Amélie Bonnin: „Przepis na szczęście” dał mi poczucie wolności [WYWIAD]
Ten film uświadomił mi, że mogę zrobić coś na własnych zasadach, dał poczucie wolności. Może jeszcze nie idealnej, niczym nieskrępowanej, ale to dopiero początek - powiedziała PAP Amélie Bonnin. Jej pełnometrażowy debiut „Przepis na szczęście” od piątku w kinach.
W pierwszych kadrach lekkiej, muzycznej opowieści Bonnin zabiera widzów do Paryża, gdzie Cécile (grana przez piosenkarkę Juliette Armanet) przygotowuje się do otwarcia własnej restauracji. Razem ze swoim partnerem życiowym i zawodowym Sofianem (Tewfik Jallab) dba, by menu było dopracowane w każdym calu. Po wygranej w telewizyjnym programie kulinarnym nie może narzekać na brak zainteresowania. Kiedy od osiągnięcia celu dzielą ją ostatnie dni, Cécile dowiaduje się, że zaszła w ciążę. Nie jest to dla niej dobra wiadomość. Nie chce mieć dzieci, coraz częściej czuje się samotna w związku. Na tym nie koniec komplikacji. Okazuje się, że ojciec kobiety (François Rollin) miał atak serca, dlatego ona jak najszybciej musi wrócić do rodzinnego miasteczka. Tam Cécile spotyka swoją nastoletnią miłość Raphaëla (Bastien Bouillon) i odnawia z nim kontakt. Mężczyzna prowadzi spokojne życie na prowincji. Jest mechanikiem, ma żonę i synka. Jednak w głębi duszy pozostaje wciąż tym samym niesfornym chłopakiem, który skradł serce Cécile. Wspomnienia odżywają, a kobieta traci pewność, czy praca restauratorki jest najlepszym scenariuszem na przyszłość.
PAP: Cécile jest 40-latką, która postanawia spełnić marzenie o otwarciu własnego biznesu. W ubiegłym roku, gdy twoja debiutancka pełnometrażowa fabuła ujrzała światło dzienne, sama przekroczyłaś czterdziestkę. Ten film był prezentem, jaki sprawiłaś sobie na urodziny?
Amélie Bonnin: Ostatnio uświadomiłam sobie, że teraz rozumiem swój film o wiele lepiej niż wcześniej. Dostrzegam, że dotyka także mojego życia. I rzeczywiście mógłby być moim prezentem urodzinowym.
Czterdziestka to ważna cezura w życiu kobiety. Skupiłam się na tym etapie, ponieważ w tym wieku decyzja o posiadaniu dziecka nie jest już tym samym co we wczesnej młodości. Kiedy masz 24 lata, możesz przemyśleć, czy chcesz zajść w ciążę teraz, czy w przyszłości. Albo czy w ogóle kiedykolwiek chcesz zostać matką. Wiesz, że masz czas, więc nie czujesz presji. Dla 40-letniej kobiety to decyzja z kategorii „teraz albo nigdy”. Tak przynajmniej twierdzi społeczeństwo.
PAP: „Przepis na szczęście” jest rozwinięciem krótkiego metrażu, który zrealizowałaś w 2021 r. Tamten film miał być ćwiczeniem warsztatowym, początkiem czegoś większego?
A.B.: Nakręciłam krótki metraż, ponieważ bardzo chciałam wyreżyserować film. Uznałam, że na mniejszą formę łatwiej pozyskuje się pieniądze, dzięki czemu szybciej przystąpię do pracy. Cóż, okazało się, że to niezupełnie prawda. Nie planowałam, że w przyszłości ten utwór zamieni się w pełnometrażową fabułę. Nie byłam członkinią branży filmowej. Moi rodzice też do niej nie należeli. Przez rok studiowałam scenopisarstwo, lecz nie sądziłam, że kiedykolwiek zostanę reżyserką. Po prostu postanowiłam spróbować swoich sił.
PAP: Pamiętasz, kiedy poczułaś w sobie gotowość, by stanąć za kamerą?
A.B.: Może nie tyle gotowość, ile potrzebę. 13 lat temu właściwie przypadkowo stworzyłam dokument. Mój wujek był rzeźnikiem w małej miejscowości we Francji, tak jak wcześniej dziadek i inni mężczyźni w rodzinie. Kiedy przechodził na emeryturę, wyznał, że marzy mu się pamiątkowy film. Ponieważ studiowałam wtedy na uczelni artystycznej, postanowiłam nakręcić coś nieskomplikowanego. Odwiedziłam wujka i zarejestrowałam jego wspomnienia. Złapałam się wówczas na myśli, że sprawia mi to przyjemność. Wiedziałam, że po tym doświadczeniu trudno mi będzie wrócić do innych zajęć. Krótkometrażową fabułę, o której wspomniałaś, zrealizowałam pięć, siedem lat później. Nie od razu się na to odważyłam, ale czułam, że bardzo chciałabym reżyserować.
PAP: Pierwszoplanowym bohaterem tamtego obrazu był Julien, grany przez Bastiena Bouillona. To on powracał w rodzinne strony. W pełnometrażowej fabule zmieniłaś perspektywę na kobiecą, powierzając główną rolę Juliette Armanet. Skąd ten pomysł?
A.B.: Właściwie nie wiem, dlaczego w centrum krótkiego metrażu umieściłam mężczyznę. Dlaczego potrzebowałam kilku lat, by zrozumieć, że łatwiej byłoby opowiedzieć o kobiecie? Przecież jestem feministką. Zresztą nie wiem, jak można nią nie być we współczesnym świecie. To nasz obowiązek, nie wybór. Pełnię funkcję dyrektorki artystycznej w piśmie feministycznym. Kwestie równouprawnienia, walki z patriarchatem i dyskryminacją są dla mnie bardzo ważne. Mam dwóch synów, w których chcę zaszczepić te idee. To jest moim kluczowym zadaniem.
PAP: W pracy i życiu lubisz mieć przewodniczki, muzy?
A.B.: Oczywiście. Myślę w tym kontekście zwłaszcza o Agnès Vardzie, która była pierwszą kobiecą przedstawicielką francuskiej Nowej Fali. Zaczynała tworzyć w trudnych, wymagających czasach. Była w cieniu swoich kolegów: Jeana-Luca Godarda, Erica Rohmera, François Truffauta. Tylko nieliczne kobiety zostawały wówczas reżyserkami – jej się udało.
Inspiruje mnie jej nastawienie do pracy i życia. Varda pragnęła wolności. Do kina przyszła ze świata fotografii. Nie interesowały jej blichtr, show-biznes. Była artystką, chciała po prostu robić filmy - i takie podejście jest mi bliskie. Uwielbiam też Kate Winslet, która dzięki wyjątkowej osobowości zdobyła silną pozycję w branży. W swojej filmografii ma role zarówno w kultowych produkcjach, takich jak „Titanic” Jamesa Camerona czy uwielbianej przez publiczność komedii romantycznej „Holiday” Nancy Meyers, jak i kreacje melodramatyczne – chociażby w „Drodze do szczęścia” Sama Mendesa. Jest niesamowicie utalentowana.
PAP: Poza tym celnie punktuje panującą w branży obsesję na punkcie wyglądu. Gdy pogratulowano jej odwagi, bo wystąpiła nago w jednej ze scen „Lee. Na własne oczy”, odparła, że dla niej aktem odwagi jest ratowanie życia ludziom w trakcie pandemii. Pokazanie się przed kamerą bez biustonosza i wypełniaczy to ludzka rzecz.
A.B.: To prawda. Świetnie radzi sobie z dziennikarzami, jej odpowiedzi są zawsze celne, dowcipne, aczkolwiek stanowcze. Inspiruje mnie również Juliette Armanet. Poznałam ją jako piosenkarkę i od początku podziwiałam za charakter.
Choć nie poznałam osobiście wszystkich moich muz, uważam, że tym, co je łączy, jest wewnętrzna siła. Dzięki niej dotarły na szczyt. Każda z nich miała inną drogę, inny sposób na to, jak funkcjonować w tym świecie na własnych zasadach. Też chcę taka być.
PAP: Również filmowa Cécile pragnie żyć po swojemu. Tymczasem otoczenie ciągle wpędza ją w poczucie winy. Partner ma jej za złe, że nie powiedziała mu o ciąży. Ojciec nie może się pogodzić z tym, że opuściła rodzinne miasto. Jak wspomniałaś, twoi rodzice nie należeli do środowiska artystycznego. Czy wybierając zawód, miałaś poczucie bycia niezrozumianą?
A.B.: Już jako dziecko lubiłam rysować. Marzyłam o tym, by podążać artystyczną drogą. Udało mi się to także dzięki wspaniałym, wspierającym rodzicom. Nie musiałam się buntować ani robić niczego wbrew ich woli. Dopiero na studiach w Paryżu poczułam się outsiderką. Niemal wszyscy moi koledzy dorastali w intelektualnym środowisku - ich rodzice byli architektami, reżyserami, nauczycielami jogi. Ja o sztuce nie wiedziałam praktycznie nic, ale byłam jej bardzo ciekawa. Wszystko wydawało mi się nowe i cudowne. „Przepis na szczęście” uświadomił mi, że mogę zrobić coś na własnych zasadach, dał mi poczucie wolności. Może jeszcze nie idealnej, niczym nieskrępowanej, ale to dopiero początek.
PAP: Postawiłaś na musicalową konwencję. Jesteś fanką takich produkcji?
A.B.: Uwielbiam ten gatunek. Gdy byłam mała, zafascynował mnie kanadyjsko-francuski musical „Starmania”. Słuchałam go godzinami, siedząc w swoim pokoju, znałam na pamięć wszystkie piosenki. Na pomysł nakręcenia filmu muzycznego wpadłam, zanim wymyśliłam fabułę. Jednak muzyka filmowa to coś zupełnie innego niż utwory, których słuchamy na co dzień – najczęściej jest pozbawiona słów. Postanowiliśmy, że nasz film będzie odzwierciedlał rolę, jaką w rzeczywistości odgrywa muzyka. Ona przywołuje wspomnienia, podkreśla emocje, towarzyszy nam w różnych momentach.
PAP: W maju ubiegłego roku twój film – jako pierwszy w historii festiwalu w Cannes debiut reżyserski kobiety – wyświetlono tuż po gali otwarcia. Jakie to uczucie?
A.B.: Muszę przyznać, że dość surrealistyczne. Jeszcze dzień wcześniej przyjeżdżasz do Cannes z nadzieją na dobre przyjęcie filmu, liczysz na życzliwe recenzje, które pozwolą myśleć o kolejnym projekcie, a już następnego dnia okazuje się, że „Przepis na szczęście” obejrzeli wszyscy.
Obecność na tym festiwalu otwiera wiele drzwi. Ułatwi mi realizację drugiego filmu, pomoże też na poziomie ogólnoludzkim. W Cannes poznałam innych twórców. Rzadko się o tym mówi, ale choć na planie otaczają nas współpracownicy, to jednak praca reżysera jest bardzo samotnicza. Dlatego możliwość rozmowy z ludźmi, którzy wykonują tę samą pracę, jest bezcenna. Festiwal canneński dał mi siłę i inspirację do dalszej pracy.
Rozmawiała Daria Porycka
Amélie Bonnin (ur. w 1985 r. w Chateauroux) studiowała projektowanie graficzne w Paryżu i Montrealu oraz scenopisarstwo w paryskiej La Fémis. Zanim zadebiutowała w kinie fabularnym, zrealizowała dokumenty „La mélodie du boucher” oraz – wspólnie z Aurélie Charon – „La Bande des Français”. Jej debiutancki krótkometrażowy obraz „Partir un jour” z Bastienem Bouillonem i Juliette Armanet w obsadzie doceniono w 2023 r. Cezarem. Będąca rozwinięciem tego obrazu pełnometrażowa fabuła „Przepis na szczęście” w 2025 r. zainaugurowała festiwal w Cannes. Pracę w branży filmowej Bonnin łączy z obowiązkami dyrektorki artystycznej magazynu „La Déferlante” i projektu Radio Live.
Od piątku „Przepis na szczęście” można oglądać w polskich kinach. Scenariusz Bonnin współtworzyła z Dimitrim Lucasem. Za zdjęcia odpowiada David Cailley. Dystrybutorem jest Aurora Films. (PAP)
dap/ wj/ miś/ kgr/