym takich, których posiadanie w jego sytuacji było zabronione. Przy czym zwierzętom tym nie zapewniał właściwych warunków bytowania i dodatkowo narażał wiele przypadkowych osób na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty zdrowia czy nawet życia, w związku z niewłaściwym zabezpieczeniem klatek
Sędzia dodała, że ośrodek prowadzony przez Macieja M. został w 2012 r. dopuszczony do prowadzenia hodowli zwierząt na potrzeby pokazów, edukacji, ochrony i zachowania gatunków. Zaznaczyła przy tym, że choć oskarżony stworzył dwa scenariusze pokazów cyrkowych w jego hodowli nie odbyły się jakiekolwiek pokazy edukacyjne. Według sądu Maciej M. zarejestrował taką działalność tylko po to, by móc zgodnie z przepisami posiadać niebezpieczne okazy np. duże drapieżne koty.
Miał pełną świadomość, że jego działanie jest sprzeczne z obowiązującymi przepisami. Wypowiadając się na forum internetowym wskazywał, że mimo rozporządzenia zabraniającego hodowli tych zwierząt, rozbudowuje hodowle i pisał w następujący sposób: „Wszystkie zwierzęta z pierwszej i drugiej kategorii rejestruję na cyrk. Ustawa mówi wyraźnie - cyrki i zoo - więc jestem cyrkiem, i pewne gatunki zwierząt mogę trzymać w przyczepie, jak to w cyrku bywa
Sędzia zaznaczyła, że Maciej M., naruszając przepisy, prowadził działalność zarobkową polegającą na przetrzymywaniu i handlowaniu zwierzętami ponad 300 gatunków. Dodała, że co najmniej od listopada 2014 r. oskarżony utrzymywał zwierzęta w niewłaściwych warunkach, powodując ich cierpienie i częściowo zagrażając ich zdrowiu i życiu.
Podkreśliła przy tym, że zabezpieczenia ośrodka były niewystarczające, np. w pomieszczeniach pum, rysiów czy lampartów, a pracownicy Macieja M. nie byli odpowiednio wyposażeni i przeszkoleni, by działać w przypadku ucieczki niebezpiecznych zwierząt. - W pomieszczeniu dwóch samców tygrysa stwierdzono przerwanie siatki stanowiące górne osiatkowanie pomieszczenia, co również stwarzało realne zagrożenie wydostania się drapieżników - wymieniała sędzia.
Maciej M., pomimo zdarzających się ucieczek zwierząt, w tym niebezpiecznych, lekceważył uwagi pracowników zgłaszających potrzebę i konieczność modernizacji hodowli. Nie reagował na niszczenie infrastruktury i zabezpieczeń
W czasie trwającego od 2019 r. procesu oskarżony nie przyznał się do popełnienia większości zarzucanych mu czynów, jednak w ocenie sądu jego wina, szczególnie w odniesieniu do przepisów o ochronie zwierząt, nie budzi wątpliwości.
Wymiar kary wymierzonej w poniedziałek przez sąd odpowiada temu, o co pod koniec procesu wnioskowała prokuratura. Maciej M., ani jego przedstawiciel nie pojawili się na ogłoszeniu wyroku. Poniedziałkowe orzeczenie nie jest prawomocne.
Anna Plaszczyk z Fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt VIVA rozmawiając po wyroku z dziennikarzami podkreśliła, że nie spodziewała się tak wysokiej kary dla oskarżonego. - To jest bardzo dobre. Takie wyroki powinny zapadać w tak drastycznych i kontrowersyjnych sprawach - powiedziała.
Zaznaczyła przy tym, że orzeczone w poniedziałek od oskarżonego nawiązki są jednymi z najwyższych w Polsce zasądzonych w sprawach dotyczących ochrony zwierząt. - Ten wyrok, ten wymiar kary, ma uchronić zwierzęta przed naśladowcami oskarżonego - oceniła.
Dodała, że w sprawie hodowli z Pyszącej toczy się też osobny proces, w którym odpowiada m.in. powiatowy lekarz weterynarii i jedna z pracownic inspekcji, która kontrolowała działalność Macieja M. (PAP)
szk/ mark/ kgr/