Były urzędnik NATO: szczyt w Ankarze był niewykorzystaną okazją [WYWIAD]
Scenariusz szczytu NATO był zbudowany wokół Donalda Trumpa, chodziło o to, by przyjechał i nie opuścił obrad wcześniej np. obrażony; w rezultacie wszyscy obniżyli oczekiwania - ocenił w rozmowie z PAP Robert Pszczel, b. dyrektor Biura Informacji NATO w Moskwie. Według niego szczyt był niewykorzystaną okazją.
PAP: Śledzi pan szczyty NATO od blisko 30 lat – najpierw jako przedstawiciel Polski, potem jako urzędnik Sojuszu, a ostatnio jako analityk. Jak na ich tle wypada szczyt w Ankarze? Jak zmieniło się w tym czasie NATO?
Robert Pszczel, dyplomata i urzędnik NATO, b. dyrektor Biura Informacji NATO w Moskwie: - NATO zmieniło się w zasadniczy sposób. Mamy też zupełnie inną sytuację międzynarodową. Weszliśmy do NATO już po zakończeniu zimnej wojny, ale byliśmy akurat świeżo po hekatombie na Bałkanach, czyli wojnie w Jugosławii. Wydawało się, że zagrożenia się skończyły, że Europa może zanurzyć się w dobrostanie. Świat nie stał, owszem, w miejscu - mieliśmy ataki 11 września, wojnę w Afganistanie. NATO dostosowywało się do nowej rzeczywistości. Kiedy w 1999 roku po raz ostatni reprezentowałem na szczycie NATO Polskę, Francuzi upierali się, że za walkę z terroryzmem odpowiadają rządy, a nie sojusz. Wydarzenia szybko to zweryfikowały, bo po 11 września pakt włączył się w wojnę z terroryzmem. W tamtym czasach NATO wiązało ogromne nadzieje z partnerstwem z Rosją. Poza tym niezależnie od kontrowersji związanych z operacją w Kosowie w 1999 roku pozycja sojuszu była niepodważalna. Mówiąc kolokwialnie, nikt NATO nie mógł „podskoczyć”. Nikt też nie kwestionował pozycji Stanów Zjednoczonych. Amerykanie, owszem, już wtedy zwracali uwagę na „burden sharing” (bardziej zrównoważony podział zobowiązań między Europą i Kanadą a USA – przyp. PAP), ale przed każdym szczytem wszyscy czekali na jakąś nową inicjatywę amerykańską. To była klasyka, ponieważ Stany Zjednoczone odgrywały rolę lidera. Przewijając szybko wydarzenia do 2026 roku, dziś z jednej strony mamy wojnę i to przez wielkie „W”, a z drugiej relatywnie osłabione Stany Zjednoczone - mocarstwo, które czuje na plecach gorący oddech Chin. Amerykanie nie byliby dziś w stanie wygrać dwóch wojen naraz.
PAP: Wojny z Rosją i Chinami, tak?
R.P.: - Niestety, skurczyły się amerykańskie zasoby, a żyjemy w dużo bardziej nieprzewidywalnym świecie, w którym panoszą się predatorzy, tacy jak Rosja. NATO stanęło przed zupełnie nowym dla siebie wyzwaniem, jakim jest wojna hybrydowa. I nie do końca sobie z tym radzi. Co gorsze, zmienił się stosunek amerykańskiej administracji do Sojuszu. Nie chciałbym nikogo urazić, ale mamy problem z jakością amerykańskiego przywództwa.
PAP: Prezydent Trump mówi, że nie jest fanem NATO, w dodatku często zmienia zdanie, ale to przecież wiemy już od 2016 roku…
R.P.: - To jest ogromny problem, który osłabia pozycję NATO. Owszem można wyjść z założenie, że pewne procesy są nieuniknione, a Trump je tylko przyspiesza, ale to nie jest do końca prawda. Jest zasadnicza różnica pomiędzy tarciami między sojusznikami i przeciąganiem liny, co zawsze miało miejsce, a kwestionowaniem fundamentów Sojuszu. Nie wiem bowiem, jak inaczej nazwać podejście obecnej administracji USA do NATO i szerzej – do tradycyjnych sojuszy. Weźmy np. antagonistyczny stosunek prezydenta Trumpa do Unii Europejskiej.
PAP: Nie sądzi pan, że NATO ma z tego powodu problem z wiarygodnością?
R.P.: - Na pewno to nie pomaga, więc aby zachować tę wiarygodność, Sojusz poświęca masę sił i środków. Co gorsze, NATO musi iść na różne kompromisy, które mają swoją cenę, co obserwowaliśmy w ostatni wtorek i środę w Ankarze. Z Traktatu Waszyngtońskiego wynika wprost, że NATO jest organizacją zrzeszającą państwa przestrzegające podstawowych standardów demokracji. Tymczasem Turcja, gospodarz szczytu, ma, jak wiadomo, z tym problem. Wymienię choćby kwestię więźniów politycznych.
PAP: Donald Trump przyjechał na szczyt tylko dlatego, że zaprosił go prezydent Recep Tayyip Erdogan, który w Europie krytykowany jest za autokratyczne zapędy…
R.P.: - Dokładnie. Odkładając na bok agendę, czyli zwiększenie wydatków na obronność, przejmowanie większej odpowiedzialności za bezpieczeństwo przez Europę i Kanadę oraz pomoc dla Ukrainy, można powiedzieć, że cały scenariusz i choreografia szczytu w Ankarze zbudowany był wokół Donalda Trumpa. Chodziło o to, żeby po pierwsze przyjechał do Ankary, a po drugie, żeby nie opuścił obrad wcześniej np. obrażony, a istniało takie ryzyko. W rezultacie wszyscy znacznie obniżyli oczekiwania, czego odzwierciedleniem była choćby bardzo krótka deklaracja ze szczytu. Deklaracja zwyczajowo opisuje obszary, w których przywódcy krajów NATO zgadzają się ze sobą. W przeszłości dokumenty te zajmowały 8-9 stron, bo zgodnych punktów było wiele.
PAP: Na szczycie w Ankarze deklaracja skurczyła się do jednej stroniczki, bo wspólnych obszarów jest niewiele?
R.P.: – Szczyt był krótki, więc i deklaracja była krótka. Stało się tak dlatego, że są problemy. Komentatorzy cieszą się z zapisu, że Rosja stanowi „długoterminowe zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilności obszaru euroatlantyckiego”, ale było to tylko powtórzenie formuły z poprzedniego szczytu w Hadze. Za „sukces” uznano też to, że potwierdzono artykuł 5. (Traktatu Północnoatlantyckiego-przyp. PAP) itd. Mówiąc obrazowo, poprzeczkę na szczycie w Ankarze zawieszono tak nisko, że trzeba było się czołgać. Owszem, więcej się nie dało, bo realia polityczne są takie, jakie są. John Bolton, były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa, radzi Europejczykom, by zacisnęli zęby i wytrwali do 2029 roku, kiedy w USA odbędą się wybory prezydenckie. Problem w tym, że do tego czasu wiele może się zdarzyć, bo przecież świat nie zatrzyma się w oczekiwaniu na koniec drugiej kadencji Trumpa. Niestety, w Ankarze nie było dość woli politycznej, by na najwyższym poziomie politycznym przedyskutować zasadnicze kwestie. Mamy wojnę w Ukrainie, ale czy NATO ma doktrynę wobec Rosji? Nie ma!
PAP: W deklaracji Rosję uznano za zagrożenie…
R.P.: - Ale to nie jest żadna doktryna czy polityka. To samo dotyczy Chin, choć swoją drogą dziwi mnie, że Amerykanom na tym nie zależy. NATO nie ma też jakiejś wspólnej strategii wobec wojny hybrydowej, jaką przeciwko Sojuszowi prowadzi Rosja. Jesienią ub.r. rosyjskie drony latały nad bazami NATO i prowadziły rekonesans. Wszyscy na Zachodzie wiedzieli, skąd startowały i co robiły. I co? Zero odpowiedzi ze strony Sojuszu. A m.in. o tym powinni właśnie rozmawiać przywódcy na szczycie. Opinia publiczna w państwach NATO ma trochę wyższe oczekiwania od Sojuszu. Inny problem, o którym w ogóle nie rozmawiano na szczycie, to relacje między NATO a Unią Europejską i podział kompetencji w kwestii obrony, co jest kwestią zasadniczą. Dlatego uważam, że szczyt w Ankarze był niewykorzystaną okazją. Owszem, nie doszło do katastrofy, bo kilka rzeczy uzgodniono. Obawiam się jednak, że za kilka miesięcy może się okazać, iż to, co tylko „polakierowano”, wymaga gruntownego remontu. Znamienne jest to, że w Ankarze nie zdecydowano, kiedy konkretnie będzie następny szczyt NATO. Wiadomo tylko, że odbędzie się w Albanii, ale o tym zdecydowano już wcześniej.
PAP: Rozumiem, że w NATO toczy się dyskusja, czy szczyty powinny odbywać się co roku?
R.P.:- Elastyczność nie jest niczym złym. Uważam, że przywódcy mogliby spotykać się choćby online. Taki zdalny szczyt powinien odbyć się np. na początku 2026 roku, kiedy było apogeum awantury o Grenlandię. Nieprzewidywalna, antagonistyczna wręcz postawa Trumpa naraża NATO na kryzysy i w takiej sytuacji lepiej ze sobą rozmawiać niż prowadzić debatę na mediach społecznościowych.
PAP: NATO jest na zakręcie, ale paradoksalnie pozycja Polski w Sojuszu bardzo się wzmocniła. Jak zapewniał w Ankarze wicepremier, minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz jesteśmy modelowym członkiem NATO, wzorem dla innych. Chwali nas sekretarz obrony USA Pete Hegseth.
R.P.: - To prawda, z jednej strony bez Polski trudno wyobrazić sobie zapewnienie bezpieczeństwa dużej części Europy. Mamy więc powód do zadowolenia. Z drugiej zaś strony, przez te lata NATO zmieniło się, niekoniecznie na korzyść. Wchodziliśmy do organizacji, która była naszą najważniejszą polisą ubezpieczeniową, miała niekwestionowaną pozycję na świecie i była platformą, na której forum można współdecydować o różnych ważnych kwestiach. Niby dalej tak jest, ale to nie jest już takie oczywiste. Co więcej, niestety, nasza mocna pozycja w NATO nie zawsze przekuwa się na wpływy. Myślę np. o polityce Sojuszu wobec Rosji. Przez lata próbowaliśmy przekonać sojuszników do polskiego punktu widzenia, ale nas nie słuchano. W końcu wyszło na nasze, ale sojusznicy zachowują się dalej tak, jakby na Rosji znali się lepiej. Wynika to z pewnego rodzaju paternalizmu Zachodu. Innym jego przejawem jest to, że po 28 latach w NATO Polacy nie zajmują ważnych stanowisk w strukturach Sojuszu.
PAP: Generał broni Maciej Klisz objął niedawno stanowisko Szefa Sztabu w Sojuszniczym Dowództwie Sił Połączonych NATO w Brunssum w Holandii.
R.P.: - W strukturach wojskowych NATO jest nieco lepiej, gdyż pewne stanowiska przypadają Polsce z racji potencjału i wielkości armii. Trudno wyobrazić sobie, by stanowisko gen. Klisza objął Estończyk. Mamy więc tu pewne sukcesy. Ot choćby w marcu 2026 na stanowisko Cyber Championa – czyli doradcę strategicznego dowódcy NATO ds. Transformacji - został wybrany gen. dyw. Karol Molenda. W strukturach cywilnych NATO jest znacznie gorzej. A wynika to zarówno z tego paternalistycznego podejścia Zachodu, o którym wspominałem, jak nieskuteczności kolejnych polskich rządów.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ sdd/ mhr/ ał/