O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Ewa Puszczyńska: „Ojczyzna” staje w swojej ciszy naprzeciw wrzasku świata [WYWIAD]

Uważam, że to jest małe, kruche dzieło, które staje w swojej ciszy naprzeciw wrzasku świata. Przytulam i chronię ten film. Bardzo chciałam, żeby świat także go przytulił - powiedziała PAP Ewa Puszczyńska, producentka „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego. Obraz startuje w konkursie głównym festiwalu w Cannes.

Ewa Puszczyńska. Fot. EPA/FABIAN SOMMER
Ewa Puszczyńska. Fot. EPA/FABIAN SOMMER

„Ojczyzna” to pierwsza pełnometrażowa fabuła Pawlikowskiego od czasu „Zimnej wojny”, która w 2018 r. zapewniła mu w Cannes nagrodę za najlepszą reżyserię. Scenariusz reżyser współtworzył z Henkiem Handloegtenem. Sercem opowieści są relacje niemieckiego pisarza (w tej roli Hanns Zischler) z jego córką Eriką (Sandra Hüller) i synem Klausem (August Diehl). Akcja rozgrywa się w 1949 r., w trakcie podróży z położonego w amerykańskiej strefie wpływów Frankfurtu do kontrolowanego przez Sowietów Weimaru, w którą Mann wyrusza z Eriką.

 

 

PAP: Paweł Pawlikowski stwierdził, że zaletą tego, że rzadko robi filmy, jest czas, jaki zyskuje na obserwację tego, co się dzieje. Czy właśnie uważność i wrażliwość na świat są tym, co państwa połączyło i sprawia, że wciąż chętnie ze sobą pracujecie?

Ewa Puszczyńska: Mam nadzieję, że Paweł lubi ze mną pracować. Ja z nim bardzo. Niewątpliwie jest wrażliwy na świat, a czas pomiędzy filmami daje mu możliwość filtrowania, obserwowania rzeczywistości. Mam nadzieję, że to, co teraz powiem, nie zabrzmi źle. Kocham wszystkich artystów, z którymi mam szczęście pracować. Uważam, że przekazują to, co sama czuję. Nie potrafię tworzyć, ale myślę, że mam wyczucie czasu, sztuki, świadomość, jaki projekt przygotowujemy. Z Pawłem sporo mnie łączy. Należymy do tego samego pokolenia, wiele rzeczy odczuwamy podobnie.

PAP: Tak jak jemu, bliskie jest pani poczucie bezradności Mannów?

E.P.: Bardzo. Czuję się absolutnie zagubiona w świecie, który stracił porządek, stał się światem chaosu i wrzasku. My już ze sobą nie rozmawiamy, tylko wrzeszczymy. Żyjemy w rzeczywistości podziałów, której po prostu nie rozumiem. Staram się w niej odnaleźć, ale jest to bardzo trudne. Sądzę, że Paweł ma podobnie. Tylko że on potrafi to przekształcić w sztukę, a ja nie. Mogę jedynie pomóc mu zrealizować to, co chce powiedzieć.

PAP: Co było pierwszym impulsem do stworzenia tego filmu – książka Colma Tóibína, a może zainteresowanie Pawlikowskiego postacią Manna?

E.P.: Zaczątkiem rzeczywiście był „Czarodziej”. I o ile Tóibín stworzył beletrystyczną biografię Manna i jego rodziny – fantazję na temat prawdziwej historii – Paweł zrealizował fantazję na temat fantazji. Wybrał z życia noblisty moment, który z różnych względów wydał mu się interesujący, a następnie przekształcił go na potrzeby własnej opowieści. Historycy i dokumentaliści mogą przyczepić się, że nie wszystko, co widać na ekranie, pokrywa się z prawdą. Bo przecież to nie Erika, lecz żona Manna Katia towarzyszyła mu w wyprawie do Niemiec. A Klaus popełnił samobójstwo wcześniej, nie podczas podróży rodziców. Ale Paweł nie zamierzał, wręcz nie chciał robić filmu biograficznego. Zależało mu, by „Ojczyzna” oddawała prawdę tamtych czasów, prawdę powojennego pogubienia. Wydaje mi się, że właśnie dlatego tak dobrze rezonuje z zagubieniem, jakie dzisiaj odczuwamy, z lękiem przed wojną, która – miejmy nadzieję – nie nadejdzie. Świat jest pogrążony w podobnym chaosie jak wówczas.

PAP: Dlaczego reżyser postanowił skupić się na relacji rodzicielskiej noblisty?

E.P.: O to trzeba zapytać Pawła. Akurat w tym filmie ukazał relację ojca i dorosłych dzieci. Ale też – podobnie jak w poprzednich obrazach – opowiedział o życiu jednostek w tle wielkiej historii. Bo przecież zarówno „Ida”, jak i „Zimna wojna”, pokazywały, jak historia wpływa na losy ludzi, jak próbują oni odnaleźć się w bardzo trudnych czasach.

PAP: Można więc powiedzieć, że tamte dzieła i „Ojczyzna” składają się na trylogię?

E.P.: Tak na to patrzę. Zresztą kiedyś zasugerowałam, że może powinniśmy promować ten film jako zamknięcie trylogii.

PAP: W którym momencie rozpoczyna się pani praca z Pawlikowskim?

E.P.: Jestem zwykle zaangażowana od samego początku, później czytam wersje scenariusza. Czasami dzielę się uwagami, czasami nie. Następnie organizuję produkcję. Bardzo lubię okres zdjęć. Uwielbiam etap montażu. Oglądam wszystkie materiały. Paweł ma tzw. final cut - mógł zrobić z tym filmem, co chciał. W pewnym momencie miał pomysł, by wyrzucić scenę snu. Powiedziałam mu, że postąpi, jak uzna za słuszne, ale moim zdaniem nie powinien tego robić, bo to przepiękny, wzruszający fragment. Nie wiem, na ile na jego decyzję wpłynęły moje słowa, ale ostatecznie ta sekwencja została.

À propos montażu, przypomniała mi się zabawna anegdotka. Paweł słynie z absolutnej kondensacji myśli. W jego kinie nie ma dłużyzn i tzw. waty. Każde słowo, każdy obraz jest po coś, tworzy spójną całość. Musiałam mu przypominać: tylko nie zejdź poniżej 71 minut, bo wtedy nie będziemy w konkursie głównym festiwalu w Cannes! Taki jest regulamin. Poza tym może parę razy coś zasugerowałam, ale nigdy nie mówię, co i jak ma zrobić. Paweł wie, czego chce. Jakakolwiek próba ingerencji nie ma sensu. Co innego wymiana myśli.

PAP: Wyobrażam sobie, że spotkanie artystyczne z osobowością taką jak Pawlikowski, jest olbrzymią satysfakcją. Z drugiej strony sposób działania tego reżysera, kiedy to film prowadzi twórców, a nie odwrotnie, może sprawić, że producent rwie sobie włosy z głowy...

E.P.: Nie zawsze tak jest. Jeżeli rozumie się jego sposób pracy, po prostu trzeba się na to zgodzić, mieć pełne zaufanie, bo to nie jest kaprys oscarowego reżysera, tylko głęboko przemyślany proces. Wszystko, co przychodzi w trakcie, służy temu, by film był jeszcze lepszy. Muszę podkreślić, że opowieści o Pawle kręcącym nie wiadomo ile dubli to tylko legendy. Brzmią fajnie, ale nie są zgodne z prawdą. Rzeczywiście, kiedy trzeba, Paweł powtarza ujęcia. Ale jeśli to niepotrzebne, nie robi tego tylko po to, żeby bić rekordy liczby dubli... Przyznaję, jest detalistą. Bardzo dużą wagę przywiązuje do drugiego planu. Każdy element musi się zgadzać. Żartobliwie mówiąc, wszystkie chmury muszą płynąć po niebie we właściwym kierunku, a słońce – świecić tak, a nie inaczej. Dopiero wtedy możemy kręcić film. Ale czasami robi trzy duble i na tym koniec, bo udaje mu się znaleźć najlepsze rozwiązanie. To jest fascynujące doświadczenie.

PAP: Jego proces twórczy ma coś wspólnego z tym, jakiemu hołdują Jonathan Glazer albo Jesse Eisenberg?

E.P.: Każdy z nich pracuje trochę inaczej, a jednak w jakiś sposób podobnie. Z Jonathanem pracowałam tylko raz. Nie wiem zatem, czy zawsze stosuje tę samą metodę. Mogę tylko powiedzieć, że każda filmowa historia wymaga właściwego sobie sposobu opowiadania i użycia właściwych narzędzi, by ją opowiedzieć. Stąd ukryte statyczne kamery w „Strefie interesów”, stwarzanie sytuacji, przestrzeni i wprowadzanie w nią aktorów, żeby w niej żyli. Zarówno dla Pawła jak i Jonathana najważniejsza jest prawda i wiarygodność. W „Ojczyźnie” kamera nie zawsze jest statyczna, ale rusza się z konkretnych powodów, nie po to tylko żeby coś się „działo”. Wszystko jest po coś, tworzy niezwykle spójną tkankę filmu.

Więcej

Paweł Pawlikowski. Fot. EPA/CLEMENS BILAN / POOL
Paweł Pawlikowski. Fot. EPA/CLEMENS BILAN / POOL

Paweł Pawlikowski: „Ojczyzna” jest najbardziej osobistym filmem, jaki zrealizowałem

PAP: Ekipę stworzyli m.in. stale pracujący z Pawlikowskim operator Łukasz Żal, montażysta Piotr Wójcik, kostiumografka Aleksandra Staszko, scenografowie Katarzyna Sobańska i Marcel Sławiński oraz kompozytor Marcin Masecki. To, że dobrze się państwo znają, usprawnia pracę?

E.P.: Często mówi się o wielkiej filmowej rodzinie trochę w cudzysłowie, ale uważam, że w naszym wypadku naprawdę tak jest. Mieliśmy osiem lat przerwy, a mimo to kiedy okazało się, że Paweł robi nowy film, wszyscy ze starej ekipy, którzy mogli, z wielką ochotą przystąpili do roboty. Rzeczywiście, to, że znamy nawzajem swoje potrzeby i oczekiwania, wiele ułatwia. Często wystarczy nam jeden gest, jedno spojrzenie. Jeszcze małe sprostowanie. Tym razem Marcin Masecki nie komponował muzyki do filmu, aranżował tylko piosenki, które śpiewa w filmie Joasia Kulig. Chciałabym dodać, że ekipa, z którą zwykle pracuję, była zajęta innymi projektami – częściowo moimi, częściowo nie. Prowadzę maleńką firmę i mam umowę z ukochanymi ludźmi, którzy towarzyszą mi od 30 lat. Jeżeli u mnie nie ma pracy, biorą udział w innych projektach. Dzięki temu jednak poznałam grupę wspaniałych młodych ludzi z Haka Films.

PAP: Główne role zagrali Hanns Zischler i Sandra Hüller. Pracując z tą aktorką na planie „Strefy interesów", przeczuwała pani, że niebawem znowu się spotkacie?

E.P.: Absolutnie nie. Mogę zdradzić, że Jonathan Glazer spędził trochę czasu, przekonując Sandrę, by wystąpiła w jego filmie. Ona zastanawiała się długo nad tą propozycją, przecież chodziło o sportretowanie żony komendanta obozu Auschwitz-Birkenau, jednego z najgorszych zbrodniarzy wojennych. Zgodziła się, przekonana o słuszności naszych intencji. Potraktowaliśmy tę opowieść jako ostrzeżenie. Zwróciliśmy się do widzów: proszę państwa, to mogliście być wy, ponieważ łatwo jest przekroczyć linię pomiędzy dobrem i złem. Mniej więcej w tym samym czasie na ekrany trafiła „Anatomia upadku”, gdzie Sandra zagrała pisarkę oskarżoną o zabójstwo męża. W obu rolach wypadła wspaniale.

Gdy zaczęliśmy z Pawłem rozmowy o castingu do „Ojczyzny”, było właściwie oczywiste, że Erikę powinna zagrać Sandra. Na szczęście nie trzeba było długo jej namawiać. Wspaniale jest obcować z ludźmi takimi jak Sandra i Hanns – erudyta, tłumacz, pisarz, wybitny znawca twórczości Thomasa Manna. A także z Augustem Diehlem, z którym zetknęliśmy się 20 lat temu przy „Lekcjach pana Kuki”. Dzisiaj każde z nas jest już w innym punkcie kariery. A jednak kiedy spotkaliśmy się w Berlinie, rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj! Ostatnio podczas lunchu powiedziałam, że mogę ich słuchać godzinami rozmawiających po niemiecku. Nie znam tego języka, ale przebywanie z nimi sprawia mi przyjemność. Uwielbiam pracować z takimi twórcami i przy takich projektach, przy których mogę się rozwijać – jako producent, ale przede wszystkim jako człowiek. To jest dla mnie najważniejsze. Tylko wtedy ten zawód ma sens.

PAP: Rozmawiamy tuż po światowej premierze filmu w Cannes. Jakie to uczucie dla producenta, gdy czyta w recenzjach, że „Ojczyzna” to „mistrzowsko zrealizowana odyseja”, „przenikliwe, ambitne spełnione dzieło”?

E.P.: To ogromna radość. Dla mnie tym większa, że ten obraz jest mi bardzo drogi. Uważam, że to jest małe, kruche, delikatne dzieło, które staje w swojej ciszy naprzeciw wrzasku tego świata. Cały czas przytulam ten film i chronię. Bardzo chciałam, żeby świat także go przytulił. I wygląda na to, że tak się stało.

PAP: W jednym z wywiadów przyznała pani, że odkąd zaczęła pracę producencką – czyli od 30 lat – nie była na dłuższych, choćby dwutygodniowych wakacjach, kiedy nie robiłaby nic związanego z zawodem. Kiedy ostatnio pojawiła się taka perspektywa, wezwała panią „Ojczyzna”. Czy teraz, oddawszy film publiczności, ma pani zaplanowany czas na wypoczynek?

E.P.: Czerwiec miał być takim miesiącem. Chciałam w tym czasie spokojnie przyjrzeć się innym projektom, przeczytać to, o co mnie poproszono. Okazało się jednak, że 19 czerwca „Ojczyzna” trafi do polskich kin, zatem ostatni tydzień maja i pierwsza połowa czerwca to znowu będzie praca. Oczywiście, dystrybutorem obrazu jest Kino Świat i to oni będą grać pierwsze skrzypce. Jednak zadeklarowałam gotowość pomocy, ponieważ bardzo zależy mi na dobrym przyjęciu filmu. Może zrobię sobie wolne po premierze, w drugiej połowie miesiąca. To dla mnie bardzo ważne, żeby mieć urlop właśnie w czerwcu, ponieważ uprawiam peonie, a one kwitną w tym czasie. W ubiegłym roku przegapiłam ten moment, byłam na zdjęciach, więc mam nadzieję, że w tym zobaczę kwitnące krzaki peonii w moim ogródku.

PAP: Francuska producentka filmu Jeanne Tremsal powiedziała o pani: „One-woman show”. Jak pani to robi, że mimo codziennej obecności na planie znajduje czas na inne projekty?

E.P.: Zaczęłam pracować w branży dość późno. Miałam 40 lat, ugruntowaną rodzinę – wspaniałego, wyrozumiałego męża i dwójkę dorastających dzieci, teraz są już dorosłymi ludźmi. Jestem z nich bardzo dumna. Wtedy żyli jeszcze rodzice moi i męża, na których zawsze mogliśmy liczyć. Poza tym jeśli lubi się swoją pracę, jest trochę łatwiej. Oczywiście, trzeba się pilnować. Zawsze powtarzam młodym producentom, żeby dbali o balans między życiem prawdziwym a zawodowym. Ja to w pewnym momencie przegapiłam, przeszłam bardziej na stronę zawodową. Wydawało mi się, że mogę sobie na to pozwolić, że dzieci są odchowane i już nie potrzebują mnie tak bardzo jak wcześniej. Teraz postępuję inaczej. Potrafię przesunąć różne rzeczy na później, jeśli w życiu rodzinnym dzieje się coś ważnego. Takim przykładem jest dzień 25 czerwca, kiedy miało mnie spotkać coś miłego zawodowo. Odłożyłam to, powiedziałam, że mam w tym czasie ważne wydarzenie rodzinne. A więc zaczynam utrzymywać równowagę.

Rozmawiała Daria Porycka

Ewa Puszczyńska (ur. 1955 r.) jest wielokrotnie nagradzaną producentką filmową, członkinią Polskiej, Europejskiej i Amerykańskiej Akademii Filmowej. W przeszłości była związana z Opus Film, obecnie prowadzi firmę Extreme Emotions. Wyprodukowała m.in. filmy „Ida” i „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego, „Zabij to i wyjedź z tego miasta” Mariusza Wilczyńskiego, „The Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej, „Strefa interesów” Jonathana Glazera, „Prawdziwy ból” Jessego Eisenberga oraz „Aida” Jasmili Zbanic. W 2020 r. trafiła na listę „Variety 500” obejmującą najbardziej wpływowe osoby branży medialnej na świecie. (PAP)

dap/ wj/ grg/

Zobacz także

  • John Travolta. Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN
    John Travolta. Fot. PAP/EPA/CLEMENS BILAN

    John Travolta podbił Cannes swoimi beretami. Teraz tłumaczy, skąd pomysł na te stylizacje

  • Zdjęcie z filmu „Flesh and Fuel”. Fot. Materiały prasowe
    Zdjęcie z filmu „Flesh and Fuel”. Fot. Materiały prasowe
    Specjalnie dla PAP

    Julian Świeżewski o swoim filmie, który miał premierę w Cannes: to „Brokeback Mountain” na tirach [WYWIAD]

  • Asghar Farhadi Fot. PAP/EPA/Sebastien Nogier
    Asghar Farhadi Fot. PAP/EPA/Sebastien Nogier

    Asghar Farhadi: Kieślowski zajmuje szczególne miejsce w moim osobistym panteonie twórców

  • Kadr z filmu „John Lennon: The Last Interview”. Fot. Festival de Cannes
    Kadr z filmu „John Lennon: The Last Interview”. Fot. Festival de Cannes

    W Cannes pokazano film dokumentalny o Johnie Lennonie

Serwisy ogólnodostępne PAP