O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Polak, który od 20 lat mieszka na Grenlandii: najłatwiej przyzwyczaić się do niskich temperatur [WYWIAD]

Grenlandczycy nie są mistrzami w tłumaczeniu swojej rzeczywistości ludziom z zewnątrz. Nie mają, niestety, zbyt „pedagogicznego" podejścia do nowych przybyszów i oczekują, że każdy wie, jak jeździć skuterem śnieżnym. Trzeba więc wiele rzeczy zrozumieć samemu, obserwując, słuchając i popełniając błędy – opowiada PAP Life Adam Jarniewski, który od 20 lat razem z rodziną mieszka na Grenlandii.

Grenlandia Fot. Adobe Stock/Jonas Tufvesson
Grenlandia Fot. Adobe Stock/Jonas Tufvesson

W ostatnim roku stolica Grenlandii, Nuuk, zanotowała największy wzrost liczby zapytań w internecie ze wszystkich kierunków na świecie, gdzie można się udać na urlop w stylu „coolcation”. Czyli tam, gdzie nie ma upałów. Do zainteresowania Grenlandią niewątpliwie przyczynił się Donald Trump, który oświadczył, że odkupi wyspę od Danii, a jeśli się to nie uda, zajmie ją siłą. Jak i fakt, że w Nuuk otwarto nowe międzynarodowe lotnisko.

PAP Life: Czy to zainteresowanie cieszy Grenlandczyków?

Adam Jarniewski: I tak, i nie. Cieszą się oczywiście operatorzy i ludzie związani z turystyką. Ale, wbrew pozorom, w turystyce pracuje wciąż stosunkowo niewielu Grenlandczyków lub osób mieszkających na Grenlandii na stałe. Wynika to choćby z tego, że nasz rynek pracy jest mały i nie każdy może sobie pozwolić na pracę sezonową. Wielu operatorów przyjeżdża z zagranicy, a nawet lokalne firmy w szczycie sezonu korzystają z zagranicznej siły roboczej. W niektórych branżach ma to oczywiście sens, np. w gastronomii. Ale kiedy mieszkańcy Grenlandii widzą zagranicznych przewodników opowiadających turystom o życiu w ich kraju albo obwożących ich psimi zaprzęgami czy skuterami śnieżnymi, pojawia się pytanie, kto właściwie opowiada o Grenlandii światu i kto realnie na tej popularności zarabia.

Więcej

Picos de Europa. Fot. Maxi Perez/Adobe Stock
Picos de Europa. Fot. Maxi Perez/Adobe Stock

Pasmo górskie Picos de Europa okrzyknięte najpiękniejszym miejscem na świecie

Coraz częściej pojawia się też obawa, że turystów zacznie przybywać szybciej niż lokalnych możliwości, by ten ruch sensownie i bezpiecznie obsłużyć. A to oznacza ryzyko większej presji na przyrodę, szlaki, małą infrastrukturę, mieszkania i ceny usług. Do tego groźbę spłycania obrazu Grenlandii do kilku instagramowych atrakcji. Władze Grenlandii próbują temu przeciwdziałać: nowa ustawa turystyczna, która weszła w życie 1 stycznia 2025 roku, ma m.in. wzmacniać lokalny udział w branży i lepiej regulować rozwój turystyki.

Coraz więcej sprzeciwu budzi również masowa turystyka przypływająca do Grenlandii wielkimi statkami pasażerskimi. Grenlandzkie miasta nie są na to przygotowane i odbija się to zarówno na mieszkańcach, którym zwyczajnie przeszkadzają nagłe tłumy na wąskich ulicach, w sklepach czy małych przestrzeniach publicznych, jak i na samych pasażerach, którzy często włóczą się po miasteczku trochę bez celu.

PAP Life: Ty także organizujesz wyprawy na Grenlandię.

A.J.: Tak, ale staram się robić to trochę pod prąd, inaczej niż w masowej turystyce. Nie chodzi mi o „zaliczanie atrakcji”, tylko o poznanie miejsca od środka - spokojniej, uważniej, bliżej ludzi i codzienności. Właśnie taka filozofia stoi za projektem „Poznaj Grenlandię”.

Uważam, że na Grenlandii każdy może znaleźć coś dla siebie. Organizowałem już pobyty dla przeróżnych grup. Od rodzin z małymi dziećmi, do emerytów, którzy postanowili zobaczyć kawałek świata, o którym w młodych latach mogli jedynie pomarzyć lub poczytać u Centkiewiczów (np. książka „Anaruk, chłopiec z Grenlandii” – red.). Grenlandia daje wiele możliwości - od doświadczeń kulturowych i kulinarnych, przez trekking, rejsy i obserwację wielorybów, aż po bardziej ekstremalne zimowe wyprawy. Największą atrakcją Grenlandii jest zresztą często nie jedna konkretna rzecz, ale sama dzikość, pustka i przestrzeń. W Sisimiut, gdzie mieszkam, wystarczy wyjść za rogatki miasteczka, by wejść w tysiące kilometrów kwadratowych pustki.

PAP Life: Kiedy najlepiej jechać na Grenlandię?

A.J.: To zależy od tego, czego ktoś szuka, bo Grenlandia latem i zimą to właściwie dwa różne światy. Latem przyjeżdża się zwykle dla łodzi, wielorybów, długich polarnych dni i trekkingu. Zimą dla zorzy polarnej, psich zaprzęgów, skuterów śnieżnych, lodu morskiego i bardziej „arktycznego” doświadczenia.

PAP Life: Czy social media pokazują prawdziwą Grenlandię, czy jednak jej bardziej instagramową wersję?

A.J.: Grenlandia jest niezwykle fotogeniczna: kolorowe domki na tle gór i śniegu, do tego surowe krajobrazy, lód, morze i egzotyczne dla Europejczyka sceny z życia codziennego. Z Grenlandią w mediach społecznościowych jest trochę tak, jak ze wszystkim. Niektóre obrazy są podkręcone, ale czasem działa to też w drugą stronę i trudno pokazać na zdjęciu piękno, które naprawdę widzą oczy.

Ja mogę odnieść się do zdjęć, które sam zamieszczam. Jako mieszkaniec mam możliwość wyczekania najlepszych warunków i szansę uchwycenia momentów niedostępnych dla turystów, jak polowania, połowy czy zwykłe sceny z życia codziennego. I właśnie ta codzienność bywa często ciekawsza od pocztówkowej Grenlandii.

Podsumowując, turysta po tygodniu pobytu na pewno przywiezie do domu mnóstwo pięknych zdjęć. Ale zdjęcie nie odda ciszy, skali przestrzeni, zapachu morza, skrzypienia śniegu pod butami ani tego dziwnego uczucia, że za ostatnim domem zaczyna się już prawie nieskończona pustka.

PAP Life: Czy turyści zmienili Grenlandię?

A.J.: Na razie powiedziałbym, że jeszcze nie zmienili Grenlandii aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać z relacji zagranicznych mediów. Turystyka najmocniej zmienia obraz kraju podczas wysokiego sezonu. Wtedy trudniej zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze codzienne życie i jak rozwiązujemy problemy, przed którymi stawia nas arktyczna codzienność.

Poza sezonem wiele miejsc wraca do własnego rytmu. I właśnie wtedy najlepiej widać, że Grenlandia nie jest jeszcze jedynie „produktem turystycznym”, tylko normalnym krajem, w którym ludzie pracują, chodzą do szkoły, robią zakupy, wychowują dzieci i po prostu żyją.

PAP Life: Mieszkasz w Sisimiut już 20 lat. Na wyspę przyjechałeś za sprawą miłości - dla swojej żony Birthe, która stamtąd pochodzi. Co wiedziałeś o Grenlandii, zanim się tutaj znalazłeś?

A.J.: Kiedy wyjeżdżałem na Grenlandię 20 lat temu, było to zupełnie inne miejsce, znacznie bardziej nieznane. Mimo że słyszałem już o nim od mojej żony - wówczas jeszcze partnerki, trudno było sobie wiele rzeczy naprawdę wyobrazić. Świat też był inny: to były czasy przed YouTube’em, przed Google Street View, grenlandzki internet kulał, a informacje zdobywało się z papierowych przewodników i książek. Z dzisiejszej perspektywy mogę spokojnie powiedzieć, że miałem w głowie nazwę, mapę i kilka skojarzeń, ale nie miałem pojęcia, jak wygląda zwyczajny dzień w takim miejscu.

Więcej

Bukareszt Fot. PAP/Marcin Gadomski
Bukareszt Fot. PAP/Marcin Gadomski

W Rumunii oficjalnie mieszka 2 tys. Polaków, nieoficjalnie - nawet trzy razy więcej [NASZE WIDEO]

PAP Life: Co - z perspektywy czasu - było dla ciebie najtrudniejsze w adaptacji? A co okazało się zaskakująco łatwe?

A.J.: Zacznę od końca, od czegoś, co dla wielu osób może być najmniej oczywiste: wbrew pozorom, najłatwiej przyzwyczaić się do niskich temperatur. Na Grenlandii nauczyłem się, że przed zimnem niemal zawsze można się schronić, najczęściej wystarczy odpowiednie ubranie. Kiedy jest naprawdę zimno, można też po prostu zostać w domu. Nie można tego samego powiedzieć o upałach panujących dziś w Europie, które znoszę znacznie gorzej.

Inną nieoczywistą kwestią, do której bardzo łatwo się przyzwyczaiłem, jest ograniczony wybór artykułów w sklepach. Okazuje się, że naprawdę dobry obiad można ugotować bez 20 rodzajów jogurtu, pięciu półek gotowych sosów, rukoli przez cały rok i truskawek w styczniu. Człowiek szybko odkrywa, że mniejszy wybór oznacza czasem mniej chaosu i mniej niepotrzebnych zachcianek.

Najtrudniejsze w adaptacji było chyba to, że Grenlandczycy nie są mistrzami w tłumaczeniu swojej rzeczywistości ludziom z zewnątrz. Nie mają niestety zbyt „pedagogicznego" podejścia do nowych przybyszów i oczekują, że każdy wie, jak jeździć skuterem śnieżnym i jak przygotować silnik zaburtowy na łódce do zimy. Trzeba więc wiele rzeczy zrozumieć samemu, obserwując, słuchając i popełniając błędy. To nie jest miejsce, które od razu wszystko objaśnia.

PAP Life: Czy z Grenlandczykami łatwo się zaprzyjaźnić?

A.J.: Grenlandczycy są przede wszystkim bardzo różni, więc wszelkie proste uogólnienia są ryzykowne. Gdybym jednak miał wskazać cechy, które powracają najczęściej, powiedziałbym: spokojni, raczej niekonfrontacyjni, bardzo ceniący zgodę i święty spokój. Otwarta złość nie jest tu częstym stylem reagowania, a poczucie humoru bywa skuteczniejszym remedium niż konfrontacja.

Czy łatwo się zaprzyjaźnić? To zależy. Na pewno nie jest to kultura bardzo ekspansywna towarzysko. Relacje buduje się raczej spokojnie, bez nachalności i bez pośpiechu. Na Grenlandię przyjeżdża wielu ludzi z zewnątrz, którzy pracują tu na krótkich kontraktach. Ta rotacja sprawia, że istnieje pewien naturalny dystans wobec nowych osób i ostrożność w budowaniu głębszych relacji, zanim ktoś naprawdę się tu zadomowi. To trochę taki mechanizm ochronny przed rozczarowaniem i przed tym, że ktoś zniknie z życia równie szybko, jak się w nim pojawił.

PAP Life: Czego Grenlandia uczy o życiu, czego według ciebie nie da się nauczyć nigdzie indziej?

A.J.: Grenlandia uczy wielu rzeczy, ale jedną z najważniejszych jest chyba szacunek do siły przyrody. Uczy też pokory wobec nieprzewidywalności i cierpliwości - tutaj naprawdę nie wszystko da się przyspieszyć, zaplanować, ani „załatwić”. Pogoda, lód, morze i odległości bardzo szybko przypominają człowiekowi, że nie nad wszystkim panuje.

Tym, co ja sam wyniosłem z Grenlandii, jest wiara we własne możliwości. Tutaj nie zawsze da się kupić gotowe rozwiązanie, usługę, zatrudnić fachowca, więc często jesteśmy zdani sami na siebie. W ten sposób musiałem spróbować wielu rzeczy, których nigdy bym się po sobie nie spodziewał. Oprócz polowań na ssaki, które znałem wcześniej tylko z książek i telewizji, wybudowałem domek letniskowy na fiordzie, podłączyłem szambo do naszej kwatery dla turystów i nauczyłem się jeździć psim zaprzęgiem.

Także w życiu zawodowym w Arktyce nieraz trzeba podejmować się zadań wykraczających poza własne wykształcenie i doświadczenie. Nigdy bym się nie spodziewał, że przyjdzie mi uczyć religii czy WF-u oraz pomagać uczniom jako doradca zawodowy. Arktyka na wiele pozwala, ale i bardzo szybko odbiera człowiekowi wygodne wymówki.

PAP Life: Jak wygląda zwykły dzień w Sisimiut?

A.J.: Wbrew pozorom, pod wieloma względami niewiele różni się od zwykłego dnia w Polsce. Rano trzeba wstać, wysłać dzieci do szkoły, iść do pracy, zrobić zakupy, ugotować obiad, odebrać kogoś, coś załatwić. Życie na Grenlandii jest dużo bardziej „normalne”, niż wielu osobom się wydaje, często różni się po prostu widokiem za oknem. Największe różnice istnieją chyba w sposobach spędzania wolnego czasu. Domek letniskowy przy zamarzniętym fiordzie, polowanie na pardwę renifera z córkami, zbieranie mewich jaj czy wyprawa po lód z góry lodowej do urodzinowej whiskey dla kolegi - to nie są raczej sposoby spędzania weekendu typowej polskiej rodziny.

Oczywiście są też inne różnice: miasto jest małe, nie ma dróg między miastami, dostawy bywają opóźnione, a zimą przez pewien czas wiele spraw podporządkowuje się pogodzie. Ale sam rytm codziennego życia rodzinnego - szkoła, praca, obowiązki - pozostaje bardzo zwyczajny. To właśnie ten aspekt Grenlandii staraliśmy się przekazać w filmie „Zwykłe Życie”, dostępnym dziś na YouTubie.

PAP Life: Co dla Grenlandczyków jest „normalne”, a dla nas byłoby ekstremalne?

A.J.: Mógłbym wymienić wiele rzeczy, ale najbardziej znamienne będą chyba polowania. Na Grenlandii są częścią życia, tradycji i w wielu miejscach także systemu zdobywania pożywienia, podczas gdy w Polsce budzą ogromne kontrowersje. Myślę, że przeciętny Polak będzie potrzebował dużo cierpliwości i naprawdę szczerej chęci zrozumienia grenlandzkiego podejścia do tych kwestii, by nie wydawać zbyt szybkich osądów.

Innym przykładem, nad którym szczególnie często toczą się dziś internetowe spory, jest podejście do psów. Tu również potrzeba sporo kontekstu, by nie wydawało się od razu, że są źle traktowane. Praktycznie niemożliwe jest dodanie relacji na moich mediach społecznościowych pokazującej grenlandzkie psy bez wywołania kontrowersji i fali komentarzy, mimo że zawsze staram się ten kontekst dopisać. To działa zresztą w obie strony - również grenlandzcy członkowie mojej rodziny wracali z Polski bardzo zaskoczeni sposobem, w jaki w Europie traktuje się psy. Długo by można na ten temat dyskutować.

PAP Life: Bardzo dużo mówi się o ociepleniu klimatu. Jak to wygląda z twoich obserwacji?

A.J.: Przez wiele lat unikałem jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo wydawało mi się, że żeby mówić o klimacie na Grenlandii z pełnym przekonaniem, trzeba tu spędzić naprawdę dużo czasu. Dziś mogę już powiedzieć, że zauważyłem duże zmiany. Nawet zupełnie subiektywnie, bez zaglądania do twardych danych, które zresztą także są alarmujące.

Grenlandia stała się symbolem globalnego ocieplenia, które w mediach najczęściej pokazuje się za pomocą efektownych obrazów odrywających się od lodowca brył lodu. Tylko że taki obraz bywa mylący. My na co dzień tego lodu nie oglądamy, nikt nie mieszka przy czole lodowca. Dlatego skutkiem ocieplenia nie jest dla mieszkańca Grenlandii „kapiąca na głowę woda z lodowca”, ale raczej bardzo konkretne problemy z infrastrukturą i bezpieczeństwem.

Bardzo widocznym dla wszystkich mieszkańców Sisimiut przykładem tego zjawiska było duże zapadlisko na płycie naszego boiska, które niedługo po położeniu nowej nawierzchni przestało nadawać się do użytku. W ostatnim czasie nasz region dotknęły także pożary naturalne, bardzo trudne do ugaszenia. Jak wyjaśnił mi znajomy strażak, w związku z zanikiem wiecznej zmarzliny, ogień może tlić się w tundrze przez długi czas, a potem ponownie wybuchać.

Globalne ocieplenie dotyka również myśliwych i rybaków. Pogoda staje się coraz bardziej nieprzewidywalna, a lód morski, od którego czasem jesteśmy uzależnieni, jest coraz mniej pewny i stabilny. W tym roku, z tego powodu, w jednym z pobliskich fiordów zatonęło kilka quadów i skuterów śnieżnych. Na szczęście nie było ofiar śmiertelnych, ale możliwe, że to tylko kwestia czasu.

W tym sensie ocieplenie klimatu na Grenlandii nie jest abstrakcyjnym tematem o odległej przyszłości, tylko czymś, co coraz częściej wchodzi ludziom do domu, do portfela i do codziennych decyzji.

PAP Life: Jaki, twoim zdaniem, jest najczęściej powtarzany stereotyp dotyczący Grenlandii?

A.J.: Kiedyś odpowiedź na to pytanie była bardzo prosta - igloo, wieczne zimno i „prymitywni Eskimosi” chodzący w skórach z foki. Sytuacja z Trumpem i ogromne zainteresowanie Grenlandią ze strony mediów trochę to zmieniły. W świat poszły obrazki z wyspy, na których widać normalnie ubranych ludzi, mieszkających w zwyczajnych domach i robiących zakupy w supermarketach. To oczywiście nie zlikwidowało stereotypów ani błędnego postrzegania wielu kwestii, a jedynie przesunęło je w innym kierunku.

Obserwacja tego procesu jest dla mnie bardzo pouczająca. Pozwoliła mi lepiej zrozumieć, jak funkcjonują media i internet oraz jak tworzone są uproszczone narracje, które później zaczynają żyć własnym życiem. I, delikatnie mówiąc, nie zawsze pozwala to patrzeć z dużym respektem na część dziennikarzy, autorów książek czy wszelkiej maści youtuberów.

Wydaje mi się , że w ostatnim czasie jednym z najczęściej powielanych stereotypów, i niestety nie jedynym, jest ciągłe ukazywanie Grenlandczyków jako społeczeństwa pogrążonego w traumie duńskiej kolonizacji i całkowicie przez nią zdeterminowanego. Fakt, że Grenlandia była duńską kolonią (do 1953 roku), ma oczywiście ogromne znaczenie historyczne, ale jego konsekwencje i wpływ na współczesne życie są często wyolbrzymiane i upraszczane.

PAP Life: Ostatnio, za sprawą Donalda Trumpa i jego pomysłu, że odkupi Grenlandię, a jeśli to się nie uda, zajmie ją siłą — zrobiło się o Grenlandii głośno. Jak zareagowali na ten „pomysł” sami Grenlandczycy?

A.J.: To zainteresowanie Trumpa nie wzięło się znikąd. Grenlandia od dawna ma znaczenie strategiczne. Ale dziś doszły do tego trzy kwestie naraz: Arktyka nabiera znaczenia militarnego, rośnie zainteresowanie surowcami i szlakami północnymi, a sama Grenlandia stała się bardziej dostępna turystycznie i komunikacyjnie. Trump nie tyle „wymyślił” Grenlandię, ile wpisał ją w swoją politykę siły, biznesowego języka i geopolitycznego nacisku. USA interesowały się Grenlandią od dawna, a obecnie dochodzi do tego kwestia rywalizacji w Arktyce.

Sami Grenlandczycy zareagowali przede wszystkim zmęczeniem, irytacją i dużą nieufnością. W 2019 roku temat wywoływał raczej śmiech i falę memów, natomiast obecnie został odebrany dużo bardziej serio i z większą ostrożnością. Zdecydowana większość Grenlandczyków uważa, że aneksja przez USA oznaczałaby pogorszenie warunków życia, a nie poprawę.

Ważne jest też to, że Grenlandia nie jest „duńską kolonią pod pełną kontrolą Kopenhagi”, jak czasem upraszcza się ten temat. To autonomiczna część Królestwa Danii z własnym parlamentem i rządem. Dania odpowiada m.in. za obronę i część polityki zagranicznej, ale Grenlandia ma bardzo szeroką autonomię. Dlatego cała narracja o „kupnie Grenlandii” została odebrana nie tylko jako absurd polityczny, ale też jako brak szacunku wobec ludzi, którzy tu mieszkają. Oficjalne stanowisko Nuuk było i pozostaje jednoznaczne: „Grenlandia nie jest na sprzedaż”.

PAP Life: Czy tam na miejscu czuje się, że świat nagle przypomniał sobie o Grenlandii?

A.J.: Zdecydowanie tak. Do Nuuk zjechały dziesiątki ekip medialnych i ludzie są już tym medialnym szumem zwyczajnie zmęczeni. Paradoksalnie jednak, ta presja z zewnątrz zbliżyła część Grenlandczyków i Duńczyków, bo wobec agresywnej retoryki z Waszyngtonu spór o przyszłość wyspy musiał chwilowo ustąpić miejsca obronie podstawowej zasady: o Grenlandii mają decydować Grenlandczycy, nie cudze mocarstwa. W marcu 2025 roku po wyborach powstała też szeroka koalicja rządowa w cieniu tej presji, a bieżące wydarzenia z kwietnia 2026 pokazują, że temat wcale, niestety, nie wygasł.

PAP Life: Myślisz czasem, żeby wrócić do Polski? Czy jednak dziś to Grenlandia jest twoim miejscem na ziemi?

A.J.: Dziś to Grenlandia jest moim domem. Tu mam rodzinę i wokół tej wyspy kręci się całe moje życie - nie tylko zawodowe ale i prywatne. I, tak naprawdę, niewiele ciągnie mnie do Polski, w sensie codziennego życia.

Z drugiej strony, życie nauczyło mnie, żeby nie mówić „nigdy”. Przecież 20 lat temu też „nigdy" bym nie pomyślał, że w wywiadach będę opowiadał o swoim życiu na krańcu Arktyki. Dlatego nie wykluczam żadnego scenariusza, ale na dziś moje miejsce jest tutaj. (PAP Life)

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/moc/ag/ał/

Adam Jarniewski od 2006 r. mieszka na Grenlandii. Założył tam rodzinę, jest ojcem trzech córek. Pracuje jako nauczyciel języka angielskiego i niemieckiego oraz prowadzi działalność turystyczną. Jest autorem licznych artykułów na temat Grenlandii i dwóch książek: „Nie mieszkam w igloo" i „Listy z Grenlandii". Na swoim profilu „Poznaj Grenlandię" w mediach społecznościowych (Facebook, Instagram, YouTube) pokazuje codzienne życie na Grenlandii. Prowadzi stronę www.poznajgrenlandie.pl.

Zobacz także

  • Nowy szef dyplomacji Grenlandii Mute B. Egede. Fot. PAP/EPA/EMIL STACH DENMARK
    Nowy szef dyplomacji Grenlandii Mute B. Egede. Fot. PAP/EPA/EMIL STACH DENMARK

    Były premier Grenlandii będzie odpowiadać za kontakty z USA

  • Premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen. Fot. PAP/EPA/Mads Claus Rasmussen
    Premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen. Fot. PAP/EPA/Mads Claus Rasmussen

    Premier Grenlandii odniósł się do wpisu Trumpa: nie jesteśmy kawałkiem lodu

  • Symbol NATO i flaga USA. Zdj. ilustracyjne. Fot. PAP/EPA/NICOLAS TUCAT
    Symbol NATO i flaga USA. Zdj. ilustracyjne. Fot. PAP/EPA/NICOLAS TUCAT

    Media: Europa mogła pomóc Trumpowi i pokazać, że NATO działa w obie strony

  • Duński okręt wojenny u wybrzeży Grenlandii, fot. PAP/EPA/RITZAU SCANPIX/Mads Claus Rasmussen
    Duński okręt wojenny u wybrzeży Grenlandii, fot. PAP/EPA/RITZAU SCANPIX/Mads Claus Rasmussen

    USA negocjują z Danią dostęp do baz wojskowych na Grenlandii. "To wyraźny sygnał"

Serwisy ogólnodostępne PAP