Lena Frankiewicz: „Facet z papieru” pokazuje jak bardzo nie umiemy korzystać z wolności
To będzie przedstawienie o tym, jak bardzo czasami nie umiemy korzystać z wolności i jak łatwo tę wolność utracić, pozwalając się zmanipulować silniejszemu - powiedziała PAP Lena Frankiewicz, reżyserka „Faceta z papieru”. Polska prapremiera w stołecznym Teatrze Garnizon Sztuki odbędzie się w czwartek.
- Ten tekst mnie urzekł swoją konstrukcją. Uważam, że ciekawie jest spotykać teatr formy z takim aktorstwem stricte dramatycznym, a taki zabieg przez autora został wpisany w tę sztukę. Bo właściwie przez większą część tekstu aktorzy dramatyczni grają z formą lalkową, z tym tytułowym facetem z papieru - wyjaśniła Lena Frankiewicz. Oryginalny tytuł brzmi „Tata z tektury”.
Reżyserka odkryła w tym tekście „rejestry mrożkowe". - Gdzieś mi się on bardzo rymuje z „Tangiem”, z tym zderzeniem dwóch światów. Tego świata liberalnego, wolnościowego, trochę podszytego chaosem i anarchią, ale jednak także wolnością i prawem jednostki do decydowania o sobie zestawionego ze światem konserwatywnym, w którym mówi się, że musi być tak a tak. Dla mnie ten facet z papieru reprezentuje jednak figurę patriarchatu, każącego starotestamentowego Boga, strażnika moralności - oceniła reżyserka.
Według niej, żyjemy w czasach, które są coraz bardziej brutalne, gdy rzeczywistość „brunatnieje" a wszelkie konflikty są bezpardonowo rozwiązywane w sposób siłowy, dlatego „Facet z papieru” ma szansę zabrzmieć bardzo aktualnie, sportretować ten system. Jak dodała, bohaterowie zostaną wystawieni na próbę i będą musieli zdecydować, czy wybierają wolność, czy tyranię. Czy jest wygodniej poddać się po prostu silniejszemu, bo wtedy jesteśmy trochę zwolnieni z samodzielnego myślenia i decydowania o sobie.
Frankiewicz podkreśliła, że bardzo ciekawa w pracy nad tym tekstem jest zawarta w nim komedia charakterów, całej kolekcji typów, które te postaci prezentują. Po początkowym obiedzie, na który zostali zaproszeni niedawno owdowiała Ewa i jej osierocony syn Kuba, i na który ku zaskoczeniu gospodarzy przyprowadzają ze sobą nieoczekiwanego gościa, czyli wyciętą z tektury postać zmarłego męża Mikołaja, wydarzenie goni wydarzenie, suspens goni suspens. - Dlatego to jest też znakomity materiał do grania - powiedziała twórczyni przedstawienia.
Jak wyjaśniła, spektakl otwiera sytuacja jak z teatru mieszczańskiego, bo rodzina spotyka się przy stole, ale bardzo szybko ten mieszczański teatr zostaje „wysadzony w kosmos". Pojawienie się tytułowego faceta z papieru na początku wszystkich dezorientuje, są w takim szoku, że decydują się podjąć tę umowną grę. Udają, że to jest rzeczywiście żywy Mikołaj. Natomiast w przebiegu akcji pojawia się „mała bomba”, która jak najszybciej chce zdemaskować ten fałsz, tę grę pozorów - podtrzymywanie złudzenia, że mąż, który umarł miesiąc temu, nadal żyje i pretenduje do tego, żeby rządzić twardą ręką i ustawiać tę rodzinę.
Lena Frankiewicz zaznaczyła, że w toku akcji okazuje się, że Mikołaj był alkoholikiem i przemocowcem, tłukł swojego syna. Okazuje się, że relacje, które obserwujemy w pierwszej scenie, nie są do końca tymi relacjami, za jakie je braliśmy. Dlatego akcja prowadzi do zdemaskowania prawdziwych stosunków w tej rodzinie. Zaczyna się mieszczańsko, ale potem aura przedstawienia jest coraz bardziej punkowa i anarchizująca. A sam finał wywraca wszystko do góry nogami.
– Zależało mi na tym, by pokazać, że nawet najtrudniejsza sytuacja może być dla człowieka uwalniająca – powiedziała Lena Frankiewicz. – „Facet z papieru” opowiada więc o odwadze podważania nienaruszalnych schematów i świętości, tego, co „wypada” i tego co „trzeba”, o nadziei, że koniec pewnej epoki – w rodzinie czy w nas samych – może stać się początkiem czegoś nowego. Akcentujemy moment przebudzenia, kiedy człowiek przestaje widzieć siebie przez pryzmat cudzych oczekiwań – podkreśliła twórczyni spektaklu.
Aktorzy są znakomici i jakoś od samego początku procesu zaangażowani w pracę nad tym spektaklem. Bardzo ufają, ale i bardzo dużo proponują ze swojej strony. Ja szukałam tekstu dla Małgorzaty Foremniak, która chciała coś ze mną zrobić. I gdy go otrzymała i przeczytała, od razu postanowiła zagrać w tym przedstawieniu
„W inscenizacji Leny Frankiewicz absurd goni absurd, a nieoczekiwane, komediowe zwroty akcji zmuszają wszystkich do konfrontacji z prawdą, do odkrywania na nowo własnej tożsamości i określenia nowej dynamiki ról kobiecych i męskich. Bo przecież wszyscy tkwimy w schematach »przemocy symbolicznej« – nieświadomie poddajemy się regułom, które nas unieszczęśliwiają, wierząc, że tak »musi być«” - napisano w zapowiedzi spektaklu.
Autorem sztuki jest węgierski dramatopisarz István Tasnádi. - Mimo że to młody pisarz, bo urodził się w 1970 r., ma już bardzo ugruntowaną pozycję nie tylko na Węgrzech, ale i w Europie - powiedziała PAP Jolanta Jarmołowicz, tłumaczka jego sztuk.
Przypomniała, że jest to autor, który zadebiutował jako poeta, ale bez sukcesu. Dlatego postanowił, że zajmie się teatrem i w ten sposób będzie mógł trafić do większej liczby odbiorców. Zaczął pisać dramaty i stał się czołowym organizatorem życia artystycznego na Węgrzech. W 1996 r. był jednym z założycieli Teatru Bárka, do którego wstąpiło wielu w tej chwili bardzo liczących się artystów. Potem związał się z Teatrem Kredowe Koło Árpáda Schillinga. Pełnił w nim funkcję dramatopisarza rezydenta. Od 2001 r. pisał teksty dla tego teatru. Gdy Schilling rozwiązał zespół, Tasnádi zaczął pracować jako reżyser teatralny. Inscenizował własne sztuki, m.in. „Fedrę fitness”, z której skorzystała Maja Kleczewska realizując w 2006 r. „Fedrę” w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Jarmołowicz wyjaśniła, że zdaniem Tasnádiego, jego największym sukcesem był telewizyjny film, który wyreżyserował w 2016 r. na podstawie własnej sztuki pt. „Memo”. - Film ten zdobył w 2017 r. nagrodę dla najlepszego filmu telewizyjnego na festiwalu Prix Europa.
Tasnádi odnosi kolejne sukcesy. Napisał wieloodcinkowe słuchowisko dla młodzieży, emitowane przez Radio węgierskie, potem scenariusze dwóch wielkich seriali dla HBO „Terapia” i „Złote życie”. W sumie na Węgrzech zagrano blisko sto jego sztuk i adaptacji. Jego utwory były także wystawiane: w Stanach Zjednoczonych, w Austrii, Belgii, Francji, w Grecji, Holandii, w Irlandii, w Polsce, na Litwie, w Luksemburgu, w Niemczech, w Rosji, we Włoszech, w Szwajcarii, w Słowenii, w Słowacji i w Serbii.
- Jest uważany za czołową postać w życiu teatralnym na Węgrzech. Zdobywa kolejne nagrody krytyków teatralnych. Niedawno zamieniłam z nim parę słów przed prapremierą warszawską „Faceta z papieru” i powiedział mi, że napisał kolejną sztukę pt. „Norweski wzór”, którą już wystawiono już na Węgrzech. W tym dramacie porównuje kulturę norweską z węgierską - wyjaśniła Jarmołowicz.
Jak zaznaczyła, Tasnádi napisał też sztukę „Oczko w głowie tatusia”, która stanowi swoisty kontrapunkt do „Taty z tektury", bo tak oryginalnie zatytułowany jest tekst „Faceta z papieru”. - W niej postacią zaświatów nie jest ojciec, ale matka. Ta sztuka jest bardzo ciekawa, bo wprowadza temat rzadko wykorzystywany w dramaturgii, czyli „oszustwa na sierotkę”. Pojawiają się w niej młode dziewczyny, które przejmują opiekę nad starszymi, samotnymi panami, po to, by oskubać ich z majątku. Przetłumaczyłam ją niedawno i teraz nie wiem, komu ją zaoferować - powiedziała Jolanta Jarmołowicz.
Scenografię „Faceta z papieru” zaprojektowała Agata Stanula. Muzyka to dzieło Piotra Aleksandrowicza. Kostiumy zaprojektował Krystian Szymczak. Za reżyserię światła odpowiada Klaudia Kasperska. Choreografię opracowała Alisa Makarenko.
Występują: Małgorzata Foremniak (Ewa), Michał Czernecki (Karol), Wiktoria Gorodecka / Magdalena Kumorek (Zuzia), Weronika Humaj (Ada) i Antek Sztaba (Kuba).
Premiera - 5 lutego o godz. 19 w Teatrze Garnizon Sztuki w Warszawie. Kolejne przedstawienia - 6-8 lutego.
Grzegorz Janikowski (PAP)
gj/ lm/