Mariusz Treliński: „Kobieta bez cienia” Straussa ukazuje noc duszy
Odczytałem „Kobietę bez cienia” Straussa jako opowieść o stanie psychicznym człowieka. Można go nazwać chorobą, depresją, ale można też nocą duszy. Ta prosta bajka stała się opowieścią o naszych czasach - powiedział w Studiu PAP reżyser Mariusz Treliński. Premiera w warszawskiej Operze Narodowej 15 lutego.
Z początkiem nowego sezonu kierownictwo Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie objął Boris Kudlička. Tym samym skończyła się trwająca w sumie dwie dekady era, gdy za sterami najważniejszej sceny w kraju siedzieli Waldemar Dąbrowski jako dyrektor naczelny i Mariusz Treliński jako artystyczny. Treliński, który był gościem Studia PAP, podkreślił jednak, że wciąż pozostaje częścią tej instytucji. - Jestem dramaturgiem opery, więc współpracuję blisko z Borisem Kudličką - zaznaczył. - Obecny sezon został zaprojektowany przeze mnie, zatem wszystko przebiega bardzo naturalnie - podkreślił.
Reżyser zmianę dostrzega jednak przede wszystkim w sobie samym. - Na pierwszym etapie twórczości człowieka napędzają Himalaje, szczyty nie do zdobycia - najważniejsze opery na świecie, nagrody - opowiadał. - Powiem nieskromnie, że po czterech produkcjach w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, po zdobyciu operowego Oscara, nagle zrozumiałem, że już nie ma sensu biec coraz wyżej i skakać przez płotki. Najpiękniejsze jest coś odwrotnego - pójście w zupełnie innym kierunku - w głąb. Stąd na przykład pomysł realizacji tryptyku Straussa, poświęcenia się jednemu kompozytorowi przez prawie trzy lata. Kiedyś zapewne bym się na to nie zdecydował. Wyrzucałbym sobie, że jestem w tym samym punkcie, zapominam o reszcie świata. Tymczasem dzisiaj takie podejście wydaje mi się dużo bardziej istotne. I mniejszy ma to związek z opera, a większy ze zmianą w mojej mentalności. Dziś czuję więcej swobody, nie boję się błędów i daję sobie do nich prawo. Kiedyś, gdy człowiek był młody, mógł myśleć, że kompromitacja nas powali. Dzisiaj już nie - zaakcentował.
Wkrótce premiera sztuki „Kobieta bez cienia”
Wspomniany tryptyk Richarda Straussa to „Ariadna na Naxos”, którą wystawił Treliński w TW-ON w kwietniu ubiegłego roku, „Salome” zrealizowana w Operze Wrocławskiej ledwie dwa miesiące temu, wreszcie „Kobieta bez cienia”. Jej premiera zaplanowana jest w Operze Narodowej na 15 lutego. Jednak właśnie od tego tytułu przygoda ze Straussem dla Trelińskiego się rozpoczęła, wystawił ją bowiem w październiku 2023 roku w Opéra National de Lyon. Sukces tej inscenizacji sprawił, że niebawem zobaczą ją warszawscy widzowie. Bez zmian zostaną scenografia, światło, a przede wszystkim koncepcja reżyserska. Nowa będzie obsada, a więc emocje bohaterek i bohaterów.
- Najbardziej charakterystyczne dla tej opery jest to, że to właściwie baśń - mówił artysta. - Opowieść o kobiecie wypalonej, odczuwającej jakiś ogromny niedostatek, która wyrusza na poszukiwanie magicznego cienia. Ów cień wszyscy sobie wyobrażamy, ale nie wiemy, czym jest naprawdę. W trakcie tej historii zaczynamy rozumieć, na co cierpi bohaterka. To nieumiejętność nawiązania kontaktu, wejścia w emocjonalne relacje z innymi, niezdolność do miłości, bezdzietność. To wszystko sprawia, że czuje się wydrążona. Odczytałem tę baśń jako opowieść o stanie psychicznym człowieka. Pytanie tylko, jak go nazwać. Można chorobą, depresją, ale można też powiedzieć piękniej: nocą duszy. To określenie jest pełniejsze, mówi o momencie, gdy zamykamy się w sobie, zanikamy. I tylko eros potrafi wyzwolić nas z depresji. Tylko wychodząc z własnego ciała, potrafimy spotkać innego i za tą osobą pójść. O relacji erosa i depresji opowiada wspaniała książka Byung-Chul Hana „Społeczeństwo zmęczenia”, właśnie ona stała się moim drogowskazem w rej realizacji. Zatem ta prosta bajka stała się opowieścią o naszych czasach i o tym, co się dzieje, kiedy zostajemy odrzuceni przez miłość - tłumaczył.
„Kobieta bez cienia” to niejedyna opera Straussa, po którą w najbliższych miesiącach sięgnie Mariusz Treliński. Na jesieni planuje premierę „Ariadny na Naxos” w Brukseli. Natomiast w roku 2027 roku ma pracować w Tokio. Trwają rozmowy o tytule, niewykluczone, że będzie to „Lady Makbet mceńskiego powiatu” Szostakowicza. - Kłopot w tym, że to repertuar rosyjski - mówi twórca. - Jednak z perspektywy Tokio sprawa wygląda inaczej. Poza tym podczas okupacji słuchało się Bacha i rozdzielano te sprawy.
Istnieje również szansa, iż w nie tak dalekiej przyszłości autor słynnej adaptacji „Pożegnania jesieni” Witkacego powróci do kina. Myśli o realizacji filmu osnutego wokół „Balladyny” Juliusza Słowackiego. Zapowiada rzecz całkiem współczesną, ale opowiadaną wyłącznie słowami sztuki autora „Kordiana”. - Podróżując po świecie, dostrzega się swoją tożsamość - zauważył Treliński. - I warto zadać sobie pytanie, co można z tego dać innym, co to znaczy być Polakiem. Powrót do Słowackiego oznacza dla mnie powrót do wierszy z dzieciństwa, do wszystkiego, co rodzi się z tej ziemi. Niesamowicie mnie to uwodzi. Poza tym romantyzm - moja ukochana epoka - to był jedyny moment, gdy Polska kulturowo stała w jednym rzędzie z Europą. Byron, Goethe, Mickiewicz, Słowacki to są podobne energie - zaznaczył.
W tej chwili trwają starania o finansowanie filmu przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Mariusz Treliński ma nadzieję, że w ciągu półtora roku dojdzie do realizacji.
Jacek Wakar (PAP)
wj/ miś/ ppa/