"Chcemy mieć znów święty spokój". Grenlandczycy przeciwni rozmowom z mediami
Kartki z przekreślonym mikrofonem i informacją, aby nie niepokoić mieszkańców pytaniami, porozwieszane są na drzwiach domów w stolicy Grenlandii, Nuuk. To skutek najazdu dziennikarzy i skupienia się uwagi świata na wyspie, na co zamieszkujący ją niewielki naród nie był przygotowany.
Na zaśnieżonym deptaku w centrum niespełna 20-tysięcznego miasteczka widać więcej kamer niż mieszkańców. Narzekają głównie reporterzy telewizyjni, którzy w 15-stopniowym mrozie szukają bohaterów do sondy ulicznej. Mają na to pięć godzin, potem zajdzie słońce. Gdy jest śnieżyca, czasu jest jeszcze mniej. – Same odmowy – mówią Włosi. Na to samo skarżą się dziennikarze z Korei Południowej.
Niewesoło jest grupie francuskich dziennikarzy, którzy zrobili sobie przerwę w ośrodku kultury Katuaq, aby się ogrzać i posilić. W pewnym momencie zaczepiają ich dwaj młodzi Grenlandczycy. – Co sądzicie o Trumpie? – pytają reporterów i wybuchają śmiechem.
Od początku stycznia, gdy prezydent USA Donald Trump ponowił groźby przejęcia Grenlandii, nie sposób uzyskać komentarza również od władz Nuuk ani umówić się na wywiad z grenlandzkim rządem. Ratusz tłumaczy, że sprawy międzynarodowe nie leżą w jego kompetencjach, a asystentka premiera Grenlandii wymawia się brakiem czasu z powodu obecnej nadzwyczajnej sytuacji.
Pracownicy Uniwersytetu Grenlandzkiego przyznają, że nie są w stanie nawet odpowiadać na maile, jakie otrzymują z całego świata. „Obecnie zapotrzebowanie na naszych ekspertów jest ogromne, (ale - PAP) jako mała uczelnia koncentrujemy się głównie na edukacji i badaniach” – wyjaśniają w oświadczeniu prasowe instytucji.
Najazd dziennikarzy z całego świata odnotowała lokalna gazeta „Sermitsiaq”, pisząc o zapełnionej recepcji jedynego dużego hotelu w mieście, nazwanego ku czci założyciela miasta Hansa Egede. Tygodnik ocenił, że tegoroczne zainteresowanie mediów jest dużo większe niż na początku 2025 r., gdy Trump zaczął mówić o przejęciu Grenlandii.
Autorka artykułu Oline Inuusuttog Olsen potwierdza w rozmowie PAP, że również do jej redakcji z prośbami o pomoc zwracają się zagraniczne media. – Jest to bardzo rozpraszające. Gdybym odpowiadała na pytania, nie miałabym czasu na nic innego – mówi.
Wielu Grenlandczyków pytanych przez PAP o powody niechęci do rozmów odpowiada, że cała sytuacja znacznie ich przerosła. Zwracają uwagę, że są małym narodem - na Grenlandii mieszka nieco ponad 56 tys. osób.
– Mamy powoli dosyć całego zamieszania, to oczywiste, że Grenlandia nie jest na sprzedaż – mówi jedna z kobiet. Od niektórych rozmówców można zarazem usłyszeć słowa wdzięczności za przekazywanie informacji o postawie wyspy.
Niektórym mieszkańcom języki rozwiązują się w barach podczas długich wieczorów. Wtedy jednak chcą mówić o dumie, pokojowym nastawieniu do świata i swoich szlachetnych sercach, nie o polityce i Trumpie.
Z Nuuk Daniel Zyśk (PAP)
zys/ akl/ kgr/