Amerykanista: Trump unika tematów zagranicznych, bo nie chce ryzykować przed wyborami
Sprawy zagraniczne stanowiły niewielką część przemówienia prezydenta Trumpa o stanie państwa. To dlatego, że jego celem była mobilizacja republikańskiego elektoratu, dla którego polityka zagraniczna jest kontrowersyjna – powiedział PAP amerykanista Rafał Michalski.
Jak zauważyły amerykańskie media, rekordowe, 107-minutowe wystąpienie Donalda Trumpa, które wygłosił we wtorek wieczorem w Kongresie, zostało zdominowane przez sprawy krajowe. Prezydent pozostał według Politico na „bezpieczniejszym” krajowym gruncie polityczno-gospodarczym i nie wspomniał np. o sporze z sojusznikami Ameryki wokół Grenlandii. Ukrainie prezydent poświęcił zaledwie kilka zdań.
Według Rafała Michalskiego, amerykanisty związanego z portalem Układ Sił, nie ma w tym nic zaskakującego, bo prezydent Trump chciał przede wszystkim zmobilizować swoim orędziem coraz mniej aktywny od jesieni elektorat republikański, który „interesuje się sprawami krajowymi, a nie zagranicznymi”. Przypomniał, że w listopadzie odbędą się wybory uzupełniające do Kongresu (ang. midterms), które są swoistym referendum na temat skutków polityki krajowej prezydenta.
"Obrazek amerykańskiego żołnierza walczącego na terenie obcego kraju, jest naprawdę ryzykowny wyborczo, dlatego Trump unikał wszystkich kontrowersyjnych kwestii, a taka jest przecież polityka zagraniczna".
Michalski zwrócił uwagę, że podobnie rozumują demokraci, bo w odpowiedzi na orędzie prezydenta, demokratka Abigail Spanberger, gubernator Virginii, także mówiła bardzo mało o kwestiach zagranicznych i skupiła się na sprawach krajowych.
Słabnące poparcie dla Trumpa
Według prof. Piotra Mickiewicza z Uniwersytetu Gdańskiego, eksperta ds. spraw stosunków międzynarodowych, nad republikanami wisi widmo przegranej, dlatego orędzie Trumpa miało być „ucieczką do przodu”.
– Republikanie widzą, że mogą przegrać jesienne wybory, dlatego prezydent chciał pokazać w swoim wystąpieniu, że skutecznie zajmuje się polityką wewnętrzną – ocenił w rozmowie z PAP prof. Mickiewicz i przypomniał, że do wyborów prezydenckich Trump szedł pod hasłem ożywienia gospodarczego i podniesienia poziomu życia Amerykanów, ale wyborcy nie są zadowoleni.
Według amerykańskiej sondażowni Pew Research po roku funkcjonowania drugiej administracji prezydenta Trumpa, opinie Amerykanów o jego rządach – już i tak bardziej negatywne niż pozytywne – nadal się pogarszają. Jak pokazało badanie przeprowadzone w dniach 20-26 stycznia wśród ponad 8,5 tys. 8512 dorosłych Amerykanów, połowa respondentów uważa, że działania Trumpa były gorsze, niż się spodziewali.
Wskaźnik poparcia dla Trumpa wynosi 37 proc. w porównaniu z 40 proc. jesienią. Tylko około jedna czwarta Amerykanów (27 proc.) deklaruje obecnie poparcie dla całości lub większości polityki i planów Trumpa, w porównaniu z 35 proc., kiedy wracał do władzy rok temu. Ta zmiana nastąpiła - według Pew Research - wyłącznie wśród Republikanów.
Trump unikał w orędziu spraw związanych z polityką zagraniczną, które nie zostały dotąd rozwiązane. O toczącej się ponad cztery lata wojnie Rosji przeciwko Ukrainie prezydent zaledwie wspomniał, podkreślając, że „bardzo ciężko” pracuje wraz z całą administracją, żeby ją zakończyć i „położyć kres rzezi 25 tys. żołnierzy każdego miesiąca”. Powtórzył znane już z wcześniejszych jego wystąpień zdanie, że do tej wojny by nie doszło, gdyby to on był prezydentem.
Nie skomentował także pogarszających się relacji z sojusznikami z NATO i amerykańskich roszczeń do Grenlandii. Przypomniał jedynie, że to na jego „usilne prośby” sojusznicy i „przyjaciele” USA z NATO zgodzili się przeznaczać 5 proc. PKB na obronność. Zauważył przy tym, że wcześniej nie płacili nawet 2 proc. „My płaciliśmy za prawie wszystko” – podkreślił.
Kwestia Iranu w przemówieniu Trumpa
Dość szeroko prezydent Trump mówił za to o Iranie. Przyznał, że USA prowadzą z Iranem negocjacje, ale jak dotąd Biały Dom nie usłyszał „sekretnych słów”, że Teheran nie będzie miał broni jądrowej. Podkreślił, że woli rozwiązać ten problem drogą dyplomatyczną, ale nie pozwoli, żeby „największy sponsor terroryzmu na świecie”, jakim jest Iran, miał broń jądrową.
"Dla prezydenta posiadanie przez Teheran broni nuklearnej to czerwona linia, sytuacja, która może zagrozić Stanom Zjednoczonym. Jest to także ta sama formuła, której użył George W. Bush w kontekście Iraku".
W jego opinii Trump chciał przez odwołanie się do poczucia bezpieczeństwa obywateli amerykańskich pokazać, jaka argumentacja stałaby za ewentualnym atakiem na Iran.
Michalski podkreślił, że Trump musiał poświęcić w orędziu więcej miejsca Iranowi, ponieważ „zbyt wiele zainwestował w tę kwestię”. Nie tylko politycznie, ale także finansowo, bo - jak wyjaśnił - przemieszczenie tak dużych sił na Bliski Wschód bardzo dużo kosztuje.
Według doniesień dzienników „New York Times” i „Washington Post” Stany Zjednoczone wysłały już do baz w Europie i na Bliskim Wschodzie ponad 150 samolotów wojskowych. Większość z nich to jednostki transportowe i tankowce. Na Bliskim Wschodzie i we wschodniej części Morza Śródziemnego zgromadziła się także amerykańska armada, składająca się z 2 lotniskowców i 14 powierzchniowych okrętów wojennych (w odróżnieniu od okrętów podwodnych przeznaczonych do walki na powierzchni morza - PAP). Na Morzu Arabskim i w Zatoce Perskiej są już m.in. lotniskowiec USS Abraham Lincoln i niszczyciele rakietowe USS Frank Petersen, USS Michael Murphy, USS McFaul i USS Mitscher. Jak podkreślają media, to największa obecność wojskowa USA w regionie od czasu inwazji na Irak w 2003 r.
– Ta demonstracja siły jest próbą wywarcia presji na reżim irański. Pokazuje też chęć powtórnego zastosowania wariantu wenezuelskiego – ocenił z kolei prof. Mickiewicz. Jego zdaniem Trump nie jest bowiem zainteresowany demokratyzacją Iranu, bo ma świadomość, że nowa władza wcale nie musi być proamerykańska. Dlatego amerykański prezydent stara się według eksperta „raczej wymusić” na istniejącym reżimie rezygnację z tego, co on uważa za zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych i uzyskać zgodę na współpracę. Przy okazji, jak podkreślił ekspert, Trump chce osłabić Chiny.
"Naciska na trzy kraje, które są znaczącymi eksporterami ropy, a jej głównym odbiorcą są przecież Chiny. Prezydent USA chce więc przejąć kontrolę nad częścią dostaw surowców energetycznych do Chin".
Jednak, jak zauważył Michalski, prezydent Trump obawia się eskalacji. Gdyby bowiem po uderzeniu na Iran sytuacja wymknęła się spod kontroli, doszłoby do destabilizacji na Bliskim Wschodzie. Dlatego Trump „miota się” - w opinii eksperta - między chęcią uporządkowania spraw irańskich, co próbował robić już w pierwszej kadencji, a strachem przed ewentualną irańską odpowiedzią. Właśnie dlatego podkreślił w swoim orędziu, że wolałby bezpieczniejsze rozwiązanie dyplomatyczne.
– Wśród republikanów jest grono, które obawia się ryzyka kolejnej wojny. Zdają sobie bowiem sprawę, że Iran dysponuje o wiele szerszym arsenałem militarnym, żeby odpowiedzieć Ameryce, niż Wenezuela – podkreślił ekspert i dodał, że atak mógłby się zakończyć spiralą, która byłaby nie do zatrzymania.
Jednak według Mickiewicza do uderzenia na Iran prawdopodobnie dojdzie, ale „w takiej formule, jaką już oglądaliśmy w czerwcu 2025 r.” przy okazji amerykańskich bombardowań irańskich instalacji jądrowych. – Amerykanie zaatakują pewnie wybranych liderów aktualnego obozu rządzącego w Iranie, po to, żeby ich wyeliminować i zastąpić politykami bardziej przychylnymi Amerykanom, a równocześnie pokazać, że Stany Zjednoczone chronią w ten sposób ludność prześladowaną przez reżim – ocenił ekspert.
Kończąc wątek irański swojego wystąpienia, prezydent Trump powiedział, że żaden naród nie powinien wątpić w determinację Ameryki, bo ta ma najpotężniejszą armię na świecie. Podkreślił, że na wzmacnianie wojska przeznaczy „bilionowy budżet”. „Nie mamy wyboru. Musimy być silni, ale miejmy nadzieję, że rzadko będziemy musieli korzystać z tej wielkiej potęgi, którą razem zbudowaliśmy. Tak działa właśnie zasada 'pokój przez siłę', bardzo, bardzo skutecznie” – powiedział.
Anna Gwozdowska (PAP)
agw/ bst/ mhr/ grg/