O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Mistrz kryminału uległ "powabom literackim Wałbrzycha". Marek Krajewski o nowej książce [WYWIAD]

„Droga krwi” to nowa książka Marka Krajewskiego, która przenosi nas do przedwojennego Wałbrzycha. Podczas pracy nad nią mistrz kryminału zamieszkał w tym mieście. - Codziennie rano szedłem do Biblioteki pod Atlantami, gdzie pisałem moją powieść. A to pisanie przerywałem sobie, zwłaszcza w sobotę i niedzielę, zwiedzając miasto. Po kilku dniach rozpoznawałem każdy budynek, każdą ulicę i czułem się jak u siebie – powiedział PAP Life Marek Krajewski.

Marek Krajewski Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Marek Krajewski Fot. PAP/Maciej Kulczyński

PAP Life: Zaintrygowała mnie dedykacja, którą umieścił pan we wstępie swojej najnowszej powieści „Droga krwi”: „Mojej żonie Małgorzacie Krajewskiej, która odkryła przede mną powaby literackie Wałbrzycha”. Zdradzi pan, co się kryje za tymi słowami?

Marek Krajewski: Bardzo chętnie. Moja żona razem z kilkoma innymi osobami, w tym z dyrektorkami wałbrzyskiej Biblioteki pod Atlantami – panią Arletą Wojciechowską i panią Renatą Nowicką, oraz z panią Katarzyną Małecką, znakomitą scenografką z Wrocławia, zorganizowały wystawę poświęconą mojej twórczości i bohaterowi moich książek, Eberhardowi Mockowi. Kiedy w roku 1997 pisałem pierwszą powieść, „Śmierć w Breslau”, za miejsce urodzenia Mocka przyjąłem Wałbrzych. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, bo z Wałbrzychem nie miałem specjalnych kontaktów. Tak mi po prostu przyszło do głowy. No i teraz wróćmy do roku 2025. Odbyła się wystawa pod tytułem „Mockument”, co jest kontaminacją nazwiska „Mock” i słowa „dokument”, i właśnie wtedy poznałem to miasto. Moja żona pokazała mi rozmaite ciekawe miejsca w pobliżu Biblioteki pod Atlantami, w Rynku, na Starym Mieście i nie tylko. Krótko mówiąc, wtedy zrozumiałem, że Wałbrzych jest miastem literacko niezwykle inspirującym.

Image
Okładka nowej książki Marka Krajewskiego
Okładka nowej książki Marka Krajewskiego

PAP Life: Czy najpierw wymyśla pan losy swoich bohaterów, a potem szuka pan miejsc, które do nich pasują? Czy odwrotnie – to konkretne miejsca inspirują pana, żeby ich losy układały się tak, a nie inaczej?

M.K.: To drugie. Na początku dokonuję wyboru miejsca, gdzie toczy się akcja - tak zawsze było. Kiedy pisałem książki o Mocku, zdecydowałem się na Wrocław. Gdy pisałem o Edwardzie Popielskim, wybrałem Lwów i Rzeczpospolitą. A kiedy postanowiłem otworzyć nową serię z Herbertem Anwaldtem (pierwsza książka, której Anwaldt jest głównym bohaterem, nosi tytuł „Głos z piekła”; jest osadzona w Legnicy i ukazała jesienią 2025 roku – red.) i postanowiłem przenieść akcję do Wałbrzycha, to od razu zadałem sobie pytanie, co w tym mieście może być ciekawego. W wypadku powieści „Droga krwi” zainspirowała mnie przeszłość industrialna. To niezwykłe miasto, w którym przyroda splata się z przemysłem. Do lat 90. był to oczywiście przemysł węglowy. Zacząłem się zastanawiać, cóż mógłbym napisać o tych kopalniach. Pomyślałem sobie o ich różnych oddziałach, gdzie pracowali ludzie przy sortowaniu urobku, zacząłem tu i ówdzie szperać i tak zrodził się mój pomysł na fabułę. Tutaj do głowy przyszła mi kolejna myśl, a mianowicie, że zajmowały się tym głównie kobiety. Postanowiłem więc stworzyć bohaterki kobiece, które w „Drodze krwi” są dość groźne i tworzą prawdziwy gang. Tak się wszystko zaczęło.

PAP Life: Bardzo plastycznie i szczegółowo opisuje pan konkretne miejsca w Wałbrzychu. Czy wszystko jest zgodne z rzeczywistością i z pana książką można zwiedzać miasto?

M.K.: Tak, oczywiście. Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym umieścił akcję powieści w mieście, którego nie znam. Chyba że jakieś szczątkowe akcje, jedna scena, dwie - wtedy wystarczy internet. Ale jeżeli jest to główna sceneria, czyli Lwów, Wrocław, niedawno Legnica, teraz Wałbrzych, to muszę te miasta poznać. Wałbrzych spenetrowałem zimą na przełomie 2025 i 2026 roku. A ściśle mówiąc, w styczniu, kiedy, dzięki zainteresowaniu władz miejskich, miałem możliwość mieszkania w jednym z wałbrzyskich hoteli. Codziennie rano wychodziłem do pracy, czyli do Biblioteki pod Atlantami, gdzie pisałem swoją powieść, a to pisanie przerywałem sobie, zwłaszcza w sobotę i niedzielę, zwiedzając miasto. Po kilku dniach rozpoznawałem każdy budynek, każdą ulicę i czułem się jak u siebie. Pewnego dnia stwierdziłem, gdzie dokładnie mógłbym osadzić jakąś część akcji, gdzie inną. Kręciłem filmiki telefonem, robiłem zdjęcia. Tak wyglądała moja praca dokumentacyjna. A oprócz tego codziennie, od ośmiu do dziesięciu godzin, uderzałem palcami w klawiaturę.

Więcej

Fotoreporter Wojciech Grzędziński podczas gali finałowej XXII Ogólnopolskiego Konkursu Forografii Reporterskiej Grand Press Photo 2026. Fot. PAP/Marcin Obara
Fotoreporter Wojciech Grzędziński podczas gali finałowej XXII Ogólnopolskiego Konkursu Forografii Reporterskiej Grand Press Photo 2026. Fot. PAP/Marcin Obara

Wojciech Grzędziński z nagrodą Grand Press Photo 2026 za zdjęcie roku

PAP Life: Tak długo? Czytałam, że poświęca pan na pisanie 5 godzin i 42 minut dziennie, i ani chwili dłużej.

M.K.: To prawda, tak było zawsze, ale to się nie sprawdziło w Wałbrzychu. Tam pracowałem dużo więcej, ponieważ czas mojego pobytu był ograniczony. Nie mogłem zostać w Wałbrzychu przez dwa miesiące, a tyle zwykle piszę książkę. „Drogę krwi” musiałem napisać w miesiąc, dlatego tym razem złamałem swoją zasadę dotyczącą czasu pracy.

PAP Life: Czy przedwojenny Wałbrzych bardzo się różnił od tego współczesnego?

M.K.: Oczywiście przed wojną nie było wielu dzielnic. Po wojnie, kiedy Wałbrzych stał się miastem polskim, zaczęto go, jak obwarzankiem, otaczać rozmaitymi nowymi osiedlami albo włączano samodzielnie istniejące wcześniej miasta, miasteczka czy wioski. W latach 70. i 80. powstały wielkie osiedla mieszkaniowe, gdzie bardzo łatwo można było dostać mieszkanie, jeśli się pracowało w jednej z kopalń. Ale ten rdzeń, czyli Stare Miasto i Nowe Miasto - dwie dzielnice tak bardzo charakterystyczne dla dawnego Wałbrzycha, przedzielone przepiękną Górą Parkową - były wtedy i są dziś ważnymi częściami. Oprócz tego, kiedy budowano kopalnie, to tworzono przy nich kolonie górnicze – zgrupowania kilku domów, które pozostały. Mówiąc krótko, dzisiejszy Wałbrzych jest bardzo wdzięcznym miejscem dla pisarza, autora powieści historycznych, ponieważ to miasto zostało oszczędzone przez wojnę.

PAP Life: Pana pasją jest kolekcjonowanie starych książek adresowych, które uważa pan za świetne źródło informacji. Czy kiedy pisał pan „Drogę krwi”, też sięgnął pan do przedwojennej wałbrzyskiej książki telefonicznej?

M.K.: Tak i żałuję, że nie mam w swojej prywatnej kolekcji takiej książki Wałbrzycha. W moim księgozbiorze jest kilka książek telefonicznych Polski przedwojennej: Lwowa, Warszawy, Łodzi. Natomiast w wypadku terenów, które wtedy były niemieckie, a dzisiaj są polskie, mam tylko książkę adresową Wrocławia. Wałbrzychem nie dysponuję, ale kiedy pisałem tę powieść, byłem otoczony opieką ze strony różnych życzliwych mi osób. Wspomniałem już panie, które tworzą dyrekcję Biblioteki pod Atlantami, ale muszę jeszcze powiedzieć o świetnym Centrum Naukowo-Kulturalnym Stara Kopalnia w Wałbrzychu oraz Muzeum Porcelany. W tych miejscach znajdują się materiały o historii dawnego Wałbrzycha, wśród nich książki telefoniczne. To są właściwie książki adresowe, ale telefony są w nich oczywiście ujęte. Jest też mnóstwo materiałów w internecie i z nich również korzystałem.

PAP Life: Niektórzy pisarze twierdzą, że czasem - mówiąc metaforycznie - bohaterowie ich książek zaczynają sami prowadzić historię. A jak jest u pana? Kiedy zaczyna pan pisać książkę, wie pan dokładnie, jak skończy się historia?

M.K.: Niedawno słuchałem książki Stephena Kinga, znakomitego amerykańskiego pisarza, który stworzył rodzaj pisarskiej autobiografii pod tytułem „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. Nie mogłem wyjść z podziwu, że tak świetnie poprowadzona akcja w powieściach Stephena Kinga jest tworzona bez żadnego planu. To dla mnie niepojęte. Dla mnie Stephen King jest geniuszem, ma tylko główną myśl i za tą myślą idzie. Ja sobie tego nie wyobrażam. Zawsze na samym początku robię precyzyjny plan. Moi bohaterowie nie prowadzą mnie na żadne manowce, więc planu na ogół nie zmieniam. Jeżeli tak robię, to pod wpływem innych przemyśleń, np. gdy dochodzę do wniosku, że jakaś scena będzie lepsza, niż pierwotnie wymyśliłem. Ale bohaterowie nie mają z tym nic wspólnego. Oni są moimi niewolnikami i to ja nimi rządzę.

PAP Life: Czy bohaterom swoich książek nadaje pan cechy osób, które pan zna?

M.K.: Tak, ale nie tworzę postaci jeden do jednego. Moi bohaterowie są zlepkami różnych ludzi, ale także bohaterów filmowych, literackich. Są połączeniem różnych cech, też moich własnych. Natomiast żaden z moich bohaterów nie jest odzwierciedleniem osoby rzeczywistej. Tylko w jednym wypadku, o którym nie będę szczegółowo tutaj mówił, ponieważ byłem wtedy jeszcze młody i zapalczywy, nadałem pewnemu negatywnemu bohaterowi nazwisko osoby, której bardzo nie lubiłem. To było dawno, teraz już taki małostkowy nie jestem.

Więcej

Zobacz galerię (6)
Konstrukcja "Bambini" autorstwa Magdaleny Abakanowicz zaprezentowana na wystawie przedaukcyjnej w Domu Aukcyjnym Polswiss Art w Warszawie, 26 bm. (rp/mgut) PAP/Radek Pietruszka
Konstrukcja "Bambini" autorstwa Magdaleny Abakanowicz zaprezentowana na wystawie przedaukcyjnej w Domu Aukcyjnym Polswiss Art w Warszawie, 26 bm. (rp/mgut) PAP/Radek Pietruszka

„Bambini” - monumentalne dzieło Abakanowicz trafiło na aukcję

PAP Life: Herbert Anwaldt, bohater „Drogi krwi”, jest młodym psychiatrą. Coś pana z nim łączy?

M.K.: Nic kompletnie, poza jedną rzeczą. Mianowicie Herbert Anwaldt był absolwentem berlińskiego gimnazjum klasycznego, jednego z najlepszych gimnazjów klasycznych w Niemczech. A absolwenci gimnazjów klasycznych to byli ludzie znakomicie znający języki starożytne, łacinę i grekę, obeznani z kulturą starożytną. Jak pani może wie, ukończyłem filologię klasyczną na Uniwersytecie Wrocławskim i kultura antyczna jest mi niezwykle bliska. Anwaldt do tej kultury antycznej nieustannie się odwołuje. Cały czas wspomina czasy, gdy studiując medycynę na uniwersytecie w Tybindze, udzielał korepetycji z łaciny i greki. Używa łacińskich maksym, fraz. To mnie łączy zarówno z Anwaldtem, jak i z innym moim bohaterem, Eberhardem Mockiem. Poza tym, wszystko mnie dzieli. Nigdy nie interesowałem się medycyną, a psychiatrią w szczególności. Co więcej, Anwaldt mógłby być prawie moim wnukiem, bo jest dwudziestoparoletnim mężczyzną, a ja w tym roku kończę 60 lat.

PAP Life: A propos kultury antycznej. Podobno przygotowuje pan przekład „Rozmyślań” Marka Aureliusza?

M.K.: Tak. Jakieś 14–15 lat temu pojawił się w Polsce nowoczesny przekład Marka Aureliusza. Jego autorem jest Krzysztof Łapiński z Uniwersytetu Warszawskiego. Nie mam zamiaru z nim konkurować, bo jego przekład jest bardzo dobry, tylko chcę zrobić coś jeszcze innego. Chciałbym mianowicie przedstawić dzieło Marka Aureliusza w innym ujęciu. Mój przekład zawierałby osobiste komentarze, w których napiszę, w jaki sposób czasami musiałem czy chciałem odwoływać się do filozofii stoickiej, zwłaszcza do Marka Aureliusza, by stawić czoła codziennym życiowym zmaganiom. Czyli ten mój przekład byłby jednocześnie czymś w rodzaju filozoficznej autobiografii. Marek Aureliusz w pewnym momencie życia bardzo mi pomógł.

PAP Life: Wracając do „Drogi krwi”. Powieść otwiera nowy cykl, tzw. trylogię wałbrzyską. Ma pan już pomysł na kolejną książkę z Herbertem Anwaldtem w roli głównej?

M.K.: Tak, mam bardzo dokładny, precyzyjny plan i od pierwszego czerwca zamykam się w swojej literackiej samotni. Mam takie swoje miejsce, wyjeżdżam z Wrocławia i zaczynam pracę nad kolejną powieścią.

PAP Life: Wspomniał pan, że w tym roku kończy pan 60 lat. Kiedyś powiedział pan, że zamierza pisać do siedemdziesiątki, a potem wybiera się pan na emeryturę. Czy pisarze w ogóle odchodzą na emeryturę?

M.K.: Trudno powiedzieć. Trzeba by tę sprawę dokładnie przebadać i sprawdzić, ilu pisarzy zadeklarowało, że przestają już pisać, i czy dotrzymali słowa. To jest pytanie raczej do historyka literatury - nie potrafię na nie odpowiedzieć. Natomiast w moim wypadku już dawałem sobie kilka takich cezur. Kiedyś na przykład mówiłem, że do 60. będę pisał powieści kryminalne, a potem coś innego, na przykład powieści historyczne o starożytnym Rzymie. Ale 4 września kończę 60 lat i jestem pewien, że nie przestanę pisać kryminałów i będę temu gatunkowi wierny jeszcze przez parę dobrych lat. Wydaje mi się, że dopóki mój umysł będzie sprawny, to tak naprawdę nie zrezygnuję z pisania. Czy to będzie pisanie krótszych form, na przykład felietonów, czy jedna powieść na parę lat? Tego jeszcze nie wiem. Ale teraz pracuję w tempie szaleńczym i na pewno chciałbym to zmienić. (PAP Life)

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/ag/ ał/

Marek Krajewski – pisarz i filolog klasyczny, specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego, doktor nauk humanistycznych, były wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, laureat Paszportu Polityki. Ma 59 lat. Jest autorem 32 kryminałów, które rozgrywają się w dokładnie zarysowanych realiach topograficznych i historycznych. Jego książki zostały przetłumaczone na 19 języków. Pierwszą powieść, „Śmierć w Breslau”, wydał w 1999 roku. Najnowsza, „Droga krwi” (Znak), której akcja rozgrywa się przed wojną w Wałbrzychu, będzie miała premierę 3 czerwca.

Zobacz także

  • Targi książki Fot. PAP/EPA/CHRISTOPHER NEUNDORF
    Targi książki Fot. PAP/EPA/CHRISTOPHER NEUNDORF

    Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie: coraz więcej aktualnych przekładów

  • Małgorzata Kalicińska. Fot. Maciej Wróbel. Źródło: materiały prasowe
    Małgorzata Kalicińska. Fot. Maciej Wróbel. Źródło: materiały prasowe

    Małgorzata Kalicińska o stracie męża i nowej powieści: nie będę tkwić w czarnej rozpaczy, bo lubię życie [WYWIAD]

  • Książka. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Adobe Stock
    Książka. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Adobe Stock

    W weekend Barczewo stanie się stolicą polskiego kryminału

  • Inscenizacja „Ani z Zielonego Wzgórza” na deskach Teatru Muzycznego ROMA [WIDEO]

Serwisy ogólnodostępne PAP