Ciesiołkiewicz: mamy do czynienia z pewną epidemią krzywdzenia seksualnego w sieci
W ostatnich latach wzrosła skala wzrost przemocy wobec dzieci w środowisku cyfrowym. Dotyczy to także krzywdzenia seksualnego. Mamy obecnie do czynienia z pewną epidemią tego zjawiska - powiedział w piątek wiceprzewodniczący Państwowej Komisji ds. pedofilii i wykladowca Uczelni Korczaka Konrad Ciesiołkiewicz.
W piątek dr Konrad Ciesiołkiewicz wziął udział w zorganizowanej przez Sekcję Prawa Rodzinnego oraz Sekcję Praw Dziecka przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, we współpracy z Instytutem Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, konferencji pt. „Adwokat dla rodziny – Interdyscyplinarne ujęcie dobra dziecka”, w panelu dotyczącym cyfrowego bezpieczeństwa dzieci.
W rozmowie z PAP Ciesiołkiewicz stwierdził, że strefa cyfrowa jest jedyną, która nie uwzględnia praw dziecka wynikających z Konwencji o prawach dziecka, ratyfikowanej przez Polskę 25 lat temu, w tym prawa do ochrony wizerunku i innych danych osobowych. Niepokojącym zjawiskiem jest też wzrost skali przemocy wobec osób małoletnich w środowisku cyfrowym.
(Wzrost ten - PAP) niestety dotyczy także krzywdzenia seksualnego. Mamy do czynienia z pewną epidemią tego zjawiska
Wyjaśnił, że wykorzystanie seksualne z jednej strony wciąż uchodzi za temat tabu, a z drugiej zostało już znormalizowane, tzn. w niedopuszczalnych zachowaniach widzi się coś normalnego. Ma wiele form, m.in. tzw. groomingu (uwodzenia) oraz deepfake'ów, czyli zdjęć przekształconych za pomocą narzędzi sztucznej inteligencji w materiały o charakterze seksualnym.
Mocno, jak zauważył ekspert, wzrosła też liczba dostępnych w internecie materiałów prezentujących seksualne wykorzystanie dzieci (z ang. Child Sexual Abused Materials - CSAM) - w skali roku o 150-200 proc. w Polsce (wg. NASK), a o 450 proc. globalnie (według Inhope - globalnej sieci zajmującej się zwalczaniem materiałów przedstawiających molestowanie seksualne dzieci w Internecie).
- Ponad połowa z nich produkowana jest w Unii Europejskiej. Niestety, nie mamy dzisiaj narzędzi do radzenia sobie z tym - powiedział, przypominając, że 3 kwietnia wygasły unijne regulacje chroniące dzieci przed wykorzystaniem seksualnym w internecie.
Nieobowiązujące obecnie przepisy pozwalały platformom i wyszukiwarkom internetowym na wykrywanie, zgłaszanie i usuwanie CSAM.
O 127 proc. wzrosła liczba szantaży na tle seksualnym, tzn. sytuacji, w których młode osoby - zmuszone lub zmanipulowane - przesyłają intymne zdjęcia lub nagrania - a następnie są szantażowane groźbą ich upublicznienia. Zdecydowaną większość szantażowanej grupy stanowią młodzi chłopcy.
- Wykorzystywani są chłopcy ze swoją naturalną ciekawością poznawczą okresu rozwojowego 14-17 lat. Są wciągani w pewną relację, która od początku ma złą intencję, a następnie są szantażowani na tle bardzo różnym - czasami finansowym, czasami pozafinansowym. Są bardzo różne motywacje i to jest właśnie ta specyfika krzywdzenia seksualnego w sieci - ona nie zawsze ma motywacje seksualne - wyjaśnił Konrad Ciesiołkiewicz.
W rozmowie z PAP ekspert zwrócił też uwagę na młody wiek inicjacji, tzn. pierwszego kontaktu z treściami pornograficznymi w internecie. W Polsce wiek ten wynosi, w zależności od źródła, 9-11 lat. Dzieci na treści pornograficzne często trafiają przez przypadek, co zdaniem eksperta jest efektem algorytmów rekomendacyjnych, które nie uwzględniają wieku dziecka.
Czasami (trafiają na - PAP) to właśnie poprzez link, poprzez wyszukiwanie innych, nawet 1/3 badanych nastolatków twierdzi, że znalazła to niechcący, szukając innych informacji. A jak spojrzymy na dane brytyjskie, to wychodzi na to, że najwięksi dystrybutorzy treści pornograficznych dzisiaj to platformy społecznościowe
Dodał, że według badań najpopularniejszy serwis pornograficzny regularnie odwiedza 1,3 mln nastolatków.
Podkreślił, że odpowiedzialność za bezpieczeństwo korzystających z internetu dzieci spoczywa przede wszystkim na przedsiębiorstwach cyfrowych, które powinny odpowiadać jak inne przedsiębiorstwa oferujące różne dobra dla dzieci - np. filmy, zabawki czy produkty spożywcze, które zawsze muszą przejść proces certyfikacji, potwierdzający, że są bezpieczne dla dzieci.
- Sfera cyfrowa dzisiaj pozbawiona jest tego rodzaju nie tylko certyfikacji, ale też standardów, czyli tak zwanego safety by design - powiedział.
Odpowiedzialność spoczywa także na państwie, a w szczególności na Unii Europejskiej, która ma największe ambicje, żeby chronić osoby małoletnie.
Mniejsza, zdaniem Konrada Ciesiołkiewicza, jest odpowiedzialność rodziców, którzy są pozbawieni instrumentów, za pomocą których mogliby zadbać o bezpieczeństwo swoich dzieci.
Dzisiaj większość tego, o czym mówimy, dzieje się w intymnej relacji (...) - intymnej w rozumieniu: ze swoim smartfonem i z aplikacjami, które tam są. W związku z tym wpływ rodzica na to jest niestety niewielki
Dlatego, jak wyjaśnił, ważne jest wsparcie rodziców poprzez edukację, ale też odpowiednie regulacje prawne.
Według opublikowanych w ostatnim czasie wyników badania Laboratorium Badań Medioznawczych Uniwersytetu Warszawskiego (LBM UW) zdecydowana większość Polaków (65 proc.) popiera wprowadzenie prawnych ograniczeń sharentingu, przy czym niemal połowa (49 proc.) wyraża w tej kwestii pełne poparcie. Ponad połowa chce też podniesienia minimalnego wieku zakładania konta w mediach społecznościowych do co najmniej 16 lat, a 62 proc. poparłoby zakaz używania smartfonów w szkołach choćby podczas lekcji.
Badanie LBM UW zostało przeprowadzone metodą CATI na grupie 4,5 tys. osób.
Konferencję „Adwokat dla rodziny – Interdyscyplinarne ujęcie dobra dziecka” PAP objęła patronatem medialnym.
Rozmawiała Katarzyna Czarnecka (PAP)
ksc/ mark/ kgr/