Anna Kazejak: audiobook "Fucking Bornholm" to początek pracy nad filmem

2021-02-22 07:36 aktualizacja: 2021-02-22, 10:34
Reżyserka i scenarzystka Anna Kazejak Fot. PAP/Rafał Guz
Reżyserka i scenarzystka Anna Kazejak Fot. PAP/Rafał Guz
Powstanie film opowiadający historię zawartą w audiobooku "Fucking Bornholm" - mówi PAP reżyserka i scenarzystka Anna Kazejak. Fakt, że słuchowisko zostało dobrze przyjęte przez słuchaczy, zachęca do dalszej pracy nad tym tematem - dodaje, opowiadając o drodze od audiobooka do filmu.

PAP: Pani audiobook "Fucking Bornholm" zdobył niedawno nagrodę Bestsellery Empiku. Spodziewała się pani tej nagrody?

Anna Kazejak: W ogóle się jej nie spodziewałam! Organizatorom udało się to utrzymać w sekrecie, jechałam na galę bez przekonania, że nagroda trafi w moje ręce. Radość jest ogromna, dlatego że rzadko w moim fachu otrzymuje się nagrodę, która jest przyznawana nie przez jury, tylko przez odbiorców. To jest wielka duma dla nas, twórców, bo wiemy, że to się podoba, że słuchowisko zdobyło popularność. To największa nagroda.

PAP: Zatrzymajmy się tu na chwilę: na czym polega specyfika robienia słuchowiska? O czym trzeba pamiętać?

A.K.: Jestem reżyserem filmowym, więc wszystko, co wychodzi spod mojej ręki jako scenarzysty i reżysera to połączenie obrazu z dźwiękiem. Natomiast w tym przypadku musieliśmy stworzyć osobną adaptację scenariusza filmowego. Początkowo "Fucking Bornholm" istniał tylko i wyłącznie w formie scenariusza filmowego. I to oznacza, że pewne rzeczy, które w przypadku filmu chcielibyśmy pokazać samym obrazem, tu musieliśmy przedstawić w inny sposób. Np. taka banalna sprawa, w naszym słuchowisku nie ma narratora, musieliśmy więc zadbać, aby głosy męskie i żeńskie różniły się od siebie tak, żeby słuchacz nie miał wątpliwości co do tego, która z postaci akurat mówi. W adaptacji musieliśmy jeszcze dołożyć takie elementy, jak imiona bohaterów, inaczej słuchacz by nie wiedział, co się dzieje i gubiłby się w akcji. To są takie niuanse, które trzeba było zaplanować.

Rzeczy, które dzieją się tylko w dźwięku, trzeba było oddać nastrojem, sound designem. Nie ja to reżyserowałam, a Krzysztof Czeczot, aktor, z którym się spotkałam jeszcze w szkole filmowej. Mówił mi, że dla niego największym problemem były np. sceny intymne między bohaterami. Bo w didaskaliach opisujemy, co się dzieje, a tu trzeba to oddać w dźwięku. A jak oddać np. melancholię bohaterów, ich ekscytację? W konsekwencji jakieś 30 proc. tego, czego nie było w scenariuszu, należało dopisać, doinformować słuchacza o pewnych sytuacjach. A do tego wzbić się na wyżyny sound designu, który pełni nie tylko rolę informacyjną, ale także ma za zadanie wprowadzenie słuchacza w nastrój, by oddać emocje bohaterów.

PAP: Reżyserem jest Krzysztof Czeczot, zaprosiła pani do współpracy mistrza w robieniu słuchowisk, wszak jest to laureat Prix Europa za słuchowisko „Andy”… Czego się pani od niego nauczyła?

A.K.:  Prawdę mówiąc, była to moja sugestia, by realizatorem był Krzysztof Czeczot, dlatego że, tak jak wspomniałam, znamy się od dawna i miałam do niego zaufanie. Wiedziałam, że jak oddaję swoje dziecko w jego ręce, to będzie to jakość, o którą mi chodzi. Czego się nauczyłam? Prawdę mówiąc, robimy troszeczkę w innych przestrzeniach, nie zamierzam Krzysztofowi chleba od ust odbierać i wchodzić w jego kompetencje. Myślę, że na odwrót – po prostu doceniam jego pracę. Bardzo się cieszę, że on się podjął tego zadania i wyreżyserował słuchowisko.

PAP: Czy przy castingu do takiego serialu trzeba mieć jakieś specjalne wyczucie? Bo inny aktor mógłby się sprawdzić w roli filmowej, a inny tylko w słuchowisku?

A.K.: Zaczęliśmy pracę nad słuchowiskiem, kiedy mieliśmy przygotowany idealną obsadę filmową. Aktorzy, którzy zagrali w słuchowisku, to nie są ci sami, którzy byli typowani do filmu. Inne kryteria były brane pod uwagę. Potrzebne są zróżnicowane głosy, a też trzeba być dyspozycyjnym w danym okresie, istotne jest zgranie terminów. W sumie przy doborze obsady ważne były artystyczny wyraz, zgranie terminów, a także nośność promocyjna nazwisk. Natomiast w realizacji filmowej obsada będzie nieco inna. Niektóre z osób, które zagrały w słuchowisku, weszły w skład obsady filmowej, choć nie wszystkie.

PAP: Ważne było, jak pani wspomniała, by wystąpili w serialu aktorzy, którzy mają nośne nazwiska, i te nazwiska mamy - Magdalena Różczka, Michał Czernecki, Olga Kalicka, Leszek Lichota. Co oni wnieśli do serialu?

A.K. Każdy z nich bardzo dobrze oddał psychologię swej postaci. Jeśli chodzi o Magdę Różczkę, to tak naprawdę pokazała nam Maję delikatną, ale i tytanowca, która nie boi się wziąć spraw w swoje ręce, zmienić swojego życia. Z kolei Michał Czernecki, który gra Huberta mocno zarysował to, co charakteryzuje bohatera: potrafił być arogancki i nieprzyjemny wobec swojej żony; Leszek Lichota z kolei wniósł ciepło i bardzo męską energię, która jest w postaci Dawida, a Olga wniosła zupełnie inną jakość, która wiąże się z jej wiekiem. Nina, która gra jest z młodszego pokolenia niż pozostała trójka bohaterów, miała więc w sobie świeżość, trzpiotowatość, która jest w postaci Niny potrzebna i niezbędna. Wydaje mi się, ze oni dobrze odnaleźli się w tych postaciach, dobrze to, co jest istotą tych postaci. Główny rys każdej postaci był dobrze oddany i czytelny dla słuchaczy.

PAP: Jak bardzo praca nad słuchowiskiem jest inspirująca?

A.K.: Dla mnie jako osoby, która z tym tekstem jest od początku, to długa podróż. Wiele jest jeszcze przede mną, bo do realizacji filmu pozostało trochę czasu, choć mam nadzieję, że zdjęcia ruszą niedługo. Największą nagrodą dla mnie jest to, że poczułam, gdy usłyszałam to słuchowisko, że postaci żyją. Że są prawdziwe, wzruszające, a historia, jako całość jest intrygująca, ciekawa, nie ma się poczucia nudy czy znużenia. I to jest niesamowite, że mogliśmy to sprawdzić, zanim weszliśmy na plan filmu.

Tak jak łatwo się domyślić, budżet filmu to są już ogromne pieniądze. W przypadku słuchowiska pieniądze są dużo mniejsze, w związku z tym możliwość sprawdzenia tego scenariusza dawała nam i daje wciąż pewność, że mamy mocny tekst. Te postaci żyją, a to, co przed nami, to rzecz solidna i możemy mieć nadzieję, że będzie się tak samo podobać jak spodobał się serial audio. Taką okazję, jaką mam, ma bardzo niewielu reżyserów: sprawdzić historię i bohaterów, zanim się zrobi film. Sprawdzenie tego świata, który się stworzyło tylko na papierze, jest dużym przywilejem.

PAP: Czyli droga do filmu jest coraz krótsza?

A.K.: Tak, mam nadzieję, że za kilka-kilkanaście tygodni będziemy na planie.

Anna Kazejak - reżyserka i scenarzystka (ur. w 1979 r.). Absolwentka reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Wyreżyserowała m.in. filmy: "Bocznica" (2009), "Skrzydlate świnie" (2010),  "Obietnica" (2014), seriale "Bez tajemnic", "Plebania", "Szadź", "Zawsze warto". Za serial audio "Fucking Bornholm" zdobyła Bestsellery Empiku 2020 w kategorii audiobook.

Rozmawiała: Dorota Kieras (PAP)

io/
 

TEMATY: