MŚ 2026. Argentyńczycy wysławiali boskość Messiego i Maradony, Anglicy obwiniali Tuchela
Kibice Argentyny i Anglii przeżyli w Atlancie huśtawkę nastrojów - od nerwów i wzajemnych przytyków, po szok i bratanie się. Argentyńczycy twierdzili, że w wygranej 2:1 w półfinale piłkarskich mistrzostw świata pomógł im z nieba Diego Maradona, Anglicy obwiniali o porażkę trenera Thomasa Tuchela.
To, co wydarzyło się w środowe popołudnie pod szklaną kopułą klimatyzowanego stadionu Atlanty Falcons nie wszyscy mogli pojąć. Dlatego niektórzy uciekali się do wyjaśnień nadprzyrodzonych.
- To Maradona świecił nad nami, on nad tym wszystkim czuwał i sprawił nam cud, jak w 1986 roku - mówił łamiącym się głosem jeden z argentyńskich kibiców, pokazując replikę koszulki z numerem 10 z mundialu w Meksyku. Koszulki, którą zdjął już po wyrównującej bramce Enzo Fernandeza i której nie założył już do końca meczu. Każdemu, kto zapytał, wykładał przy tym, co znaczy dla Argentyńczyków zwycięstwo nad Anglikami: kolejna już zemsta za Malwiny i wynagrodzenie za ogólne cierpienia narodu ostatnich lat.
Ciekawie zrobiło się dopiero w drugiej połowie
Mimo że w samym meczu ciekawie zrobiło się dopiero w drugiej połowie, po bramce Anthony'ego Gordona dla Anglii, emocje kibicom obu drużyn udzielały się na długo przed pierwszym gwizdkiem. Atmosfera w Atlancie była elektryczna.
Dość powiedzieć, że w noc przed półfinałem w centrum miasta pobiły się dwie grupy argentyńskich kibiców klubowych rywali, Huracanu i San Lorenzo. Na stadionu bójek nie było, choć mniejsze awantury grupek Anglików umieszczonych w morzu kibiców „Albicelestes” też się zdarzały. Widać było, że „największa sportowa rywalizacja na świecie” - jak nazywał pojedynki Anglia-Argentyna przed meczem „Wall Street Journal”, ma specjalny charakter.
W metrze, na stadionowych przejściach i korytarzach na godziny przed spotkaniem dochodziło do pojedynków na przyśpiewki - i słowa.
„Oszuści to wszystko czym jesteście” - śpiewali Anglicy, obok bardziej tradycyjnych „Wonderwall” i „It's coming home”.
„Kto nie skacze ten Anglik” - rozlegało się z kolei z gardeł Argentyńczyków. Tą przyśpiewką kibice zagłuszyli zresztą brytyjski hymn, co nieomal nie doprowadziło do rękoczynów na zdominowanej przez Argentyńczyków trybunach. Skakali przy tym tak energicznie, że trybuny chwiały się pod nogami.
Entuzjazm fanów ekipy Lionela Messiego nieco przygasł po bramce Gordona, ale jego fale szybko zaczęły się wzmagać. Anglicy, choć były ich tysiące, nie byli w stanie przekrzyczeć rzeszy ludzi w biało-błękitnych koszulkach. Kiedy Enzo Fernandez wyrównał, wrzawa tylko się wzmogła. Ludzie już wtedy padali sobie w ramiona ze łzami w oczach, ściskali nieznajomych sąsiadów, pewni że kolejny gol to tylko kwestia czasu. W doliczonym przez sędziego czasie gry wygraną Argentynie dał Lautaro Martinez.
Choć jak przyznawał już po meczu Tomas, Argentyńczyk z Orlando, strzelona przez Anglików bramka zachwiała jego wiarą.
- Dostałem się na stadion dopiero po tym jak straciliśmy bramkę, o golu Anglików usłyszałem pod stadionem - myślałem wtedy, że to niemożliwe, że z tego wyjdziemy. Ale potem wszedłem na trybuny pomiędzy Anglików i się wydzierałem ile sił w płucach - opowiadał. - Nie wiem, jak to się stało, że wygraliśmy, ale wiem jedno: Messi to Bóg - dodał.
Również i on twierdził, że wygrana przeciwko Anglii smakuje lepiej, a „Malwiny są argentyńskie”. Transparent o przynależności Falklandów rozwinęli też argentyńscy piłkarze, długo bawiąc się z kibicami po ostatnim gwizdku. Kibice potem rozlali się na ulicach w centrum Atlanty, tańcząc, obejmując się i śpiewając: ze szczególnym uczuciem hit z poprzedniego mundialu, „Muchachos”, wspominający Maradonę, Messiego, jak i wojnę o Falklandy.
Angielscy kibice, wyraźnie rozczarowani, nie szukali wytłumaczenia porażki u opatrzności, lecz mieli bardziej przyziemne wytłumaczenie: zawinił niemiecki selekcjoner kadry „Trzech Lwów”, Thomas Tuchel.
- To wina Tuchela. Byliśmy górą, kontrolowaliśmy mecz, mieliśmy to. A on po strzelonej bramce zaczął grę w sześciu obrońców, kompletnie oddał im inicjatywę - powiedział Ollie, angielski nastolatek, który na mundial przybył aż z Australii. - Naprawdę myślałem, że to mamy - dodał. Jego brat zgadzał się z jego opinią. - Mieliśmy wygrany mecz. Byliśmy od nich lepsi. A potem nagle zaczynamy parkować autobus. Nie do wiary - irytował się.
Czy wierzą, że - jak śpiewają Anglicy - futbol wróci kiedykolwiek do domu?
- Szczerze mówiąc: nie wiem. Myślałem, że to będzie tutaj, już to czułem - odpowiada zrezygnowany Ollie. Mimo to, ocenia że wydane na mistrzostwa tysiące dolarów były tego warte, bo przeżył w USA „nierzeczywistą przygodę”.
Mimo nerwów i historycznej animozji, pod stadionem dochodziło również do scen pojednania.
- Co to był za mecz! Zasłużyliście na to - mówił do grupy Argentyńczyków łamanym hiszpańskim jeden z Anglików, wymieniając uściski.
Z Atlanty Oskar Górzyński (PAP)
osk/ wkp/gn/