Jurij Murawicki reżyser "Rewizora": cienie zmienionych epok, widma przeszłości nam nie odpuszczają

2021-12-11 07:03 aktualizacja: 2021-12-11, 15:24
Fot. PAP/Wojciech Olkuśnik
Fot. PAP/Wojciech Olkuśnik
Uważam, że akcja "Rewizora" Mikołaja Gogola rozgrywa się poza czasem i poza konkretną przestrzenią geograficzną. Miała to być przestrzeń "przeszłości w ogóle", swoisty zombieland - powiedział PAP Jurij Murawicki, reżyser "Rewizora" w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy.

Polska Agencja Prasowa: Na scenie nie widzimy rosyjskiej prowincji. Co to jest za świat - taki groteskowy, nieco surrealistyczny - do którego trafia Chlestakow i kim są widma, sam pan wspominał o zombie, które go otaczają?

Jurij Murawicki: Ta groteskowa przestrzeń w przedstawieniu jest przestrzenią odrębną - powiedziałbym nawet - że jest przestrzenią pozaprzestrzenną. Nie jest to jakieś miejsce w Rosji. W ogóle uważam - i tak też wynikało z moich rozmów z aktorami Teatru Dramatycznego - że akcja "Rewizora" Mikołaja Gogola rozgrywa się poza czasem i poza konkretną przestrzenią geograficzną.

Ze scenografką Galyą Solodovnikovą próbowaliśmy zbudować świat, przestrzeń naznaczoną przeszłością. Świat nieodwołujący się do konkretnej epoki, niedotyczący też określonych wydarzeń historycznych. Miała to być przestrzeń "przeszłości w ogóle". Swoisty zombieland.

Problem nasz i współczesności często polega na tym, że wydaje nam się, iż żyjemy w przyszłości. Ale nagle pojawiają się cienie z minionych epok, widma przeszłości, które nam nie odpuszczają. Kiedy nagle pojawia się iluzja, że żyjemy już w nowym świecie - to równie nagle może zjawić się sytuacja, zdarzenie, które pokazuje, iż przeszłość nas jednak pochłania.

PAP: Czy Chlestakow jest również widmem, postacią z przeszłości? A może jest reprezentantem współczesnego pokolenia - ludzi, którzy chcą żyć w przyszłości?

J. M.: Iwan Chlestakow nie jest postacią z przeszłości. Nie jest widmem przeszłości, owym zombie - ma natomiast inny, ważny problem, który uważam za bardzo aktualny. Trafiając do tego świata Chlestakow, nie ma czego mu przeciwstawić. Nie ma w nim nic poważnego i dlatego nie może zwyciężyć. Nie jest bohaterem idealnym - jest tak samo egoistyczny, infantylny jak pozostałe postaci. I to, iż on przychodzi z innego świata, wcale nie oznacza, że on jest lepszy.

W tej inscenizacji pojawia się też jeszcze jeden plan. Co ciekawe, w pewnym momencie Chlestakow przez postacie tej komedii zaczyna być odbierany jako mesjasz. Dlatego finał, który wymyśliliśmy w tym przedstawieniu, podąża w tę stronę i rozwija tę ideę. Stawia kropkę nad tą płaszczyzną relacji społecznych w tej sztuce.

PAP: Wiem, że nie zdradzi pan, jak będzie wyglądał finał warszawskiego "Rewizora". Zapytam natomiast o formę tego przedstawienia, bo w jednym z wywiadów stwierdził pan, że nie czuje się kontynuatorem szkoły Konstantego Stanisławskiego i że raczej odwołuje się pan do Aleksandra Taurowa, Jewgienija Wachtangowa, Wsiewołoda Meyerholda? Wspomniał pan także o zainteresowaniu teatrem Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego. Dlaczego?

J. M.: Teatr formalny, groteskowy jest mi bliski, bo długo zajmowałem się tradycyjnym, realistycznym teatrem, a nawet dokumentalnym. Zrozumiałem jednak, że nie niezbyt mi to odpowiada. Wolę w teatrze jaskrawość, groteskę. Ukończyłem Instytut Teatralny im. Borisa Szczukina, a to jest uczelnia, w której żywe są tradycje Wachtangowa i innych twórców teatralnych z jego kręgu.

Te tradycje związane z rosyjskimi reformatorami teatru są ciekawe i mi bliskie. To oczywiście trudne zadanie, uprawiać tego typu formalny teatr w rosyjskiej rzeczywistości, która pielęgnuje i jest osadzona na teatrze realistycznym. Zwracam na to uwagę, bo czuję się wychowankiem tradycyjnego teatru, ale nierealistycznego. Teatru sprzed systemu Stanisławskiego.

PAP: Jest pan już nieco znany w Polsce. W 2013 r. w trakcie Festiwalu "Da, da, da" w Warszawie zaprezentowano nagrodzony Złotą Maską pański spektakl "Rozpal mój ogień" z moskiewskiego Teatru.doc. To przedstawienie na podstawie sztuki Saszy Tenisowej opowiadało o pokoleniu rock'n'rolla w okresie schyłku ZSRS. Potem w 2018 r. w Gdańsku pokazał pan koncert-performans "Riot Days" zainspirowany książką członkini grupy Pussy Riots Marii Alochiny. Z kolei nieco ponad rok temu wystawił pan "Emigrantów" Sławomira Mrożka na scenie Teatru im. Puszkina w Moskwie. Czy ten spektakl też był formalnie zainscenizowany?

J. M.: Na temat "Emigrantów" miałem spór z pewnym krytykiem, który podkreślał, w jakże innej tradycji teatralnej zrealizowałem sztukę Mrożka w porównaniu np. do "Świętoszka" Moliera, którego wystawiłem w styczniu 2020 r. w moskiewskim Teatrze na Tagance.

Chcę podkreślić, że dla mnie najważniejszym pojęciem w teatrze jest umowność. Bo uważam, że teatr nie powinien ukrywać tego, iż jest teatrem. Aktorzy, którzy grają w moich spektaklach mogą sobie pozwalać na komentowanie swoich postaci. Ważny jest dla mnie Brechtowski "efekt obcości". Dlatego moi aktorzy traktują swoich bohaterów trochę jak osoby trzecie.

Istotne jest, by w trakcie przedstawienia prezentować sztukę, a nie zanurzać się w niej. Realizm, czyli sposób opowiadania na zasadzie, że to, co widzimy na scenie, to jest właśnie to, co się dzieje naprawdę, wywołuje we mnie reakcję alergiczną i bunt. Stąd dla mnie w teatrze kluczowa jest umowność.

PAP: W trakcie pandemii, wiosną 2020 r. przez internet reżyserował pan aktorów W Nikityńskim Teatrze w Woroneżu. W ten sposób zrealizował pan "Wieczór Trzech Króli" Szekspira - przedstawienie, które otrzymało nominację do prestiżowej rosyjskiej nagrody teatralnej Złota Maska. Jaką formę ma ten spektakl?

J. M.: To przedstawienie absolutnie umowne. W nim ta umowność jest jeszcze bardziej wyeksponowana niż w warszawskim "Rewizorze". Przed pierwszym i przed drugim aktem widzowie decydują w ramach losowania, jakie postaci zagrają aktorzy. Po losowaniu aktorzy przywdziewają elementy kostiumu postaci, które im przydzielono. Z kolei ci aktorzy, którzy nie uczestniczą w danej scenie, mogą podrzucać swoim kolegom kwestie, gdyż to wprost niemożliwe, by nauczyć się na pamięć wszystkich dwunastu ról w komedii Szekspira.

Stąd cały czas na scenie obecne są elementy umowności. Myślę nawet, że w tym spektaklu ta umowność teatralna została doprowadzona do absolutu.

Rozmawiał Grzegorz Janikowski. Tłumaczyła z języka rosyjskiego Józefina Piątkowska. (PAP)

Premiera "Rewizora" w reżyserii Jurija Murawickiego odbyła się 10 grudnia na Scenie im. Gustawa Holoubka Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy.

Autor: Grzegorz Janikowski

dsk/